Szukaj na tym blogu

wtorek, 30 kwietnia 2019

                              Majowy weekend...

Jeszcze kilka dni temu mogliśmy cieszyć się wręcz afrykańską aurą, a nawet piaskiem z nad Sahary, który przywędrował do Europy niesiony prądem wiatru. Dzisiaj źle nie jest, ale nie tak upalnie. Jak to się wszystko zmienia, ta aura i wszystko wokół nas. Świat się zmienił, a ostatnie deszcze, choć niezbyt intensywne (oby) spowodowały, że wszystko pięknie stało się zielone, rozkwiecone, kwitną kasztany - aż chce się żyć! Ale szczerze mówiąc, lubię temperatury zimowe. Człowiek czuje się lepiej, mniej zmęczony pomimo, że dźwigać musi na grzbiecie zimową odzież. Lato - owszem, ale zbyt gorąco, aby nie czuć się tym zmęczonym - no, może Ci, którzy lubią leżeć godzinami plackiem na plaży. Lato, to również pewne zagrożenia. I nie mam na myśli pożarów leśnych, łąk, czy podobne - mówię o zagrożeniach wynikających z przypadkowego wdepnięcia na żmiję lub ich kłębowisko, wygrzewające się na południowym stoku. A tak naprawdę - Bieszczady, które są miejscem moich wędrówek, stają się również niebezpieczne i to bardzo, z powodu zagrożeń wynikających ze spotkań z niedźwiedziem. Zastanawiam się nad tym problemem, pytam sam siebie, jak to możliwe, że w tak krótkim czasie populacja tych zwierząt aż tak się rozrosła i do tego stopnia misie się rozwydrzyły, że stają się tak niebezpiecznym zagrożeniem dla ludzi? One były tu zawsze, ale nie na taką skalę. Zawsze powtarzam w koło to samo, że specjalnie się nie boję, ale licho nie śpi - kiedyś musi być ten pierwszy raz na spotkanie pierwszego stopnia i co wtedy...? Co prawda - osobiście nie przewiduję czegoś takiego lecz jeśli, to dopiero byłby niezły bajzel (?) Ale spokojnie, również w tym przypadku, co ma być, to będzie - trudno...! Dobrze tak sobie troszkę pożartować, choć skala zagrożenia jest znaczna, choć nie beznadziejna. "Kupą mości panowie, bo w kupie raźniej, a co ma być, to i tak będzie. Pomimo tego, wybieram się i nie rezygnuję z bycia tam, gdzie mnie oczy poniosą. Pozdrawiam i życzę udanego, długiego weekendu.
     
                                              P  a  p  k  i  n 

piątek, 26 kwietnia 2019

                                 Weekendowo...

Próbuję żyć normalnie, w tym dla mnie okresie przejściowym. Moja "deweloperka" dodatkowo mnie "zdołowała" nie określając precyzyjnie, co z tym Internetem i telewizją w ogóle. Odbiera tylko Polsat, a co dalej - nie wiem! Przez to wszystko głowę mam skołataną tak, jakbym nie miał innych, ważniejszych problemów...?  Ale mimo tego, staram się być optymistą...Przed nami dość obiecujący czas nadchodzącego weekendu, a zaraz po nim znowu coś długiego trafia się nam od natury - długi majowy weekend: Plaże nad jeziorem lub nad kąpieliskiem (mam nadzieję, że nikomu nie odpadnie z powodu chłodnej wody), co najmniej popadniemy w hipotermię, a to już inna sprawa. Można też powędrować gdzieś w nieznane lub znane i cieszyć się wolnością, ale tą mądrze rozumianą. Tak więc bierzcie z życia to wszystko, co najlepsze. Życzę udanych wrażeń. Pozdrawiam.
                                     P   a   p   k   i   n

środa, 24 kwietnia 2019

Można by powiedzieć: "wszystko co dobre kiedyś się skończy." Tym powszechnym stwierdzeniem, również ja zakończyłem wcześniejsze przygotowania, a później Święta Wielkanocne. Powszechności, która nastała nie odbieram jednak zbyt optymistycznie. Kończy mi się licencja komputerowego oprogramowania (pracuję na Windows 7, którego aktualizacja kończy się z dniem 14 stycznia 2020 roku), a które to oprogramowanie bardzo sobie chwalę z wielu powodów. Inną sprawą jest zmiana operatora przesyłu Internetu. Tu mi się jednak wszystko komplikuje i będę zmuszony zawiesić działalność bloga na pewien czas - prawdopodobnie do czerwca br. Tym samym wszyscy będą mogli "odpocząć" ode mnie w czasie, gdy ja sam "walczył" będę z...przeciwnościami. Dobrze, że aura nam się polepsza na lepsze, jest sprzyjająca, coraz cieplej, wiosennie, a lato mamy tuż, tuż oraz najpiękniejszy miesiąc w roku, czyli maj. Jeszcze chwilę pobędę, ale w najbliższym czasie "zamilknę" na pewien czas. Serdecznie pozdrawiam.

                                                            P  a  p  k  i  n

sobota, 20 kwietnia 2019

   Chrystus Zmartwychwstał...Alleluja!

Zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego nastroju oraz Wesołego Alleluja, życzę wszystkim mnie odwiedzającym. Serdecznie pozdrawiam.

                                                     P   a   p   k   i   n

wtorek, 16 kwietnia 2019


CHRYSTUS NIE BYŁ ANI PIERWSZYM, ANI OSTATNIM, KTÓRY UMARŁ NA KRZYŻU. TEN OKRUTNY RODZAJ ŚMIERCI PRAKTYKOWANO JUŻ 900 LAT PRZED NARODZENIEM CHRYSTUSA. MOWA O PIĘKNEJ, JAK GŁOSIŁA LEGENDA, KRÓLOWEJ ASYRYJSKIEJ IMIENIEM SEMIRAMIDA, Z KTÓREJ POLECENIA BABILON ZOSTAŁ OZDOBIONY JEDNYM Z SIEDMIU CUDÓW ŚWIATA - WISZĄCYMI OGRODAMI. OTÓŻ SEMIRAMIDA POJMAWSZY KRÓLA POBLISKIEJ MEDII, WYMYŚLIŁA DLA NIEGO, JEGO ŻONY I SIEDMIU SYNÓW NOWY RODZAJ ŚMIERCI - WŁAŚNIE UKRZYŻOWANIE.
"Wynalazek" pięknej królowej szybko się upowszechniał, zwłaszcza w Grecji, Egipcie, Persji, Syrii i w Rzymie. Do krzyży przybijano przestępców i nieposłusznych niewolników, ale nie tylko. Tysiące krzyży pojawiało się w latach wojen, kiedy to służyły jako narzędzie tortur i śmierci pojmanych jeńców. Jeden z najsłynniejszych wodzów starożytności - Aleksander Macedoński po zdobyciu fenickiego portu Tyr, oburzony, że obrońcy odważyli bronić się aż siedem miesięcy, za karę kazał ukrzyżować dwa tysiące mieszkańców tego miasta. Podobnie postąpił rzymski wódz - Krassus po rozbiciu zbuntowanych sił Spartakusa, wzdłuż słynnej drogi wojennej Via Appla, kazał ustawić sześć tysięcy krzyży i na każdym powiesić jednego jeńca. Krzyżowanie jako kara śmierci było stosowane wobec osób o niższym statusie społecznym, było uważane za śmierć upokarzającą. Szczególnym rodzajem pohańbienia było przybicie do krzyża martwych zwłok. Tak właśnie postąpiono z ciałem bohaterskiego obrońcy Termopil - Leonidasa, mszcząc się w ten sposób za to, że z garstką żołnierzy stawił czoła licznej armii perskiej. Powszechnie wiadomo, że w ukrzyżowaniu lubowali się rzymscy cesarze: Kaligula, Neron, czy Dioklecjan. To w ich czasach na krzyżową śmierć skazano wielu chrześcijan, choć znacznie więcej ginęło ich na stosach, arenach i od miecza. Po Chrystusie, najsłynniejsze było ukrzyżowanie św. Piotra Apostoła. Informacje, jak tego dokonano, są niezwykle skąpe, ograniczają się do stwierdzeń w rodzaju: "był ukrzyżowany, poniósł śmierć podobną do śmierci Zbawiciela." Jeden z kronikarzy dodaje, że "był ukrzyżowany głową w dół." Podobno sam o to prosił, bo nie czuł się godnym umierać tak, jak Chrystus...Śmierć na krzyżu była okrutną również dlatego, że agonia trwała bardzo długo. Historyk z IV wieku napisał, że męczennicy pozostawali na krzyżu dopóty, dopóki nie umarli z głodu. Podobno dwoje małżonków umierało aż dziesięć dni walcząc z bólem, głodem i pragnieniem. Święty Andrzej Apostoł żył na krzyżu dwa dni i przez te dwa dni głosił Słowo Boże. Legenda mówi, że gdy wreszcie umierał, został ogarnięty blaskiem niebieskim. Święty Filip Apostoł też został ukrzyżowany, ale jego śmierć została spowodowana dopiero ukamienowaniem. Święty Faustus pozostawał na krzyżu przez pięć dni i dopiero po tak długim czasie został przebity strzałą....Wykonywanie wyroków śmierci przez ukrzyżowanie zakazał cesarz Konstantyn, co jednak nie znaczy, że praktyki te zostały zaniechane. Jak twierdzą misjonarze włoscy, w sierpniu 1994 roku w Sudanie, czterech działaczy chrześcijańskich zostało wychłostanych i ukrzyżowanych. Wiadomość tą przez kilka miesięcy utrzymywano w tajemnicy, aby nie zaszkodzić muzułmanom na Konferencji Kairskiej ONZ w sprawie ludności i rozwoju...
Wszystkim życzę duchowego przeżywania Tridum Paschalnego przygotowującego nas do Świat Zmartwychwstania Pańskiego...
         

piątek, 12 kwietnia 2019

                 Kim jest człowiek obok nas...?

Zanim odpowiem na pytanie, zastanówmy się , kto to jest człowiek obok? Obok nas żyją różni ludzie, jednych zauważamy, innych nie - szarzy obywatele tacy jak my, lecz Oni istnieją i nie należy o nich zapominać. Człowiekiem żyjącym obok nas, jest zarówno matka czy ojciec, koleżanka, czy kolega, współpracownik, a także nieznana nam osoba, którą mijamy na ulicy. Są to różni ludzie, o różnych charakterach, jednak wszyscy razem tworzymy społeczeństwo. Musimy więc uczyć się współżyć z ludźmi. W jaki sposób?  Nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Należy przystosować się do pewnych zasad, reguł, aby się nie ośmieszać, żeby innym nie sprawiać kłopotów. Oczywiście, nie trzeba poświęcać się dla ludzkości, ale ogólnie przyjęte normy należy stosować. Tak więc nie należy mówić o człowieku jako o jednostce, a o ludziach żyjących obok nas. Są to różni ludzie - jedni nas fascynują, inni nie, jednych znamy i cenimy, innych wręcz przeciwnie. Jednak każde z tych ludzi ma coś do powiedzenia - wspólnie z nami żyje i boryka się z trudnościami dnia codziennego. W pracy, na ulicy, zarówno nas jak ich spotykają niepowodzenia, przeszkody, którym trzeba przeciwdziałać. Trzeba to robić wspólnie. Człowiek nie może żyć w wyidealizowanym świecie, być przekonanym, że tylko on ma poważne zmartwienia. Rozwiązanie problemów wspólnymi siłami prowadzi także do szybszego załatwienia wielu spraw, znajdowania lepszych rozwiązań. Tak więc człowiekiem żyjącym obok nas powinniśmy się interesować, nie być obojętnym na jego problemy. Tylko w takim wypadku będziemy nareszcie żyć w lepszym świecie, z lepszymi perspektywami na przyszłość. Nauczmy się zajmować sprawami innych - to nie jest trudne, a na pewno przynosi wzajemne korzyści. Pamiętajmy o tym zwłaszcza teraz, w okresie zbliżających się Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Obejrzyjmy się za siebie i postarajmy się dostrzec innych obok nas. Tego gestu dobrej woli życzę wszystkim i sobie samemu. 
Spokojnego weekendu życzę wszystkim przyjaciołom. Pozdrawiam.

                                                                    P  a  p  k  i  n 

środa, 10 kwietnia 2019

                        Wielka (nie) wiadoma...

Najlepiej byłoby nic nie robić. Usiąść z zakutym łbem, albo położyć się na madejowym łożu i patrzeć w sufit myśląc o niebieskich migdałach...Tak - byłaby to najlepsza forma bezczynności, lenistwa lub niemocy. Dlaczego? Sprawa jest prosta...A jednak moja intuicja mnie nie zawodzi i sprawdza się po raz nie wiem który moja "akademia" przewidywania. Czasem na prawdę boję się samego siebie, bo to "straszne" przewidzieć coś o czym albo nie ma się pojęcia, co to będzie jeśli...(?), lub wiedząc, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Czyżby znowu moja marszruta tegoroczna była zagrożona...?  Ale jak to w życiu bywa - zdarzają się przeróżne sytuacje, choć tym razem upadłem na mózg i postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję (nie byle jaką) i ponownie zmienić adres (?) Mądry jestem, czy głupi, bo już sam nie wiem? Ale cóż - sprawa się rypła i trzeba pchać tą taczkę przed siebie póki jeszcze sił starcza (?) Tak więc dziś krótko i informacyjnie (na najbliższą przyszłość), bo okazać się może, że będę miał przerwę w..."życiorysie" i nie będzie mnie na blogu przez jakiś czas. Może być tak, że w którymś momencie "zamilknę" aby uporać się z całym majdanem. Powiadomię w odpowiednim czasie. A dziś wszystkich pozdrawiam, trzymajcie za mnie kciuki, choć powoli, gdyż wszystko musi dojrzeć jak piękne jabłko na rajskim drzewie. Miłego dnia.

                                                                               P  a  p  k  i  n 

sobota, 6 kwietnia 2019

                             Sennie (wiosennie)...

"Zza ciemnych chmur, jak zza wysokich gór, wyłonił się jasny promień słońca...Błyskawicznie oświetlił skrawek ziemi tworząc coś w rodzaju oazy jasnej plamy - cała reszta tonęła w mroku. Niewidzialna ręka przesuwała go delikatnie w jednym kierunku ukazując nowy skrawek oświetlonej części, gdy w tym samym czasie uciekający promień pozostawiał resztę w ciemności...Przedziwne zjawisko opanowało tę część lasu pod koroną której w oczekiwaniu na słońce tłoczyli się ludzie, pośród których stałem również ja. Mrok, zimno spowodowało nieobliczalne skutki w psychice ludzkiej...Załamanie, zobojętnienie dawało znać o sobie w tą głuchą, niespokojną noc, bez światła naturalnego, które dopiero teraz po długiej, ciemnej nocy, dopiero teraz powoli wyłaniało się z poza ciemnych ołowianych chmur. Przenikliwy chłód i wilgoć zapanowały nad światem pełnym mroku. Strach przenikał wszystkie moje członki na myśl, że w każdej chwili olbrzymia i włochata gąsienica może mnie pożreć  bez skrupułów...Stałem na skraju pieczary patrząc na przebijający się pojedynczy promień słońca, który z ledwością pokonywał ołowianą zasłonę kłębiących się chmur. Mijała noc i nastawał długo oczekiwany świt raz po raz chowając się w mroku...Nie byłem pewien, czy dotrwam do pełnego świtu, czy jadowita gąsienica nie wtargnie w okolice mojej jaskini. Blady strach padł na mnie, gdy w tym momencie usłyszałem głos baraszkującego po mieszkaniu wnuka. Otworzyłem szeroko oczy i upewniłem się w przekonaniu, że jestem w ciepłym i w swoim łóżku...."  Jak to dobrze, że to tylko jakiś koszmarny sen z pogranicza "końca świata..." Ale gdy uciszyła się nocna mara, mój umysł opanowała "Budka Suflera." Nieźle musiałem nasłuchać się tego utworu wczorajszego wieczoru...
                      "Jolka, Jolka pamiętasz lato bez snu, 
                                   gdy pisałaś: tak mi źle..." 
 Miłego weekendu życzę.

                                                               P  a  p  k  i  n