Szukaj na tym blogu

piątek, 30 czerwca 2017


"SERWÓWKA" - powrót do przeszłości.

Wszyscy, którym chciało by się cofnąć do początków bloga wiedzieli by, że mieszkałem i wychowywałem się na tzw. "Serwówce," czyli starej czynszówce własności rodziny Serwów na Podpromiu.  Wybudowana została w roku 1865. Serwowie byli przedsiębiorcami i rzemieślnikami posiadający nie tylko majątek na skraju ówczesnego miasta, a wiec kuźnię, wspomnianą kamienicę i stojący obok dom drewniany zwany Maćkówką, stajnie i oborę, a także spore połacie gruntów (pola uprawne) na Drabiniance (ówczesna nazwa wsi za Wisłokiem - dziś dzielnica Nowe Miasto) oraz w miejscu dzisiejszego stadionu przy ulicy Hetmańskiej. To tutaj produkowano dorożki konne... 

Jak dziś pamiętam "wycieczki" furmanką na pola w Drabiniance i dalszej Słocinie po siano lub płody rolne...Jeździło się po tym naszym małym (wielkim) świecie obcując z naturą. A dzieciarni było jak mrowie, nie to co dzisiaj. Gdzie nie spojrzeć, tam same dzieci, te małe, starsze i te dorastające. Świat bajki i kolorowych snów... Serwowie - jedni z wielu rzemieślników Rzeszowa mieli swój kunszt i styl. To tutaj na Podpromiu powstawały rzeszowskie fijakry, znane nie tylko w mieście nad Wisłokiem. Tu naprawiano kolorowe wozy cygańskich tabunów - szklone, bogate, kuto konie... Jak dziś pamiętam te widoki. Kiedy tabun zajeżdżał, nasi rodzice czym prędzej zabierali nas do domu - chodziła wieść, że cyganie porywają dzieci... A jeszcze potem prysł czar tamtego świata, który w nicość się obrócił. Z czasem gospodarze postarzeli się, a postępująca zmiana cywilizacyjna spowodowała upadek tego zawodu zmieniając oblicze tamtego świata. Mnie zaś świat się "zawalił" również z innego powodu - o tym pisałem wcześniej...

W swojej książce "Tamten Rzeszów" jej autor - Franciszek Kotula pisze: "Usadowił się tedy na Podpromiu zakład Serwów - najpierw ojca, potem syna Stanisława. Specjalizowali się w wyrobie powozów, bryczek..." ("Tamten Rzeszów," wydanie 3, strona 259). 

Pan Józef Komuszyński - solista Kapeli Podwórkowej z "Wygnańca" (tak nazywano tę część miasta), w piosence "Rzeszowski chłopak" wspomina podmiejskie zabawy, a szczególnie potańcówki na "Wygnańcu." Najczęściej wielce spragniony i samotny "Rzeszowski chłopak" dostrzegał, że także samotnie stoi sobie:"

"Jakaś piękna szyk dama, przystojna, zgrabna, sama, więc do dorożki wsadziłem ją i na Wygnaniec pomknąłem z nią. Poganiaj Wójcik konika, niech nam Wygnaniec umyka - drynda pomknęła wśród pięknych drzew, w dali słychać harmonii śpiew...."

Nie wiadomo, o którym Wójciku pan Józef śpiewa, bo dorożkarzami byli dwaj bracia - Józef - miał konia kasztana i Franciszek - miał konia siwka. Obaj bracia, to znane postacie i bardzo "uważane" w Rzeszowie. Bo jak pisze pan Fr. Kotula: "Tu prym (jako dorożkarz) wodził Wójcik i co ciekawe, byli również muzykantami" ("Tamten Rzeszów," wydanie 3, strona 272). A ja pamiętam rzeszowskie dorożki i słynny postój przy ulicy Kanałowej (pod ulicą płynie Mikośka) - dziś to ulica Kopernika, które wypchnięte zostały przez taksówki z Placu Farnego... Jeździło się, jeździło na gapę na tylnej osi fijakra, a woźnica nie wiedząc o tym "gnał" ulicami wioząc darmowego pasażera...
Z pozdrowieniami....
                                                                      P  a  p  k  i  n
   

        

czwartek, 29 czerwca 2017

Telewizyjna papka...

Ile razy włączam telewizor, dziwnym zbiegiem okoliczności trafiam na audycje kulinarne... Namnożyło się tych speców od gotowania, robienia ciast co niemiara. Makłowicz tak już obrósł w piórka, ze czuje się panem na planie, a wtórują mu inni, nawet ze śmiesznym akcentem polszczyzny - facet udający Polaka.... Każdy kombinuje po swojemu, co w konsekwencji wychodzi na jedno, a sam wynik przedsięwzięć jest zbieżny. Zastanawiam się, po co tak naprawdę telewizja nadaje takie programy i na ile są one wiarygodne? Ja sam z ciekawości próbowałem kiedyś zrobić coś z tego telewizyjnego "przepisu" i wyszedł guzik...
Oczywiście, jak to zwykle bywa - Papkin ma pecha i cała zawartość tej "pyszności" znalazła się na podłodze... Myślę, że jest to jedna wielka bzdura, ani to pouczające, ani interesujące, a już sama pani Gesler, to kompletna porażka. Zastanawiam się na ile wiarygodni są Ci spece od reklamy kulinarnej zatruwający ludziom czas, bo zapewne jakiś odsetek widzów entuzjastycznie ogląda wspomniane programy i nie dlatego, że chce się czegoś nauczyć, czy przyswoić jakieś kulinaria, lecz wyłącznie dla osoby ja prowadzącej. Kobietom podoba się gęba tego "spuchniętego" od przejedzenia Makłowicza (był też podobny inny, ale najwyraźniej dieta mu nie odpowiadała i...) zgrywającego raczej cwaniaka, a dopiero potem pożal się Boże  - znawcę....
Tyle na dzień dzisiejszy w tej sprawie. Mam wielką nadzieję, że następnym razem, kiedy włączę telewizor, nie natknę się na coś, co mi nie tylko obrzydzi apetyt, ale przywróci wiarę w dobrze spędzony czas przed niebieskim ekranem, czyli z "radiem z lufcikiem" jak kiedyś nazywano telewizor, gdzieś na początku jego istnienia w Polsce. Że nie będę zmuszony wysłuchiwać cwaniaka, któremu tłuszcz wylewa się z gęby i który nic więcej nie ma do powiedzenia tylko o jedzeniu. A udław się tą swoją przekąską....!
                                                                P  a  p  k  i  n 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Dynastia Papkina...(12)

Wiele osób na emeryturze często zastanawia się, co począć z dużą ilością wolnego czasu, którym nagle zaczęli dysponować. Po pierwszych miesiącach, kiedy to cieszyliśmy się, że będziemy mogli spać do południa i do woli leniuchować - przychodzi moment, w którym znużeni bezczynnością pytamy samych siebie: "co zrobić z tym wolnym czasem.?" Do tej pory życie wypełniała nam praca zawodowa, wychowanie dzieci i obowiązki związane z prowadzeniem domu. Teraz sytuacja się zmieniła. Dzieci dawno się już usamodzielniły, rozpoczęły dorosłe życie, założyły własne rodziny. Zabiegane między pracą, a własnym domem rzadko znajdują jeszcze siłę i czas na odwiedziny rodziców. My natomiast -
w przeciwieństwie do naszych dzieci, mamy dużo czasu, że często nie wiemy, jak go wykorzystać. Tak potocznie można powiedzieć na ten temat i będzie w tym wiele racji...Ze wszystkich przykładów przedstawianych przy każdej okazji, istnieje różnych sposobów na twórcze wykorzystanie wolnego czasu na emeryturze. Bo emerytura to czas, w którym na nowo ożywają nasze zaniedbane talenty, pasje, a rozwijając je sobie poczujemy się znowu młodzi i..szczęśliwi. Tak, to prawda, teraz dopiero życie zaczyna się od nowa... Papkin wspomniał o czasie (bez użycia porównań) spędzanym na emeryturze, o czasie ponad czasowym, gdzie dyspozycje nim nie są podyktowane wyliczankami. To czas dla siebie i pasji, na które przez lata pracy zawodowej było mniej lub wcale, albo tak ograniczone, że wszystkie inne stawało się niemożliwe lub mocno utrudnione. Ta pasja dopiero teraz ukazuje swoje oblicze, choć trwa nieprzerwanie przez lata. A zatem Papkin robi to co lubi, co przynosi mu zadowolenie, a więc "obłędne" wędrówki w samotności po bezdrożach, w miejscach, gdzie stopa ludzka bywa rzadko, albo wcale... Daje mu to satysfakcję i zadowolenie. Przy okazji pozwala mu to na kiczowatą twórczość, która jest sposobem na przedstawianie swojego życia w sposób prosty, banalny, czasem śmieszny, albo nawet złośliwy, bo i takie sceny są uwieńczane. Tak więc Papkin robi to co lubi, co przynosi mu zadowolenie, radość, satysfakcję... (feee...powtarzam się...!)
Papkin nie ubolewa nad samym sobą, dolegliwościach, których On
sam pozbawiony nie jest. Uważa, że jeśli rano po obudzeniu coś go boli - oznacza to, że żyje, a ból jest nieodzownym elementem naszego życia. Po co więc użalać się i robić z tego aferę..? Bo jak pisał nie tak dawno - życie składa się z rzadkich, oddzielnych momentów najwyższego znaczenia i nieskończonej liczby przerw pomiędzy tymi momentami (?) Prawdą jest więc, że życie tak na dobre zaczyna się dopiero w wieku poprodukcyjnym. Można zająć się wędrówkami, albo wnukami. To jest ta radość, która Papkinowi się udziela.. I to jest sekwencja codziennego dnia Papkina.... I jak widać, istnieje wiele sposobów na twórcze wykorzystanie wolnego czasu. Emerytura powinna być czasem , w którym na nowo ozywają zaniedbane talenty i pasje, a my rozwijając siebie poczujemy się znowu młodzi i szczęśliwi. Tak więc prawdą jest, że prawdziwe życie jest właśnie teraz...
Pozdrawiam serdecznie....
                                                                      P  a  p  k  i  n
  

      

piątek, 23 czerwca 2017

Luis Fonsi - Despacito ft. Daddy Yankee

Mojej Przyjaciółce Lilianie, z okazji imienin - 
najlepsze życzenia, zdrowia i kondycji, uśmiechu i pogody ducha. Niech Cię poczucie humoru nigdy nie opuszcza. Wszystkiego najlepszego...

Wszystkim moim przyjaciołom życzę udanego                 weekendu, dużo uśmiechu i dobrego                                          wypoczynku.
                                                                                                           P  a  p  k  i  n

czwartek, 22 czerwca 2017


Dolina Moczarne.... 9 czerwca 2017 r.

Wracając do wspomnień z ostatniego pobytu w Bieszczadach - trudno byłoby doszukać się tylko i wyłącznie tematu zakazów i przekazów, jakie oferują nam instytucje z turystyka związane. Prócz czujności i ewidentnej świadomości o takich czy innych zagrożeniach, nie tylko ze strony dzikich zwierząt, które z całą pewnością były gdzieś w pobliżu, ale przede wszystkim, na co zwracam szczególną uwagę, to miejsca po byłych wsiach, miejscowościach, które mogą zakończyć się tragicznie. Pomyślałem sobie, że również "niebezpieczne" mogą być rozmowy podobne do tych, które odbywały się pomiędzy nami w czasie marszu. Poczucie humoru, śmiech, beztroska i opowiastki, które każdego z nas doprowadzały chwilami do takiego śmiechu, że grupa musiała nawet przystanąć. Tak było tuż po opuszczeniu "cywilizacyjnego" odcinka drogi głównej. Należało więc uspokoić nadwrażliwe fascynacje... Nawet nie wiem, jak i w którym momencie i kto poddał ten temat - nie ważne! A ja zastanawiam się, jak pogodzić takie chwile z tym, co naprawdę poważne? Ale czy my wszyscy byliśmy poważni...? I dobrze - śmiech to podobno samo zdrowie, gdy humory dopisują, ale tu w lesie w tym temacie? Niech więc będzie humorystycznie, choć temat sprośny, a jak widać, nawet w takim lesie, na łonie natury humorów echo się niesie....

Szliśmy gęsiego i śmiech nas ogarniał,
bo z przodu ciągle ta heca,
nawet w tym lesie, w głuszy bieszczadzkiej,
ktoś ciągle mówi o...kiecach...
                                  Na zdrowy rozsądek o dupie Maryni
                                  mówić jest od rzeczy,
                                  bo śmiechu przy tym od ucha do ucha,
                                  wiadomo - nikt nie psioczy...!
Nie martwić się tym, co za drzewem stoi - 
niedźwiedź, wilk, czy inna gadzina,
o erotyzmie w tym lesie mówić -
tak bajka się zaczyna...
                                 Więc piszę petycję, albo zażalenie,
                                 do kogo - nie wiem w tej chwili,
                                 śmiech moich kumpli echo swe niesie,
                                 trzech dziewczyn słowo kwili...
Więc się użalam po d niebiosa,
a echo słowa niesie,
wrócę do domu w piedestale -
o czym myślałem? -
Wiecie...?

PS.
Trzeba to ująć w jakąś fabułę,
przekręcić kota ogonem,
pomylić wszystkie słowa pisane,
unieść się wysokim czołem...
              (Moczarne, godzina 9:07)

                                                             (Jego wysokość - wilk)

                                                                 P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Bezdroża Moczarnego (2)-Trakt leśny..

Poszliśmy w las (nie drogą), aby ujść uwadze naszych "prześladowców," przez zarośla, pokonując wąwóz i płynącą "Górną Solinkę" - spowolniony marsz przez "mękę." Wyglądało tak, jak na górnym zdjęciu...(ale przewrotność?) Ile potrzeba wytrwałości, aby osiągnąć swoje? Ale warto, bo należymy do tych, którzy są uparci (co nie zawsze wychodzi im na dobre), wytrwali i zaprawieni w chodzeniu po bezdrożach. Na drogę weszliśmy daleko za Wetliną....


Wracając do wczorajszego - trakt ma różne oblicze. Albo idziesz lasem, albo polem zarośniętym (prawdopodobnie kiedyś było orne), a co ciekawe - cała ta stara, jak myślę droga, po której poruszali się kiedyś ludzie, zamienia się już tylko w ścieżkę... Co kryje się w lesie tuż przed nami? 

Cały czas gnębi nas myśl - "obyśmy tylko nie spotkali misia."  Pod "Szopowatym" las zamienia się w zieloną otchłań. Panował "mrok," a kiedy słonce od góry oświetla korony drzew, tu na dole jest parno i gorąco. Czuć tylko zapach wilgoci, mchów i paproci. Gdyby to było bliżej domu, chętnie bym zerwał naręcz paproci (podobno dobre są na pchły?)... Żartuję...!  Sceneria jak w bajce. Od czasu do czasu rozmawiamy o wszystkich zakazach i nie dopuszczamy myśli, że mogłoby być inaczej, bo niby dlaczego? Zważywszy na to, co zobaczymy później na szlaku, jest w tym dużo racji.... Idziemy trudnym terenem, dzikim, zalesionym, tajemniczym. Trzeba mieć niespełna rozumu, aby pchać się w ten nieujarzmiony kraj - a byliśmy sami....


Enklawa, jakich w Bieszczadach zapewne wiele, lecz ta wyjątkowa, gdzie stopa ludzka nie stanęła od dziesięcioleci. Ten trakt, który oznaczyliśmy, tak po swojemu, prowadzi wprost do uczęszczanego szlaku, na którym nikogo nie spotkaliśmy, aż do "Jasła" (1153 m. npm). Z lasu wyszliśmy nieopodal wspomnianej mogiły Gładyszewa, której po prostu nie sposób ominąć, nie zauważyć, czy też obejść.


Jest zbyt widoczny, choć czas zrobił swoje zacierając napisy i zdjęcie.... Nie zabawiliśmy to dłużej, pozostawiając nietknięte stare znicze, które ktoś tu pozostawił. Poszliśmy na zachód w kierunku "Okrąglika" (1100 m. npm) i dalej do "Jasła" (1153 m.) gdzie nocowaliśmy. W Majdanie zafundowaliśmy sobie przejazd kolejka bieszczadzką do Przysłupia... Było klawo...


Dalsza droga wiodła do Komańczy, gdzie mieliśmy nadzieję zwiedzenia klasztoru i miejsca internowania ks. kard. Stefana Wyszyńskiego - nie udało się - trudno....!
Najgorsze są chwile rozstania, które nastąpiło w Sanoku, a z trojgiem innych osób udałem się do Rzeszowa i tu pożegnałem ich na dworcu... Zostałem sam jak palec.... Dochodzę do siebie, nie po trudach wędrówki lecz przyzwyczajam się do nieobecności moich przyjaciół. Zacząłem zbierać niebieskie nakrętki do przyszłorocznego powrotu w to miejsce i oznakowanie do końca traktu. Może ktoś wpadnie na pomysł, aby wytyczyć w tym miejscu szlak turystyczny, szlak, który własnie przetarliśmy...? 
PS.
W trakcie wędrówki, zapisywałem słowa garnące się do ust. Pasmo Graniczne odzwierciedla trudności, jakie sobie zadaliśmy. Ktoś powie - głupota! Możliwe, ale większą głupotą  jest siedzenie w domu, jak u Pana Boga za piecem (nie mylić z tytułem filmu o tej nazwie). A co do zakazu, to kto wie, czy nie jest to słuszny zakaz? Dolina Moczarnego jest wyjątkowa - to raj ciszy i spokoju i pomimo zakazu wejścia do niej, mandatów, jakie czekają na śmiałków - warto je złamać, oby tylko nie za często. Bo Ci co mówią, że w Polsce nie ma nic godnego do zwiedzania, nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą...
Z  a  p  r  a  s  z  a  m....
                                                                                P  a  p  k  i  n
Szliśmy bezdrożem pośród mchu i paproci 
a wokół mrok i zieleń,
nie było słońca w koronach drzew,
był zapach zgniłej wilgoci....
Ci z przodu mieli nie lada wyzwanie
przedzierać się przez chaszcze,
Ci z tyłu pilnować musieli się
przed zwierzem - mieć oczy otwarte...
Potoki, parowy, wzniesienia, doliny,
a szliśmy po omacku,
złe myśli się snuły po naszych "łysinach,"
lecz nie ustaliśmy w marszu....
Bezdroże nas wiodło puszczą zieloną,
a widok czasami był "straszny,"
ale niezłomność pchała do przodu - 
do celu, gdzie leży Gładysz....
A szlak ten daleko, po kniejach chodzimy,
a w dole płynie rzeka,
odcinek pokonać Górnej Solinki,
marzeniem każdego człowieka....
Ale nie wolno, bo zakazano,
w Dolinie dziewiczej puszczy,
kiedyś postawiłem tutaj swoją nogę,
czy został ślad zagubiony...?
Zarosło wszystko olchą i pokrzywą
i krzaki się plenią dookoła,
a stacja Moczarne przybrana zielenią
i drogi głównej odnoga...
Tu teraz wilki i niedźwiedzie
mają swoje królestwo,
bo pośród pustki i wrogiej dziczy,
niczego nie znajdziecie...
Wiszące tory Górnej Solinki
złowieszczą są przestrogą,
a pośród dziczy największa"męką"
jest przejmująca cisza....
Tu nawet ptaki nie śpiewają,
bo tutaj ich też nie ma,
w krainie Bieszczad nic nie zginie,
w naturę się przemienia...
I szli gęsiego, jeden za drugim
dźwigając swoje plecaki,
w koronach drzew nie widać chmury
i słonce tam nie świeci...
Lecz nie przejmujcie się tym zbytnio,
bo w sile jest potęga,
gdzie diabeł nie może,
kobiety nie pośle,
lecz w grupie piekła sięga...
                                   (Mogiła Gładysza, godz. 15:00)
                                               12 czerwca 2017

                                       P   a   p   k   i   n





   






niedziela, 18 czerwca 2017

                       Bezdroża Moczarnego...

Wiedziałem nie od dziś, że obowiązuje zakaz wejścia w Dolinę Moczarnego. Wiem to od kolegi mieszkającego w Wetlinie i jest ściśle związany z tamtejszym regionem. Celowo nie ujawniam charakteru jego pracy ze względów oczywistych. Byłem w Dolinie dwa razy własnie ze wspomnianym kolegą i miałem raz okazję widzieć misia z odległości 150 metrów. To jednak było dwa lata temu... Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że przepis (?) jest tak rygorystyczny, a co dziwne i godne (negatywnej) uwagi, że każde wejście w głąb drogi poza ostatnie zabudowania, jest albo monitorowane, albo obserwowane przez jakąś parę oczu (?) Pewnie przez władze BPN-u lub tych, jak ich nazywam: "pseudo przyrodników." Znam też wiele negatywnych opinii wędrowców po ziemi bieszczadzkiej, ale to najprawdopodobniej całkiem inne już zagadnienie. Ciekawe, że w domku już na początku Doliny Moczarnego, w miejscu gdzie praktycznie kończy się asfaltowa droga i rozpoczyna się ślepy trakt leśny w kierunku południowym - jak słyszałem, bywają intratne imprezki zapewne tych, którzy niby strzec mają tego miejsca przed wszędobylskimi turystami. Ile w tym prawdy - nie wiem i nie zamierzam tego dochodzić, nie moja sprawa. Nie mniej dziwią mnie metody "polowań" na śmiałków, którzy odważą się pójść tam, gdzie zakazuje przepis. Spotkanie z czymś takim jak wezwanie policji, przedstawiciela BPN-u i mandat (nawet do 500 złotych) do przyjemności nie należą, ale jeśli się zastanowić, to czy nie warto narazić się na konsekwencje

                                            (droga do Moczarnego od strony Wetliny)

by oko nasze mogło nacieszyć się widokiem, jakiego na co dzień nie dojrzymy? Śmiałków jednak sporo nie ma, ale dopytujących jest coraz więcej. Możliwość, że ktoś Cię "dorwie" idącego drogą, a jeśli Ci się uda, to jeszcze pozostaje wielka niewiadoma, czy we wspomnianym domku nie czai się para  lub więcej oczu? Przypomina mi to "walkę" o dojście do Sianek, gdzie obowiązywał podobny zakaz, mandaty i wiele innych nieprzyjemności. Teraz można tam iść kiedy się chce. Może w Moczarnym będzie kiedyś podobnie? Tak, czy siak uważam, że warto... Mogliśmy się pokusić pójść na wschód w kierunku źródeł Solinki, w jej wzdłuż zwanym Górną Solinką do ujścia jej dopływu zwanego Szypowaty (nie mylić z podobną nazwą góry o wysokości 1070 m npm), ale nie byłoby sensu przedzierania się wzdłuż torów zarośniętych olchą i innym zielskiem...

                                                                     (stacja Moczarne)

Leśny trakt, jak nazywamy starą drogę, po której zapewne poruszali się mieszkańcy tej wioski jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego - zarośnięta lecz widoczna i...niebezpieczna. Trzeba uważać, aby nie wpaść w jakąś studnię lub inne nieokreślone "coś." Całe przejście oznaczyliśmy przybijając do drzew nakrętki w kolorze niebieskim, których mieliśmy cały plecak (akcja zamierzona). Być może ktoś, kto znajdzie się na tym odcinku przez "Szypowaty" (1070 m) do oznakowanego Czerwonego szlaku pod Czertezem, będzie mógł czuć się swojsko, choćby z powodu świadomości, że ktoś je tu zawiesił. Staraliśmy się 
wieszać te oznaczenia co 50 metrów tak, aby były widoczne gołym okiem. Niestety - brakło nam około 20 kapsli, ale te uzupełnię jak będę w tym rejonie i na pewno dopiero w przyszłym roku. Ten krótki odcinek traktu znajduje się tuż przy grobie sowieckiego żołnierza pod "Hrubkiem" (1188 m).

                                                 (oznakowanie pozostawione na szlaku)

(cdn jutro)
                                                                                 P  a  p  k  i  n

sobota, 17 czerwca 2017


                    Powrót do normalności...

Witam i o zdrowie pytam, bo moje w porządku... Nieco szybciej się pojawiłem, a to z powodu "pospiechu," jaki mnie i naszej grupie nadano, ale o tym innym razem - może jutro?  To był taki mały "kop," który dostaliśmy, jednak dzięki roztropności, udało się nie mieć problemów. "Użalę" się przy okazji, a na dziś tyle i tylko tyle...Nie mniej było super. Adios - do jutra...
                                                                     P  a  p  k  i  n

sobota, 3 czerwca 2017

Ballada o Dzikim Zachodzie-Wojciech Młynarski


     Z góry dziękuję za Waszą obecność...

Miło mi, że jesteście... Może napijecie się ze mną herbatki z cytrynką, taką jak zawsze lubię? Proszę - rozgośćcie się - usiądźcie wygodnie (użyczę Wam swojego fotela), weźcie do ręki lekturę moich myśli i uczuć... Co czujecie gdy je czytacie...?  Zapewne nie potrafię  używać już słów, które łagodnie docierają do otoczenia, a przecież ja również potrzebuję odrobiny tego ciepełka jakim jest uczucie... Być może jest go brak w moich myślach i zapewne to zauważyliście, ale gdy człowiek "gna" przez to życie codzienne, to tak to jest... Czy trudno jest żyć bez łez? Tak, tak - czasem i ja sobie popłaczę, w kacie, aby nikt nie widział. Zdarza mi się - niestety, też jestem człowiekiem. 


Czasami trudno jest ukryć swoją słabość, ale jak to ktoś powiedział: - "łez nikt wstydzić się nie powinien." Zwykły człowiek jakim jestem, niczym się nie wyróżniający od innych, często siadam w swoim fotelu rezygnując z próby zaśnięcia i próbuję oszukać samego siebie... Straszny obraz wcale nie taki idealny - bezskutecznie zły...! "Ustawiam swojego "pionka" na planszy z napisem: "zacznij swoją wędrówkę od nowa czekając na rezultaty gry - jakiej gry...? Żal, złość, a nawet często rozczarowanie, gdyż nie zawsze wszystko się udaje - wtedy wynik jest raczej mizerny. Ale nadal jestem, aż do końca...! Ktoś zapyta po co o tym piszę? I co to ma być? Żal i jakieś boleści, które zostawiam przed wyjściem z mojej "norki," którą opuszczam na dwa tygodnie. Piszę o tym dlatego, że ten zwyczajny Papkin, podobny do Was wszystkich własnie wyrusza na szlak bieszczadzki. Tak więc jestem taki sam jak Wy...!


Bo po tej "wycieczce" czeka mnie dłuższy pobyt, niby w tym samym miejscu, jednak znacznie trudniejszym. Gdy ja będę gdzieś daleko, sam na sam z przyrodą, poczytajcie mnie i spójrzcie na to co obrazuje piękno bieszczadzkiej przyrody. Bądźcie więc tu i dopilnujcie, aby wszystko "grało." Jak wrócę będzie nowy odcinek "Dynastii," ten, który zacząłem pisać i pozostawię go na stole wraz z długopisem. A dziś witam dwoje moich przyjaciół z Białegostoku i Lublina z którymi w poniedziałek rano dołączę do pozostałej grupy w Wetlinie... Tak więc - dziękuję za Waszą obecność i towarzyszenie mi w tej "rzece" słów. Wasza obecność dodaje mi odwagi i podnosi stan mojego uduchowienia. Może trudno to zrozumieć, ale tak dzieje się naprawdę. Dziękuję bardzo za już złożone życzenia owocnych wrażeń, które otrzymałem. One będą mi potrzebne zwłaszcza w tej drugiej części tegorocznego wypadu, na bezdrożach bieszczadzkich, w dzikich i bezludnych ostępach. Zadomowienie się u mnie, to zaszczyt dla mnie. Tak więc pozostawiam Was z moimi myślątkami i do usłyszenia za dwa tygodnie. Pozdrawiam.


                                                                  P   a   p   k   i   n
  

piątek, 2 czerwca 2017

Oddaj swoje organa (y)....

Kiedy dziś obudziłem się rano - siedząc jeszcze na tapczanie, zastanawiałem się o czym dziś napisać. Znajduję się bowiem w okresie "podbramkowym," czyli można byłoby to ująć jako siedzenie na walizkach, a może na plecaku (?) A ponieważ nie chciał bym zaprzątać głowy tym, o czym pisałem w ostatnich dniach (co za dużo, to nie zdrowo), powinno to być coś lekkiego, nie obciążającego zbyt mocno umysłów czytelników. Muszę przyznać, że w ostatnim czasie kaliber tematyczny był nieco przytłaczający, w rezultacie czego, tak bezwiednie napisałem coś w rodzaju przewodnika po Bieszczadach... Takiego zamiaru nie miałem, a wszystko zawarte w tekstach jest wyłącznie przypadkowe. Pomyślałem sobie, tak przy okazji tragicznego wypadku, którego byłem świadkiem będąc w Toruniu, w którym zginął młody mężczyzna na motocyklu. Ktoś przy okazji skomentował to wydarzenie słowami: "kolejny dawca organów, określając delikwenta głupotą, która w głowie się nie mieści." Facet bowiem gnał na ślepo na zatłoczonej ulicy.
A skoro tak, to przy okazji powiem: - "Od wielu lat noszę zawsze przy sobie coś w formie oświadczenia, bo nie wierzę w to, co oficjalnie się mówi, że transplantacja odbywa się po śmierci mózgowej człowieka. Ja natomiast wiem swoje..." 
Oświadczenie.
Oświadczam, że nie życzę sobie, aby w razie mojej śmierci pobrano ode mnie na potrzeby transplantacji jakiekolwiek organa. Proszę o uszanowanie mojej prośby.
Życie jest darem - cudownym, jedynym i niepowtarzalnym. Jednak mój móżdżek - mały i nie "umiejący" nadążać za postępem - nie pojmuje, skąd w człowieku odwaga, by się na coś takiego zgodzić. Ja bynajmniej takiej odwagi nie posiadam. Owszem ona jest, ale dotyczy innego kierunku... Rozumiem, że po śmierci (powtarzam - po śmierci),człowiek nie czuje nic, nie ma bólu. A jednak istnieje coś we mnie, co nie pozwala wypełnić takiej deklaracji, bo to byłoby równoznaczne z tym, że zgadzam się na śmierć. Ona mnie wędrownika może zaskoczyć wszędzie, nawet w tak odludnym miejscu, że nikt długo mnie nie znajdzie. Bo z tego co wiem (mówi się przy każdej o tym okazji), że mózg już nie żyje, choć serce bije nadal... Dzięki za taką samowolkę i skazywanie się na śmierć. Oczywiście - mam świadomość, że kiedyś nadejdzie ten dzień i mnie już nie będzie. Ale dziś nie dopuszczam do siebie tej myśli - żyję i chcę żyć, choć wiek mój podpowiada, że raczej bliżej do końca niż do jakiegokolwiek początku... A ta deklaracja zapewne by mi przypominała o tym, że śmierć nieuchronna i może przyjść w każdej chwili. Zresztą przyjdzie i tak w każdej chwili - w domu, na ulicy, czy gdzieś na odludziu... Wiem, że może w jakimś przypadku taka transplantacja może komuś uratować życie, ale z drugiej strony, każdy z nas ma to coś zapisane, niezależnie od tego, czy będzie jakiś dawca, czy nie - ja po prostu nie potrafię. A tak w ogóle - to pewnie jestem już za stary na oddanie czegoś z moich flaków. Co do sprawy samej deklaracji, to uważam, że ona tylko przyspiesza proces pobrania organów. Brrrr, brrrr...!  Każdy ma prawo dysponować swoim ciałem, bo po śmierci dysponowanie nim jest co najmniej dyskusyjne...Kwadratura koła....
Życzę przyjemnego dnia z dozą optymizmu.

                                                                       P  a  p  k  i  n