Szukaj na tym blogu

piątek, 29 czerwca 2018

                                        Weekendowo...

Czas bardzo szybko nam umyka. Dzień goni dzień i znowu kolejny weekend. Wakacje, to czas wypoczynku dla wielu z nas, czas urlopów... Bawcie się fajnie i...(nie) grzecznie...A dziś kolejny raz życzę wszystkim dobrej zabawy, odprężenia po trudach pracy, wraz z utworem rytmów brazylijskich, w wykonaniu duetu Mayck & Lyan. Utwór ten w szczególności dedykuję mojej przyjaciółce Bożence z Ościłowa, województwo Mazowieckie. Pozdrawiam....
                                  P  a  p  k  i  n

czwartek, 28 czerwca 2018

         Milczący szlak...(Bieszczady 2016)

Położyłem się za załomem skalnym, chroniącym przed zbyt natarczywym podmuchem wiatru. Nie mniej, był to orzeźwiający, lekki chłód, pozwalający na odpoczynek po uciążliwym marszu, zwłaszcza w jego końcowej części, prowadzący zarastającą ścieżką w głębokim wąwozie. Kręty to "labirynt" wyschniętej i zamarłej "rzeki," ponieważ w deszczowe nawałnice (lipiec jest tego przykładem), mógł przeobrazić się w rwący potok. Miejsce osłonięte lecz nieprzyjazne ze względu na obfitość ciernistych krzewów, które cały czas zahaczają o rękaw wiatrochronu. Wejście w ten wąwóz bez osłoniętych rąk, naraża na poważne konsekwencje. Broń Boże śmiałkowi rozbić namiot w takim parowie nawet w pogodne niebo. Tu pogoda zmienia się w ciągu kilku chwil i może dojść do gwałtownej nawałnicy - to dopiero tragedia...Nawet ścieżka, o ile tak ją nazwać można, jest całkiem kamienista i dopiero w swojej końcowej fazie, już po zejściu z wyżyny, zamienia się w dróżkę, nadal kamienistą, aż do Sanu. Tutaj jest dzika i trudna do przebycia. Co prawda, patrząc w górę widzi się korony drzew, ale mimo wszystko, to odludne i pustynne miejsce pośród lasów....Leżę za tym wyłomem skalnym patrząc w niebo, po którym przesuwają się białe chmurki i myślę, że deszczu z nich nie będzie, chociaż "tu w Bieszczadach...(?) wszystko jest możliwe, nawet to, co jest niemożliwe" - jak mawiał jeden z moich znajomych bieszczadników....Mimo, że słońce powoli chyli się ku zachodowi - mam czas. To dobre miejsce na rozbicie obozu. Póki co, nie zamierzam rozkładać namiotu - śpiwór zrobi swoje i można będzie ułożyć zmęczoną głowę do snu. Upał, który daje się we znaki nie ulży tak szybko - może dopiero nad ranem chyba, że gwieździste niebo nocne spowoduje spadek temperatury. Tu nawet latem, nocą temperatura spaść może w okolice zera, a to śmieszne nie jest. Wiele lat temu pod Tarnicą, w lipcu, pewien turysta zamarzł w nocy...Ktoś, kto nie jest przygotowany na takie warunki pogodowe, niech się w góry nie wybiera. Gdy powietrze jest przejrzyste, dookoła jest taka cisza, że najlżejszy brzęk jest słyszalny w promieniu kilkudziesięciu metrów. Bystre oko i doskonały słuch, wyłapią każdą "zmianę" naszego bezpieczeństwa, bo to jest tutaj najważniejsze....
Łyk wody, która pragnienia nie uśmierzyła - raczej zbyt ciepła, dała tylko ulgę spragnionym wargom. Wsunąłem butelkę w załom skalny dla jej schłodzenia, a sam wyprostowany jak drut, zafascynowałem się rozległym widokiem, rozpościerającym się i umykającym w dal. niesamowite, jaki ten świat piękny w tej bieszczadzkiej dziczy, w tej ciszy, kiedy słyszy się wyłącznie bicie serca i swój oddech. Sina dal rozpromieniona słońcem i wolność, którą tylko tutaj można się upajać. Wspaniały widok, kiedy korony drzew ma się w dole, a świat ogląda się z góry....Schodziłem Bieszczady wzdłuż i w szerz i podobnych widoków jest więcej, ale tylko tutaj można wspaniałą panoramę połonin: Wetlińskiej i Caryńskiej podziwiać od strony północnej. My ciągle spoglądamy na to pasmo od południa, z pętli bieszczadzkiej, z serpentyn, a tu, jaka odmiana? Fakt - to teren tak dziki, że nie prowadzi tu żaden znakowany szlak - jeśli tak go nazywam, to jest wyłącznie przenośnią - to coś podobnego do "szlaku" wytyczonego rok później w poprzek Doliny Muczarnego, do której oficjalnie wejścia nie ma. Pisałem o tym wcześniej na blogu. Jak dla mnie, to idiotyczna decyzja, ale cóż...(?) "Chciałeś pan zobaczyć zieleń lasów, a w zasadzie nic, co byłoby ciekawe?" - zapyta mnie rok później sfrustrowany strażnik BPN-u (Bieszczadzki Park Narodowy), z którym toczyłem batalię o wejście w miejsce "zakazane," choć nie wiem, jakim prawem (?) Tak...i w duchu pomyślałem, że i tak Cię przechytrzę, choćbym miał naddać kilometry, to i tak postanowię na swoim. I tak się stało (oto zdjęcie z tamtego czasu)....
A tu, kiedy po raz pierwszy stanąłem w tym miejscu (było to przed laty), zobaczyłem w dole zwężającą się gardziel wąwozu, a w nim prześwit dzikiej ścieżki, wijącej się pośród krzaków. Kiedy wreszcie zszedłem w wąwóz, którego strzegły cierniste krzaki, stwierdziłem, że to nie był kiedyś dziki jak dziś, ale kiedyś służył mieszkańcom nieistniejącej wsi...? Tylko teraz bądź mądry i szukaj tego miejsca pośród lasów! Odnalazłem jedynie kilka cegieł i gładkich kamieni, wdzierających się w brunatno-czerwone oczodoły wyrąbane w skale - być może pozostałość po ziemiance - piwnicy, służącą do przechowywania produktów rolnych. Tak dziś wygląda ta owa, tajemnicza pustelnia, bo tylko w taki sposób nazwać można to odludzie - głuche i puste. Jednak tylko tu może przydarzyć się przygoda, o której zawsze mówi się czule, z pełną powagą satysfakcji... na terenie Bieszczad spotkałem przeróżne tajemnicze miejsca (nie poruszam się szlakami turystycznymi), nawet pojedyncze groby, bez specjalnego oznakowania, kapliczki i ruiny, prócz tych oficjalnych, jak choćby cmentarz w Siankach, który kryje wielu mieszkańców tego byłego uzdrowiska i kurortu - kilka rozpadających się krzyży i nic więcej - praktycznie nie istnieje. Zastanawiające jest to, co taki pojedynczy grób 
kryje, a właściwie kogo? Różnie można odpowiedzieć, choć nie do końca trafnie. Być może to mogiły pojedynczych osób - najprawdopodobniej członków band ukraińskich (UPA) - tak myślę, bo innego wytłumaczenia nie znajduję, bo jeśli jest się w takim miejscu na odludziu, to różne myśli chodzą po mózgownicy. Dzisiaj samotnikowi, jak ja, nic tu nie zagraża, a przynajmniej od ludzi, no chyba, że moja własna głupota, ale to już inny temat...A było tu nie wesoło w czasie wojny i tuż po niej. Gdyby jednak ktoś zasmakował tego piękna i zechciał podziwiać bieszczadzkie pejzaże - zapraszam. Dobre to miejsca dla samotników i entuzjastów przyrody. "Milczący szlak," jak nazywam to miejsce, to kraina lasów, gdzie można - jak ma się dużo szczęścia - dojrzeć rysia (zwierze bardzo płochliwe), wilka, a nawet niedźwiedzia. Żubry raczej chodzą poniżej, gdzieś w okolicy Stuposian i  Zatwarnicy...Często mnie ktoś pyta, "czy nie obawiam się, że może mi się przydarzyć jakieś nieszczęście." Nieszczęście - jakie? Może rzeczywiście coś tam ryzykuję, ale na znakowanych szlakach spotkanie ze zwierzętami jest podobne i bez różnicy, gdzie jesteśmy. Czas na myślenie 
podobno przychodzi w chwili danego zdarzenia... Wczesny poranek...Dobrze spałem tej nocy "zamknięty" w śpiworze. Obudził mnie chłód, a na wschodzie pojawiła się poświata wschodzącego słońca. Czas na rozbudzenie się i obrządek, W szybkim tempie analizuję wszystkie swoje czynności i...ta myśl, że muszę wrócić do wąwozu, który stanowi ścieżkę prowadzącą do cywilizacji i do tych, którzy zapewne przeliczają na konkretne sumy złotówek czerpane z kieszeni turystów. Ja mam swój sposób turystyki za którą nie płacę.
Nie przeliczam na żadne kwoty, chyba, że muszę. Te widoki mam za darmo, choć, jak mi kiedyś opowiadał pewien prześmiewca - "podobno cały wiek temu pasły się tu ogromne stada bydła?" Żart i fakt, ale za te rewelacje nie płacę, chyba, że jedynie zdziwieniem, a jest to fascynujące... Dziwny jest ten kraj zwany Bieszczadami - dziwny, a zarazem wręcz idealny pod względem turystyki. Bo właśnie pod względem szerokości waha się od wielu mil (czytaj - kilometrów), do tyleż jardów (w zależności, kto je przemierza). Bo nazwa bowiem, mając na uwadze miejsce, gdzie jestem - dotyczy tylko "wąskiego" skrawka ziemi, niezdatnego do uprawy, a przedstawia się, jako zielony, obramowany lasami obszar, czasem nieprzebyty, poprzecinany potokami i zalesionymi górami. A dalej ciąg dalszy bezkresnych lasów, które zajmują całą szerokość Bieszczad. Na ich długości także rozciąga się "rozpaczliwa dzicz," która styka się na wschodzie z granicą państwową i Beskidem Niskim na zachodzie. Środkiem jakby biegnie szlak poprzez połoniny. W tym "wielkim świecie" rysują się skały i głazy wzdłuż koryt potoków i rzek, które miejscami znikają w zielonej "dżungli" lasów. Czasami sprawne oko dojrzeć może ślady minionej epoki i zgasłej na tym terenie cywilizacji. A są to miejsca czasem widoczne gołym okiem. Dziwaczne grobowiska, o których wspominałem wcześniej - znaczące się na pagórkach i w leśnych ostępach, wciskające się jakby w "horyzont." Można znaleźć zarośnięte mury, piwnice, kapliczki, studnie. Chodząc po terenach byłych wsi, trzeba mieć oczy wokół głowy, nie trudno o jakiś wypadek...Ja zawsze "słyszę" okrzyki, mowę ludzi mieszkających tu kiedyś, a po których wszelki ślad zaginął, tak z nazwy, jak też pochodzenia....Pytam samego siebie zdumiony - "dlaczego Ci wszyscy ludzie musieli "odejść," często w tak tragicznych okolicznościach?  Przecież był tu normalny świat, a dziś - odstraszające pustkowie, kiedyś świat beztroski, ubogacony, w dolinach rzek i pośród wspaniałej przyrody." Łuny pożarów, śmierć i okrutne zbrodnie...i te ponure , milczące miejsca po wioskach oraz bezimienne mogiły. W ten niesamowity, zamarły "kraj," turyści zaglądają przez przypadek. Wolą znakowane szlaki z dymkiem papierosa w ustach i...zabawą! A w moim umyśle ciągle wraca echo wrażeń Krążę pośród zieleni i samotnych wycieczek, bo dobrze mi rozważać wszystkie te sprawy na samotności. Mówię do siebie, jakbym miał przed sobą rozmówcę, bo czyż las, czy góra nie jest "partnerem" do rozmów...?  
Słońce weszło już na niebo i wyłoniło się zza horyzontu gór. Stwierdziłem, że moja sytuacja staje się "skomplikowana" i chcąc, czy nie, muszę wreszcie ruszyć w dalszą drogę. Do zobaczenia (?) tylko kiedy...? Nie jest prawdą, że zwarte ściany lasów bieszczadzkich, stanowią jednostajną, przypominającą "zieloną ścianę." Oczywiście - opinia zależy od nas samych. ja bowiem nie zwracam uwagi na to zagadnienie i szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad tym zjawiskiem. Idąc, a w rzeczywistości - przedzierając się przez wąwóz, gdzie jedyną roślinnością są kolczaste krzaki pomyślałem, że następnym razem, warto mieć jakąś maczetę do torowania sobie drogi lub puścić przodem stado wielbłądów, które podobno uwielbiają tarninę, która stanowi ich przysmak, bo tu taka milcząca, umarła oaza pośród morza zieleni... Schodziłem w dół, jakieś sto metrów, kiedy w dole usłyszałem szum i plusk wody. Potok płynący zapewne w kierunku Sanu - snuł swoją opowieść o tym miejscu - byłem jakby u siebie. "Spadłem" szybko ryzykując potknięcie lub skręcenie kostki - do orzeźwiającej i chłodnej wody. Gdyby świt nie zastał by mnie w tym miejscu, nie ujrzał bym tej pięknej doliny schodzącej do Sanu. 
Teraz uzupełnię zapas krystalicznej wody i będę mógł spokojnie powędrować w kierunku Stuposian. Zawsze bowiem mam na uwadze, aby mieć zapas wody przy sobie, bo spokój ma się jedynie wówczas, gdy człowiek jest w pełni sił, a w butelkach bulgocącą wodę....
Pozdrawiam.
                                                                       P  a  p  k  i  n
                       

wtorek, 26 czerwca 2018

              "Nowoczesny" człowiek - czyli...

                        pokoleniowa przepaść...
Jeszcze nie tak dawno po sieci krążył filmik mówiący o starych, dobrych czasach, porównujący styl bycia starego i tego "nowego" pokolenia XXI wieku. Znalazło się (a jakże przy takiej okazji) wielu obrońców praw wszelkich - "jakie to złe metody wychowawcze kiedyś bywały." A myśmy nie znali psychologów i ich "cennych" opinii. Nikt nie znał pojęcia ADHD, tylko pasek po tyłku i...jakoś żyliśmy bez uszczerbku na zdrowiu. Dziś, Ci wszyscy pseudo obrońcy praw wszelkich wychowują bandytów...Postanowiłem streścić ów filmik, bo nie wszystkim zapewne było dane z nim się zapoznać. Nie zamierzam jednak używać zbyt dużo niecenzuralnych słów, jak było to w "oryginale," choć uważam, że aby coś "podkreślić," słowa takie są ku temu jak najbardziej pozytywne...
                                              *********
Jakiś czas temu podzieliłem sobie ludzi na dwie grupy. Pierwszą grupą nazwę ludzi "starej daty" i wcale nie chodzi mi tu, że ktoś urodził się w pierwszej połowie XX wieku. Druga grupa, to ludzie "nowocześni," bluzgający na ulicach, rzucający "mięsem," ludzi mojego pokolenia nazywający "staruchami..."  Teraz powiem Wam, co to są ludzie "starej daty" i Ci "nowocześni." Ludzie "starej daty," to ludzie w moim wieku (za takiego się uważam i jestem z tego dumny), czyli ludzie, którzy wychowani byli normalnie, to znaczy - wychowani w świecie rzeczywistym. My nie mieliśmy Internetu, my mieliśmy znajomych. My nie mieliśmy Facebooka, my mieliśmy na podwórku trzepak...(oto on - jego wysokość  trzepak na tytułowym zdjęciu - ostał się do dziś, lecz zapomniany, zarośnięty relikt świetności minionych lat)....My nie podawaliśmy rodziców do sądów, myśmy dostawali wpierdol za każde uchybienie - nie znane było jakieś ADHD - wszyscy traktowani byliśmy równo. Uczono nas bardzo dużo wartości...tych autorytetów, którymi "nowocześni" dziś gardzą, a prawdziwej historii uczyliśmy się w domowym zaciszu przez rodziców...Wiecie, ilu mieliśmy znajomych?  Nasi znajomi to byli ludzie, którzy mieszkali tuż obok nas, czyli mieszkaliśmy w czynszówce zwanej "Serwówką" (patrz notki na początku bloga (2016) oraz rodzina, okoliczni sąsiedzi (tu nie będę wymieniał - proszę sięgnąć po lekturę z poprzednich wpisów), czyli ludzie mieszkający tam, gdzie sięgał mój wzrok ze względów naszego bezpieczeństwa. Dalej więc nie można było nam chodzić, choć robiliśmy odstępy od tych "zakazów." Czy to czyniło z nas małe grono znajomych bez możliwości poznawania innych ludzi...? NIE..! Ale miało pozytywne skutki w życiu codziennym. To, że pokłóciłeś się ze znajomym czy sąsiadem, przyjacielem, z kumplem, to chcąc, nie chcąc musiałeś go przeprosić, bo nie miałeś nikogo innego. Jak chciałeś poderwać dziewczynę, to podrywałeś jedną. Gdyby się ktoś dowiedział, że podrywasz jedną i ganiasz za inną, to byłbyś skreślony. Uczyło to w nas ogólnie poczucie odpowiedzialności za siebie i kogoś drugiego. Życie nasze polegało na trosce, na bezpieczeństwie, na wartościach takich, jak: tęsknota,
martwienie się o innych, potrafiliśmy walczyć o relacje, potrafiliśmy przepraszać, nie gniewaliśmy się o jakieś pierdoły, nie szukaliśmy powodów do kłótni - rozwiązywaliśmy problemy wspólnie. Zbieraliśmy się w kółku, rozmawialiśmy - było super...My te wartości mamy dalej i przekazujemy je dalej... Powiem tak - piękne czasy, które już niestety nie wrócą. Dobrze jest być człowiekiem "starej daty," bo można nieźle się bawić i...śmiać z ludzi "nowoczesnych," ponieważ brak im tych wartości, które myśmy odziedziczyli od swoich rodziców. Bo kto to jest ten człowiek "nowoczesny"? No właśnie - to człowiek (tak mi się wydaje), tak spokojnie trzeba to powiedzieć, że urodził się w Internecie - to dzieciak! Różnica między ludźmi "starej daty," a tym "nowoczesnym," nie ma jakiejś określonej liczby. Od roku 1990 są już nowej daty? Nie, nie o to chodzi. Ludzie, którzy zahaczają datę urodzin rok 2000, to już jest wszystko nowej daty, która ma trociny we łbie! Co Ci ludzie mogą wiedzieć o życiu, żyjąc tylko w Internecie? Znajomych full na Fb, na różnych czatach itp. Zakupy robią na Allegro, bo to wygodnie, aby kupić chińska zupkę (na chemii), również przez Internet, bo się takiemu wyjść z domu nie chce - stuka i puka w klawiaturę całą dobę...Nawet k...wa zakochują się przez Internet - wszystko w necie! Wszystko przed ekranem z kawałka plastiku z szybą na froncie. Najgorsze jest to, że nawet seks uprawiają przez Internet, zwany cyber seksem...(?) Co taki człowiek umie? Pewnie, że nic! Ja wiem natomiast, że taki człowiek pretenduje na bożka - taki osobnik nawet nie wie, jak zaadresować kopertę, jak trafić pod ten, czy inny adres. Taki łapciuch pojęcia nie ma, jak wypatroszyć rybę, nie wie, nie umie nic - zero kompletne! Człowiek laluś podrygujący na ulicy jak panienka w rurkach i kokiem na głowie, który nie ma zielonego pojęcia, jak obsłużyć karabin, gdyby zaszła ku temu potrzeba. Prędzej sam by się zastrzelił...I taki gówniany świat przekłada się na relacje miedzy ludzkie w taki sposób, że te relacje są gówniane. Dlaczego? Bo tak, jak my mieliśmy na podwórku 10 znajomych i nie było opcji pójścia sobie na drugi koniec miasta do kumpla, bo go tam nie miałeś, a teraz - teraz człowiek ma siedem (7) lat i ma znajomych w całej Polsce. Ma koleżankę w Warszawie, w Krakowie, w Szczecinie - wszędzie, a nigdy jej na oczy nie widział - Śmieszne!  I taki człowiek - człowiek "nowoczesny" nawet nie wie, co to jest "relacja" międzyludzka. Oni nie wiedzą, co to są wartości ludzkie, co znaczy tęsknić, troszczyć się, martwić się - nie mają pojęcia...(?) I chyba jest to wina rodziców, bo telefon winno się dostać w odpowiednim wieku, ale lepiej dać go dzieciakowi, machnąć ręką, "idź" w ch..., baw się sam," zająć się sobą niż czas poświęcić dziecku...A ktoś mądry kiedyś powiedział, że jeżeli dożyjemy do czasów, gdy ludzie będą więcej czasu poświęcali na technologię niż na spotkanie się z innymi, to  pokolenie to, będzie pokoleniem idiotów. Czyżby się mylił?  Sama prawda!! Jak mnie przychodzi porozmawiać z człowiekiem "nowoczesnym," to mnie łapie kurwica - takie "coś" nie wie nic! Takiego "gościa" nie można o nic poprosić, nic z nim załatwić, ten człowiek nie potrafi posługiwać się najprostszymi narzędziami, które mamy w domu. Kiedy przychodzi co do czego, to płacz i lament - spali się żarówka, to będzie siedział po ciemku, bo nie wie, co z tym fantem zrobić...Zobaczcie, jak relacje wyglądają - dzisiaj nie ma związków, ludzie nie zakochują się, ludzie wyznają sobie miłość po tygodniu znajomości, po jednym spotkaniu, przy czym pojecie "miłości" tkwi nie w uczuciu lecz w...seksie. Jak wygląda kłótnia człowieka "nowoczesnego"? To jest śmiech na sali, bo jeśli coś Ci nie pasuje, to po prostu mówisz - spierdalaj! Przecież masz kolejnego kumpla, masz ich od zasrania - tych dzieciaków w tej sieci jest ich full. Więc po co taki debil ma się męczyć jakimś tam kimś, co mu nie pasuje, skoro ma stu następnych w necie. A prawda jest taka, ze taki człowiek jest samotny...My jak szliśmy na spotkanie 
ze znajomymi, to szliśmy po to, by świetnie się bawić - szliśmy w miejsca, gdzie nie było nikogo, żebyśmy mogli poszaleć, by nikt nas nie widział. Robiliśmy głupie rzeczy, takie, które nie przynosiły ujmy ani nam, ani naszym dorosłym i do tej pory się dziwię, że...żyję (?) A taki dzieciak teraz - On idzie ze znajomymi, o których nic nie wie, udając się w miejsca, gdzie jest dużo innych ludzi, aby pokazać, okazać, dowartościować się swoją głupotą, żeby potem bzdury pisać w Internecie, lajkować - to główna umiejętność człowieka "nowoczesnego." Oczywiście - tych zjawisk jest o wiele więcej. Wystarczy przysłuchać się rozmowom telefonicznym w środkach komunikacji, głośne rozmowy informujące, że ciotka dziś gotuje grochówkę i wiele innych zachowań, to człowieka ponosi... Powiem tak - jeśli jesteście ludźmi "starej daty," to przeżyliście wspaniałe lata swojego życia i naprawdę przybijam piątkę! A jeśli jesteście ludźmi "nowoczesnymi," to jedynie co mogę Wam powiedzieć, że Wam współczuję! Bo o życiu nie wiecie nic, a myślicie, że jesteście królami życia. Macie w dodatku problem z własna osobowością. Bo jak może być inaczej, skoro cały czas siedzicie w Internecie, przed telefonem. A jak już wychodzicie do ludzi, to wyłącznie po to, aby potem na tym telefonie mieć więcej znajomych... Ciał!

                                                              P  a  p  k  i  n
                                                      człowiek "starej daty"          

poniedziałek, 25 czerwca 2018

                        Poniedziałkowy dołek...

Nie mam dziś nastroju - chodzę z obolałą głową z turbanem mokrego ręcznika na głowie. Już wczorajszego wieczora mogłem wziąć tabletkę, zaraz po meczu...Dziś boleję, aż mnie mdli...W rzeczy samej, wiele lat temu brat mój nazwał mnie Gandhim - to drugie pseudo moje mniej używane...Wszystko dziś obraca się przeciwko mnie - a może to prawda lub tylko mi się wydaje? Jednak coś w tym musi być. Mecz, którym nie warto się było przejmować, jednak wczoraj też "zawiodłem" się, bo miałem plan wykonawczy dobrej roboty - czegoś, co służyło by wszystkim, nie tylko mnie. Wystarczyło jedno przypadkowe słowo i całe przedsięwzięcie wzięło w łeb..!  Zniechęciłem się, choć tyle werwy miałem w sobie....Jednak, to prawda - "nie należy zbytnio się wyrywać do przodu," bo potem można się zawieść! Ale jakoś będę musiał sobie z tym poradzić...Mój nastrój samego mnie "przeraża." Nie cierpię czegoś takiego, gdy wszystko wali się na głowę - wszystkie moje chęci przepadły i jestem rozżalony...! Może wieczorem ciepła kąpiel z dodatkiem jakiegoś zielska na poprawę humoru i odprężenia się? Gandhi zdejmie turban i wskoczy pod prysznic...Oj, przydała by się nawet rózga...!?
Pozdrawiam z bolącą głową...

...I wszystko znowu mi się rozsypało,
chciałem to wykrzyczeć,
milczał jednak będę,
nic nie powiem
i sobie nie pomogę...
Łza nie będzie ciekła po policzku,
(nie ma takiej potrzeby)
bo nie umiem płakać z byle powodu - 
muszę jednak sobie poradzić...."

                                                  P  a  p  k  i  n



                                                                                      

piątek, 22 czerwca 2018

                             W  e  e  k  e  n  d...

Od 24 godzin mamy astronomiczne lato, choć wydaje się, że nastąpiło ono znacznie wcześniej. Dziwne (?) też nastąpiły zjawiska, choćby przekwitnienie lip już w czerwcu - cały miesiąc wcześniej. Czyżby był to nieomylny znak szybszego nadejścia jesieni i...zimy?
Co będzie i jak będzie dopiero się okaże. Póki co, cieszmy się latem, bo choć pogoda jakby się załamała, ale narzekać nie warto - lato, na które tak czekaliśmy. A dziś piątek, dla wielu początek kolejnego weekendu. Tradycyjnie życzę radości i uśmiechu, także na cały nadchodzący tydzień - wypoczynku w gronie rodziny i przyjaciół. Pozdrawiam.

                                          P  a  p  k  i  n

środa, 20 czerwca 2018

K r ó l o w y   M o s t...Film, który w pewnym sensie stał się inspiracją nie tylko zainteresowaniem się regionem, w którym rozgrywa się jego akcja. Sama miejscowość - Królowy Most i film o tym tytule, to dwie różne sprawy. Nakręcony został w Supraślu i w kilku innych miejscach, choćby w Warszawie, skąd pochodzi sekwencja z..piwniczka pełną trunków proboszcza. A sama miejscowość o tej nazwie, to ciche i spokojne miejsce niczym nie przypominające tej z filmu. Co do poniższego wiersza, to zapewne też powstał pod wpływem tego obyczajowego obrazu, jakby jest łącznikiem obu tych światów.
Kolorowe sny, czyli "Królowy Most."
W zielonej dolinie, pośród wzgórz zielonych
tam, gdzie mieszkam w snach - 
rzeka sobie płynie spokojnie i cicho
niosąc z sobą echo lasów pobliskich
i wzgórz nad doliną -
sklepieniem, niebieską kopułą zwieńczona.
Cicho tu i spokojnie przez rok niemal cały,
a naród ułożony - prawie doskonały,
z tą tylko różnicą, że jak echo niesie,
burmistrz i cała świta
gonią dziś po lesie -  byka,
który urwał się z łancucha
i ani mu w głowie gospodarza słuchać...
Na pomoc więc wezwano
całą władzę w mieście,
na czele z burmistrzem, plebanem
i wreszcie - prezydentem,
co na co dzień władzę tu sprawuje
i swą silną ręką, wszystkim nam króluje.
Gonią wszyscy byka
(a on sobie bryka),
krzyczą, psioczą, nawołują
i pod nosem pomrukują - 
taka to wspólnota,
gdy wszystkich omota, zwykły jeden cel....
Burmistrz goni byka, pleban mu pomaga,
a prezydent dyryguje
i na nogach podskakuje od samego rana.
Trudno by na mapie,
szukać tego "raju,"
tylko w snach się pojawia,
w myślowym rodzaju.
Trzeba więc wyjaśnić i powiedzieć wprost - 
ten "raj" i sielanka,
to Królowy Most...!
(14 października 2008)

Serdecznie pozdrawiam,
                                                               P   a   p   k   i   n
  

poniedziałek, 18 czerwca 2018

               Wyciszyć się - dobra rzecz, ale...

Oj, Krysiu - coś mi się zdaje, że się "starzejesz"! A tyle razy prosiłem, abyś komentowała mnie na blogu...Z racji wieloletniej znajomości odpowiem na rozmowę telefoniczną w tym temacie i pytania mi zadawane. Może też inni, którzy gdzieś w duchu pytają o to samo, mają podobne wątpliwości co do stanu bezpieczeństwa (mojego) w trakcie wycieczek w "nieznane."? Myślę, że wielokrotnie odpowiadałem , skąd, dlaczego i co tak naprawdę gna mnie w te "zielone zaświaty." gdzie rzeczywiście "diabeł dobranoc mówi." "Czyż naprawdę nie mam nic innego do roboty, tylko uganiać się po bezdrożach" - to Twoje pytanie! Cóż - robota zawsze się jakaś nadarzy, ale kiedy robi się ciepło i swojsko, trudno mnie w domu zatrzymać...."Życie na pustkowiu wymaga samozaparcia, determinacji, a nawet odwagi, umiejętności radzenia sobie w warunkach, często daleko odbiegających od normalnych." Dlaczego? Odpowiem w dalszej części....Odwaga polega na wyzbyciu się strachu, choć jest on wpisany w naszą naturę - nie ma bowiem człowieka, który by się nie bał, strach można opanować. Myślicie, że ja się nie boję i że wszystko idzie mi jak po maśle? Człowiek boi się panicznie zjawisk, które go przerastają. Dobry wniosek - "nigdy nie bądź sam na sam na takim pustkowiu, jeśli nie wierzysz w swoje siły, choć i one często zawodzą. Można to różnie rozumować, najlepiej "ekstremalnie." wtedy łatwiej jest przełknąć tę "gorzką pigułkę." (droga Krysiu, masz rację - Ty się do tego nie nadajesz). Przebywanie w takim odosobnieniu (patrz notki poniżej) - osobiście daje mi nie tylko korzyści: spokoju, odnowy duchowej - to czas przemyśleń, zastanowienia się 
nad sobą, swoim postępowaniem, także wobec innych - to okazja do poznania samego siebie, swoich słabości (ile razy można poznawać samego siebie? - wielokrotnie), udowodnieniu sobie, że stać mnie na coś więcej. I nie trzeba zaraz zamykać się w klasztorze (choćby w Tyńcu), aby tą duchowości posiąść. To walory pozytywne. Jest jeszcze coś, czego należy być świadomym. I mówię o tym nie dla zastraszenia kogokolwiek, ale po to, że trzeba wszystko mieć na uwadze, nawet to: - dzikie zwierzęta: wilki i niedźwiedzie porywają krowy i owce z pastwisk. Czy Ty biwakując na dziko, będziesz czuł się bezpieczny? A co z pogodą? Przy braku dróg i mostów opady deszczu mogą utrudnić i to bardzo lub uniemożliwić przejście niektórych tras sobie wytyczonych. Błoto i wezbrane potoki, naprawdę potrafią wyssać siły z największego twardziela. Nie rozbijaj namiotu w wąwozach i okresowych strumykach - w czasie deszczu mogą okazać się zdradzieckie. Strumienie potrafią wyryć naprawdę głębokie jary - warto mieć to na uwadze chodząc na przełaj. takich przypadków mogę mnożyć, choćby dlatego, że często zapuszczam się w świat samotności, odosobnienia dlatego, że to lubię i...chcę!
Mogę wtedy nad sobą popracować, pomedytować (będąc w marszu nie tylko rozmyślam, ale także rozmawiam ze sobą), wyciszyć się. Natomiast wszystko, co wokół mnie jest ważne lub mniej ważne - to jednak osobny temat, który wielokrotnie wzmiankowałem przy różnych okazjach. Bo czasem dobrze jest zafundować sobie taką wycieczkę w "świat poza cywilizację, w świat ciszy i spokoju, jeśli nic tego nie zakłóci (oby nie). Lato, choć nie tylko, jest dobrym ku temu czasem - naprawdę warto....
Kilka uwag. Duże, odludne kompleksy leśne - można tygodniami siedzieć w lesie i nikogo nie spotkać. Różnorodność gatunków drzew: liściastych czy iglastych, dostarczą materiału czy paliwa. Tereny te zapewniają wspaniałe widoki, a jednocześnie, doliny chronią przed ludzkim wzrokiem. Zróżnicowane siedliska roślinne - duża ilość łąk, pastwisk lub niedostępnych kniei, opuszczonych  wsi, oznacza różnorodność roślin (w tym jadalnych). Na terenach po byłych wsiach jest sporo drzew owocowych: jabłoni, gruszy, śliw, czy "ptasich czereśni" - sama słodycz. Zwrócić należy szczególną uwagę, gdyż można wpaść w zarośniętą studnię i więcej z niej nie wyjść. Nie wchodzić do starych ziemianek, gdzie kiedyś przechowywano produkty - mogą grozić zawaleniem. Duża ilość górskich potoków
dostarcza czystej, nieskazitelnej wody. Niestety - ma to również wady - każdy wypadek może być groźny, ponieważ tereny te są słabo zaludnione, a odległość do siedzib ludzkich czy lekarza oddalona kilometrami w trudnym górskim terenie. Atak dzikiego zwierza, poślizgnięcie na błocie, złamanie nogi - mogą być groźne, gdyż w dolinach i leśnych ostępach może brakować zasięgu telefonii komórkowej. Każdy krok musi być kontrolowany i upewniony.... Mnie jednak urzekają nieistniejące już i zapomniane przez ludzi i Pana Boga wioski i miejsca po nich - ukryte gdzieś pośród leśnych ostępów...Wyrażam nadzieję Krysiu, że w miarę wyczerpująco odpowiedziałem na Twoje niepokoje.
Ciebie i wszystkich innych serdecznie pozdrawiam.
                                             P   a   p   k   i   n
  

piątek, 15 czerwca 2018

                               T  r  y  p  t  y  k  III...

Są tacy, którzy u schyłku Starego Roku snują postanowienia na nadchodzący Nowy Rok. Wielu później odchodzi od postanowień, bo często są one nierealne lub po prostu nie respektuje się ich. Ale Nowy Rok jest dobrą okazją do tego, by coś zmienić. Jestem daleki od takich postanowień, bo u mnie wszystko biegnie normalnym torem - zgodnie z własnym sumieniem...
                             Życzę Wam nadziei,
                       własnego skrawka nieba,
                 zadumy nad płomykiem świecy,
                filiżanki dobrej, pachnącej kawy, 
                         pięknej poezji - muzyki,
                   dni pogodnych, słonecznych
                   i dużo uśmiechu na twarzy...
              Życzę pogodnych Świąt zimowych,
                           także Wielkanocnych,
              wypoczynku, zwolnienia oddechu,
            nabrania dystansu do tego co wokół,
          chwil roziskrzonych milionami gwiazd,
                               letnich wieczorów
       urozmaiconych śmiechem i wspomnieniami,
                    majowym śpiewem ptaków...
                                             (Rzeszów, 11 września 1979) 
Życzę miłego, słonecznego weekendu, dobrego wypoczynku na łonie natury, uśmiechu i zadowolenia. Pozdrawiam.

                                                                P  a  p  k  i  n
  

czwartek, 14 czerwca 2018

                   Włóczykija przemyślenia...

Nie wiem, kim trzeba być, aby włóczyć się nocami po zakamarkach i pisać po ścianach, często na świeżych elewacjach, bzdety, które mają się nijak do treści, często nawet niezrozumiałych dla ich autorów.
A może to uszczęśliwia tych z Bożej łaski inteligentów? Kiedyś Hemingway powiedział: "Szczęście wśród inteligentnych osób, to najrzadsza rzecz, jaką znam..." 
A zatem, czy jest to inteligencja, a jeśli tak, to może jakaś zaściankowa głupota małolata lub studenta, którzy w życiu prywatnym są nieudacznikami, a tu przychodzą się dowartościować...?
Pozdrawiam.
                                                            P  a  p  k  i  n

środa, 13 czerwca 2018

                       Wędrówka przez puszczę -  

                               (nie) amazońską...

Poczułem potrzebę powrotu na "szlak" - ścieżkę, którą przemierzałem lat temu kilka - dziś zapewne coś, co po niej pozostało....Spojrzałem raz jeszcze na "morze" lasów "nieprzebytych," które pokonać musiałem. Czy odnajdę się po omacku w zielonej "dżungli," w wilgotnym klimacie bez możliwości zobaczenia nawet skrawka nieba? Ta myśl, że jestem tylko sam, wokół żywej duszy....Tu nawet ptaki zawracają, jeśli w ogóle gnieżdżą się w koronach drzew. Poprzednio nie było mi dane ich zauważyć - może dziś...? Ale nie jest to takie ważne, bo jeśli mam być sam na sam z samym sobą (ile razy już to przerabiałem?) i z tym lasem, to po co mi ich towarzystwo...? Gdzieś tam w dole jest wilgotno, żmii nie uświadczysz, chyba, że się niedojda przypląta, choć w takim środowisku raczej bym się nie spodziewał. W tej części pogranicza Beskidu Niskiego i Bieszczad można natomiast trafić na misia (uchowaj Boże) lub wilka. Te dwa zwierzaki konkurują ze sobą niemal o wszystko.... Stanąłem nad urwiskiem i spoglądając w dół, zwróciłem uwagę na wyżłobiony przez wodę parów. Nieodzowny to znak, że tutaj musiała być niezła "rzeczka" w czasie ulewy. Ciekawe, co zatem jest tam na dole? Dokąd płynęły jej wody? A ścieżka, jakby jej nie było - dalej wielka niewiadoma. Raz jeszcze lustruję wzrokiem to, czego tam w dole nie dojrzę i...hop pomiędzy olbrzymie łopuchy zakrywające swymi potężnymi liśćmi "wielką niewiadomą." Wiadomo natomiast, że będą tam mchy i paprocie dominujące w tej "dżungli" nieprzebytej, a może przebytej, bo w końcu muszę z niej wyjść - kiedyś...? Jest bardzo wczesna pora, odpowiednia, aby zmierzyć się z tym "zielonym piekłem." Zsunąłem się na tyłku przez czeluść wyżłobioną przez wodę i...spadłem na pysk jakieś pół metra w dół. Twarde lądowanie i od razu lekkie otarcie naskórka, zaraz na początku. Nie źle się zaczyna, a co będzie dalej? Dalej nic nie będzie prócz zielonej kniei i...zarośnięta ścieżka prowadząca donikąd. Cała reszta to intuicja i kompas w ręku - nic poza tym. Obrany kierunek sprawdzany co jakiś czas...Cisza - nawet szmeru nie słyszę tylko swój oddech. Żeby tylko "duch lasu" nie usłyszał bicia serca, bo to byłby "koniec." A ja jeszcze chcę "pożyć," pospinać się w tej konfiguracji terenu, popatrzeć na drzewa, które jedno od drugiego niczym się nie wyróżnia - wszystko takie same, że zwariować można. Mech wszędobylski, nawet konary drzew są nim pokryte, po d nogami paprocie tak wielkie, rodem nie z tej ziemi. Zarosło to pieroństwo, bo chyba nikt tedy nie chodzi, bo i po co - prócz mnie, takiego głupka szukającego "nieszczęścia..." Ale spoko - jeśli się nie odezwę, jestem zgłoszony w schronisku "Koniec Świata" - zaraz będą mnie szukali. Tylko po jakie licho - czyż nie chciałem uciec z cywilizacji do dżungli, jakby amazońskiej, tyle, że tu nie ma żadnej Amazonki czyli potoku, a przynajmniej nie na tym odcinku mojej wędrówki....Czuję wilgoć i zapach mchu - to typowe dla takiego lasu. Podobno mam przed sobą 12 kilometrów brnięcia przez "puszczę," ale ile jest tak na prawdę, tego sam nie wiem. To ważne nie jest - noc można 
spędzić w lesie - nie pierwszy to raz spotyka mnie to "szczęście" i wcale nie dziwi. Meczącym jest ciągłe wspinanie się i zejścia w dół - te zejścia są trudniejsze niż podejścia pod górę - amplituda wzniesień porośniętych lasem - nogi można zerwać...Nie daj Boże, gdyby jakaś poważniejsza kontuzja...(?) Sprawdziłem zasięg - jest sygnał i pierwsze zgłoszenie, że żyję! Pytanie: "Gdzie jesteś?" Skąd mam wiedzieć, czy wilka pyta się, gdzie się znajduje? Na pewno jestem w lesie - ciemnym, wilgotnym, dziwnym...Dobrze, że pustyni nie ma, bo taki komplet wcale mi nie służy, to coś z "Pustyni i puszczy" tyle, że tu tylko puszcza..." Ok, widzę, ze masz dobry humor więc życzę powodzenia - słyszę głos dyspozytora, do widzenia - odpowiadam....A ja zastanawiam się, ile kroków robię w ciągu godziny, bo zliczyć tego się nie da.  Widziałem kiedyś takie "urządzenie," na ile przydatne, tego nie wiem, ale ciekawość mnie zżera... Osobiście czasu nie liczę, kroków także - mierzę czas według siebie, bo to najpewniejsze - polegam na własnej intuicji...No proszę, a jednak ktoś tu był i to nie tak dawno - świeży pień ściętego drzewa...Ustawiony kompas dobrze wskazuje kierunek poruszania się, czyli wszystko pod kontrolą. Siedzę - trzeba się posilić - jakiś zwierz wyłania się zza krzaków...sarna? Nie, to męski przedstawiciel czyli jeleń. Nim wyjąłem aparat, już go nie było i taki to interes....Sześć godzin jestem już w drodze i końca nie widać. Południe - "rozstawiam stolik"i dalej do dzieła...Znowu słyszę szelest - ktoś lub coś przecina moja drogę - oby nie w moim kierunku, a już na pewno niech to nie będzie miś. Włosy mi się zjeżyły, bo słyszę to coś, ale nie widzę, a nawet zwątpiłem...dziękuję za takie spotkanie! Poszło w zarośniętym pagórkiem i dobrze, oby jak najdalej. Tu nawet wiatru nie ma - do licha, co to za kraj, żeby chociaż korony drzew zaszumiały, a tu nic! Zgroza...!  Myślę o niebieskich migdałach, ale też nie mogę się uwolnić od melodii utworu "Sandade da Minha Terra" w wykonaniu Michaela Telo, który notorycznie ktoś puszczał non stop w Łupkowie. Skandal, żeby na okrągło słuchać tego samego utworu...? Nawet tu, w lesie słowa i każdy akord gitary i akordeonu  dźwięczą mi w uszach - mają ludzie nieźle w tej kapuście...? Ja bym wolał sobie zanucić starą piosenkę z lat młodzieńczych: 
                     "Wędrowali szewcy przez zielony las, 
                         nie mieli pieniędzy, ale mieli czas.
                              I śpiewali rypcium pypcium
                              i śpiewali rypcium pypcium - 
                                       nie mieli pieniędzy,
                                         ale mieli czas..." 
To co innego i jakże na czasie...Cały czas poruszam się Pasmem nadgranicznym, wzdłuż granicy ze Słowacją, kierując się na wschód do Balnicy. W którymś miejscu powinienem przekroczyć rzeczkę Balniczkę i miejsce dawnej zabudowy tej miejscowości, która figuruje na mapach, jako była (opuszczona lub zniszczona) w czasach banderowskich działań na tym terenie. A potem już droga prowadząca z Woli Michowej do Balnicy (około 1,5 godziny marszu). I oczywiście już w "luksusie," nie to co wędrówka puszczą nieprzebytą, ale do tego jeszcze kawałek...
Objadam się tabliczką gorzkiej czekolady, bo daje energię, aby po chwili, ku zdumieniu - kończy się las i wchodzę na zarośniętą przestrzeń, niegdyś pola uprawne, a w dali dostrzegam zabudowania. Jest godzina 15:20. Tyle czasu potrzebowałem, aby pokonać to pieroństwo? Umywam twarz w potoku i pozbywam się "nadbagażu" muszek i innej zarazy wilgotnej puszczy. Droga w prawo prowadzi do Balnicy...Oddzwaniam do Łupkowa i melduję się, aby wykreślono mnie z ewidencji...Szczęśliwy z kolejnej udanej pieszej wędrówki ruszam drogą do Balnicy. Dziś nie będę musiał nocować w lesie. Jest super..!
                                                                            P  a  p  k  i  n
(Balnica, 11 sierpnia 2017)
               

wtorek, 12 czerwca 2018

                             T  r  y  p  t  y  k  III...

Moich przemyśleń ciąg dalszy (1982 r.)

Na dalekich krańcach planety w nieokreślonym miejscu, kraju i...mieście - na sklepieniu nieba, na styku dwóch światów - Ziemi i przestworzy, cienką linią horyzontu oddzielone - majaczą skrzywieniem obserwowanym z wysoka krzywizną Ziemi. Stąd już niedaleko do kosmosu i dalej w inny wymiar dalekiego Nieba. Gdzieś poza zasięgiem ludzkiej egzystencji jest świat opisany w Biblii - świat zamknięty naszym oczom i zmysłom, dla nas samych...Dwa światy oddzielone niemożliwą do przebycia przestrzenią dla ludzkiego oka, choć podobno niczym nie różniący się od wyglądu człowieka - taki człowiek mgła - duch przemykający bezszelestnie w przestrzeni pomiędzy dwoma światami - tym ziemskim i tym odległym z poza granicy świadomości. Czarna dziura kosmiczna wchłaniająca wszystko, co stanie na jej drodze - jest nicością pochłaniającą wszystko co ziemskie i to, co z ziemi zrodzone....Tam gdzieś za nią, oddalony milionami lat świetlnych jest Raj - kraina miodem płynąca, opisywana w Księgach Świętych, w świadomości rozumowania Boga. Tam słońce nigdy nie zachodzi - słońce niby to samo, ale z innego wymiaru. Gdzie zieleń ma soczystą barwę i inne chmury na rajskim niebie. Obłoki jak baranki symbolizujące dusze, które znalazły miejsce w Niebie. Świat przenikniony miłością, pojednaniem, w otoczeniu anielskich chórów wokół tronu Stwórcy....Tutaj, na tym świecie, pod kopułą ziemskiego nieba , świat coraz bardziej pogrąża się w otchłani zła, które toczy, jak robak ludzkie ciała. Ale i tu odnaleźć można spokój, choć takich miejsc jest mało. Można oglądać nasz świat w innym wymiarze - jak powyższe zdjęcie, czy otwarte przestrzenie Bieszczad, czy też Tatr...

              Za tajemniczą mgłą, za niewiadomą,
               nie przejmując się tym, co zostali - 
                   zostawili nas w niepewności
                            i smutku rozstania.
                          Czy za kurtyną życia
                    tęsknią do nas nasi bliscy? 
               Czy tak samo jak my smucą się
                   brakiem wspólnego słowa, 
                                 czy dotyku...?
            Teraz światu zabrakło pewnych barw
                              i kilku uśmiechów -
                       rzeczywistość okrył cień,
                       a ja czuję się nieswojo...
                                         (Kraków, 2008 r.)
Serdecznie pozdrawiam.

                                                                 P   a   p   k   i   n
 
  

poniedziałek, 11 czerwca 2018

                  Pierwszy list Papkina do...(?)

Moi Kochani...Zastanawiam się, co myślicie o mnie czytając moje wypociny...? Celowe nie zadaję tego pytania tym, którzy mają okazję czytać mój pamiętnik pisany od lat, bo ich opinię akurat znam...Ale rozumiem - pytanie może być nie na miejscu, wskazujące raczej na coś, co może wskazywać na chęć "wymuszenia" opinii o czymś, lub raczej o mnie - świadczy o niezrozumiałej bojaźni, tylko nie wiem jakiej (?) Pytanie także kontrowersyjne...Podobno w przyrodzie nic nie ginie - tak mówi powiedzenie, bowiem za pytaniem może kryć się kolejne: - "skąd czerpię pomysły na kolejne tematy. Przy okazji wyjaśniam, że pamiętnik, to zupełnie coś innego, choć twierdzi się, ze blog, to nic innego, jak własnie pamiętnik - czy słusznie, nigdy nad tym nie zastanawiałem się! Skoro więc mowa o źródle, a może inspiracji do kolejnych notek, niech posłuży choćby wczorajsze wydarzenie dotyczące kolejnej 30-dniowej blokady mojego profilu na Fb. Powód? Zdjęcie, które skomentowałem, przedstawiało panów: Rabieja i Trzaskowskiego pod tęczowym parasolem na ostatniej paradzie równości w Warszawie. Pośród twardych, wręcz dosadnych komentarzy, znalazło się także moje o treści: "Kiedyś była taka piosenka: "Teściowo, ty stary rowerze, tylko pedałów ci brak..." I dalej: "A dziś nie wiadomo, czy to pies, czy wydra...?" I stało się - Papkin dostał bana na miesiąc. To już typowe dla mnie, bo takich blokad mam co raz...Nawiązując jednak do tematu - czasem zdarza mi się "przeszmuglować" coś z pamiętnika na bloga, ale zawsze jest to "przerobione" i dostosowane do aktualnej sytuacji. A ponieważ są zdarzenia wspólne - można je interpretować na różny sposób. Inaczej mają się moje relacje z wędrówek po bieszczadzkich ostępach i nie tylko - to już inny temat. Są też i takie, których się nie da, choćby człowiek na uszach stawał. Tak więc treści te biorą się z życia, to co ono niesie, ale też zwykła ludzka, często bujna wyobraźnia. Tak - to śmieszne, bo mnie również czasem śmieszą, a nawet oburzają pewne sprawy, choćby ta wspomniane powyżej. Bo gdyby się tak zastanowić, to co takiego złego znalazło się w treści mojego wpisu na Fb? Utwór o teściowej można znaleźć w Internecie. Śpiewało się go kiedyś i nikt niczego nikomu nie zarzucał z tego powodu. Słowa: "ni to pies, ni to wydra." oznacza coś, czego nie można określić. To popularne stwierdzenie używane każdego dnia. Co więc nie spodobało się nadgorliwym cenzorom polskiej edycji Fb...? Tak więc - inspiracją jest po prostu bunt lub wyobraźnia. Ja wiem, to może wydawać się czasem niepoważne, tak, jak niepoważne są nie które notki, choćby dotyczące swery osobistej (seksu). Pisali o nim wielcy poeci, pisarze, więc dlaczego nie mogę ja? To kolejny temat, na który nie chciałbym zdobywać się na odpowiedź, a mianowicie na odpowiedź, na którą stać zapewne każdego innego poza mną. Ja nie wiedzę w tym nic zdrożnego jeśli ujmujemy temat w sposób należyty i przystosowany do miejsca i sytuacji. Ja jednak mam na uwadze blog, który traktuję jako miejsce publiczne. Swego czasy "kopnąłem" się na komentarz, co do wypowiedzi pewnego duchownego w tym temacie, co zamierzam (być może za pewien czas) powtórzyć to na blogu. W pamiętniku artykuł ten stanowi jakby lekcję poglądową i jest wewnętrzną sprawą. Jest w nim więcej rozważań i powagi, czasem nawet smutku, a całość przeplatana jest moimi kiczowatymi wierszykami. Tu tematy nierzadko nakładają się na siebie.
Miałem kiedyś świetną opiniotwórczą osobę, której wypożyczyłem swoją własność, a która po jej lekturze, tom po tomie recenzowała słowa w nich zawarte. Szkoda, bo odeszła, a dziś odwiedzam ją na sopockim cmentarzy, tak, jak moja fankę Annę Przybylska na oksywskim cmentarzu... To prawda, jestem kontrowersyjna osobą, czasem zbuntowaną (od wczorajszego dnia zdecydowanie zbuntowaną), popełniająca wiele błędów i z tego powodu siebie nie lubię. Co do wspomnianego buntu, to myślę, że bierze się on z zarzucanych mi kontrowersji, wynikających z niezrozumienia, z mojej szczerości (ciężko za nią płace), "histerycznych" przeciwników, zazdrości, że jakoś sobie radzę i nie mam problemu z własną osobowością, z ich niemocy wobec mnie. Ja bowiem niczym się nie wyróżniam, jestem taki, jaki jestem, czyli takim, jacy są inni ludzie, ale wiem też, że nim ktoś zechce mnie obwinić za moje błędy, to najpierw powinien spojrzeć na siebie samego, a dopiero jak stwierdzi, że jest ideałem - rzuci we mnie kamieniem...! Ot i cała filozofia. Mimo wszystko kocham Was wszystkich bez względu na to, co o mnie myślicie.
Do następnego... Pozdrawiam.

                                                            P   a   p   k   i   n
      

sobota, 9 czerwca 2018

Spokojnego i udanego weekendu. Aktywnego wypoczynku, koniecznie z uśmiechem na twarzy, wszystkim znajomym i przyjaciołom życzy

                                                  P   a   p   k   i   n



piątek, 8 czerwca 2018

                     Pamiętnik Papkina, tom I...

"Nie bez powodu współczesna cywilizacja nawiązuje do religii i filozoficznych wątków amerykańskich Indian. Znalazłwszy się w pozycji nierównowagi, złapany w pułapkę własnej brutalności, człowiek Zachodu musi na nowo wymyślać to, co stanowiło piękno i harmonię cywilizacji, którą zniszczył. Niemożliwością jest nie dostrzec dzisiaj ich życia, ich spojrzenia w głębi nas samych, jakby wszystko mogło się teraz rozpocząć na nowo..."
Wyobraźnia moja przenosi mnie do pociągu...Stoję na końcu, jak w westernach i gapię się na to, co minęło, a nawet cieszę się, że życie pędzi dalej... 
"Podróż w marzenia lat dziecięcych..." Indianami zawsze byłem zafascynowany - ich życiem, kulturą. (dziś mój obraz ich świata zmienił się radykalnie od momentu osobistego poznania w czasie podróży do Arizony). Naoglądałem się w przeszłości wielu filmów (obecnie także), zwanych westernami, obrazującymi styl życia i walki ( w filmach zawsze byli ta złą stroną). Ta fascynacja nie zakończyła się po osiągnięciu wieku dojrzałego - przeciwnie, nadal budzi zainteresowanie, nadal fascynuje, choć dziś wiem, jaka jest prawdziwa przyczyna zniewolenia tego narodu... Wtedy omamiony techniką, otoczony dziesiątkami niepotrzebnych przedmiotów, oderwany od skażonej natury, przekonany, że wyznacznikiem wartości człowieka są pieniądze i sława - poczułem się nagle wyobcowany i...nieszczęśliwy. A przecież do szczęścia nie brakuje mi tak zwanej zdobyczy cywilizacji, tej samej, w imię której zniszczony został świat Indian. BO według pojęć "białych," (ukazują to westerny) - świat Indian był światem prymitywnym.
Półnadzy, niepiśmienni, żyjący blisko natury Indianie tak bardzo nie przystawali do naszego wyobrażenia o człowieku, który dzięki rozumowi powinien stać się zdobywcą świata, nad którym należy zapanować i o kulturze utożsamianej z bogactwem. My odmówiliśmy im prawa do istnienia. Pisałem ostatnio o pogromach Indian nazywając to tragiczne zjawisko holokaustem, o którym świat zapomniał. Mało kto próbował wejrzeć w naturę więzi łączących Indian ze światem, w ich sposobem rozumowania rzeczywistości, w ich styl życia nie do podrobienia. Dopiero później, kiedy było już za późno, zaczęto dostrzegać duchowy wymiar świata tych ludów, magię ich obyczajów, rytualny charakter ich działań. Zaczęły zadziwiać więzi społeczne oparte na solidarności, traktowanie natury z pokorą, równowagą wypływającą z harmonijnego współżycia z ludźmi i z przyrodą... A może "biali" rozumieli to od razu? Może wyczuwali, że świat Indian, to świat wolności, na które nie ma miejsca tam, gdzie króluje pieniądz i liczy się sukces. Czy nienawiść, jaką żywili do dzikich czerwonoskórych, nie była potęgowana przez skrytą  fascynację i utajone pragnienie? Problem w tym, że pomimo tęsknoty za wolnością, człowiek cywilizowany (a na pewno za takiego chciał uchodzić) - niczego mniej nie toleruje niż człowieka wolnego od struktur, jakie sobie sam narzucił. 
Osiadły, przywiązany do wolności, boi się ludzi żyjących bez pracy, zadowalających się niewielkim dobytkiem i mieszkającym tam, gdzie stanie ich stopa. Są Oni zbyt wielkim zagrożeniem dla wszystkich iluzji, jakie sobie stworzył w ramach materialistycznej cywilizacji. To właśnie cywilizacja była oficjalnym hasłem, w imię którego niszczono świat Indian. Stała się pretekstem uspakajającym sumienia moralistów i maską przykrywającą brutalny podbój i interesy ekonomiczne. W jakie barbarzyństwo zabrnęli cywilizowani ludzie, jeśli uważali, że można uszczęśliwić inne narody zniewalając je, zabierając im to, co było dla nich najcenniejsze - ich własną kulturę, zmuszając je do przejęcia zwyczajów i instytucji wyrosłych w innej tradycji, narzucając im sposób życia i myślenia, które nie tylko były im obce, ale ich przerażały! Indianom zabrano ziemie, narzucono europejskie ubrania, obcięto włosy, ale nie uczyniono z nich białych. Do dziś, choć zżera ich patologia (alkoholizm, narkotyki, inne przestępstwa), nie wyzbyli się własnej tożsamości - a niby Ameryka taka demokratyczna (podobno). Zniszczono ich tradycję, wyzuto z kultury, zdezintegrowano ich indiańską naturę - mimo tego Oni pozostali sobą. Dzisiaj Apacze, Siuksowie, Szaulisi, Paunisi i inne szczepy indiańskie mówią po angielsku, ubierają się jak "biali," ale z uporem zachowują swoją tożsamość Siuksów, Apaczów i innych nacji wobec białej większości. I nie chodzi tu o konflikt ras, ale o konflikt dwóch różnych wizji świata, z których ta nasza wydaje się nie do przyjęcia. Sarge Bramly w swojej książce "Święta ziemia Indian" pisze: "Tysiące białych dołączyło do Indian i z powodzeniem stawało się Indianami. Wielu białych wziętych do niewoli przez Indian, odrzucało możliwość wykupienia. Uciekając, murzyńscy niewolnicy szukali schronienia wśród indiańskich plemion. Angielki wychodziły za mąż za Indian, biali osadnicy brali za żony tubylcze kobiety i wszyscy z entuzjazmem zamieniali spodnie na biodrowe przepaski. Do tego stopnia, że rząd ustanowił surowe kary dla tych, którzy zdecydowali się "żyć wśród dzikich." W 1782 roku Michel Guillaume Jean de Crevecceur napisał: "To nie musi być takie złe, jak to sobie na ogół wyobrażamy." W więzi społecznej Indian musi być coś szczególnie pociągającego, coś, co przerasta wszystkie nasze w tym względzie pochwały. Bo oto tysiące europejczyków zostało Indianami, a nie mamy ani jednego przykładu na to, by któryś z tubylców zechciał dobrowolnie zostać europejczykiem." 
Niewinne dziecięce zabawy, nieświadomość prawdziwego oblicza zbrodniarzy, bezlitośnie mordujących Indian - filmy ukazujące prawość "białych." Zakłamanie i obłuda, która dopiero teraz ukazuje prawdziwość wszystkich akcji asymilacji Indian w Ameryce Północnej. Świat milczy w sprawach dotyczących Indian zamkniętych w rezerwatach, żyjących jako obywatele drugiej kategorii. Bo po co ma mówić skoro sam nie jest lepszy od pionierów podbijających rdzenne terytoria indiańskie. Dobrze, że chociaż świat dowiedział się o losie tych, których do dziś próbuje się "nawrócić" na Europejczyków. Milczy jednak Ameryka - tak nie wiele o tym mówi (raczej sporadycznie przy okazji). Dużo natomiast ma do powiedzenia w sprawach innych narodów, choćby Polski - obserwujemy nadgorliwość polityków w szkalowaniu i ingerencji w nasze sprawy. Szkoda, że tak szybko zapomnieli o rodzimych problemach i o tym, co z całą świadomością nazwać można holokaustem Indian.

Myślę, że nie zakończę "podróży" w świat dziecięcych marzeń, ponieważ udało się być tam, widzieć na własne oczy, przysłuchać się opowiadań i poznać prawdę - dziś zatopioną już w legendach. Serdecznie pozdrawiam.

                                                                             P  a  p  k  i  n