Szukaj na tym blogu

piątek, 29 września 2017

                 Z kart biografii Papkina...(3)

I tak to sprawy bieżące pokonawszy, wreszcie słów parę napisać tutaj mogę, lubo nadał tempu fugit tak prędko, że gdyby Pan Bóg w dziale stworzenia dopiero dnia dziesiątego spocząć postanowił, może by mi tygodnia na wszyćko co zrobić trza koniecznie starczyło. Wejrzawszy na żywota mojego koleje zda mi się, że gdy komu fortuna nie sprzyja, życie jego jako prosta ku zatraceniu jawi się droga, gdy zaś los doń się uśmiechnie, tedy możliwości jedna za drugom mnożyć się curriculum vitea na podobieństwo drugiej krętej odmieniają, gdzie za zakrętem następny zakręt następuje, a końca jej nie widać wcale... Aliści, żeby się ona droga zbyt kreta nie stała, trza by pośród onych okazyj rozsądnie wybierać i nie wszyćkie sroki za ogon chwytać, bo zdarzyć się tedy jako mnie może, że dni w tygodniu brakuje, albo gorzej jeszcze, gdy komu tam u góry w środku dnia, światło nagle zgaszom, że tylko łzy i zgryzoty po sobie najbliższym pozostawi. Przed czem siebie samego i inszych co tu zagadać bendom przestrzegam, bom na własne oczy takowe przypadki widział.... Tedy i mnie wszyćkie manatki zbierać trza będzie, bo to nie wiadomo, co nadyjdzie, a szkoda, by wszyćko w takim nieładom ostawić. Przeco czynię owe rozporządzenie, coby mnie z wiatrom rozsypano, czyli moje prochy gdziesik w górach, które ja pokochał. I takoj to testament niechaj będzie....
Spozirojcie tedy na owe  zdjatko z gruszką w dłoni, coby wielkim smakiem się obiadawszy, w żadyn sposób nie chciał z owego ogroda się wycofać... Bo otoczenie tak przyjemne dla żywotnych, coby cały czas tam siedzieć i nigdzie się nie ruszać... Taka enklawa spokoju pośród zła, które zewsząd się czai i dybie na człowieka. Takoj i teraz dycham swobodnie i spozieram na niebo - wiosny i lata oczekując, bo do inszej takowej mi śpieszno. Teraz jesień, póki co pogodna, ale zaraz zacznom się słoty i paskudna mżawka.... Gdzieś tam nad Sanem, w ciszy i spokoju przemyśleć swój żywot powinienem, cieszyć się i Bogu dziękować za owe dary zdrowotności, jakimi mnie obdarza, za udane lato, za życie i wszelakie dobra. W ciszy i szumie potoku swobodą się dialektować. Przytulić się do ciepłego pieca wsłuchując się w trzask drwa w palenisku....
Zimowe wieczory spędzę w domu Dziadka oraz z...kotem....
Miłego weekendu życzę i pozdrawiam.

                                                                            P  a  p  k  i  n
    

Voulez Vous Danser - Ricchi e Poveri | Full HD |

wtorek, 26 września 2017

              D y n a s t i a    P a p k i n a...(16)

Papkin coś przeczuwał... To "coś" wisiało w powietrzu, ale cóż... Podobno "wypadki" chodzą po ludziach, tak też nie ominęły także Papkina. Z powodu tego "zdarzenia" Papkinowi nie jest ani żal, ani nie czuje złości, nie chodzi przygnębiony - przeciwnie. Uśmiał się Papkin, kiedy otrzymał ten oto komunikat: "Wygląda na to, że opublikowane przez Ciebie treści nie są zgodne z naszymi standardami społeczności. Posty atakujące ludzi ze względu na rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, wyznanie, oriętację seksualną, płeć lub niepełnosprawność są usuwane. Ta tymczasowa blokada trwać będzie 30 dni. W tym czasie nie będziesz miał możliwości zamieszczania postów na Facebooku..." Koń by się uśmiał, a Papkin miał zmartwienie. Bo kogo tak naprawdę Papkin obraził? Czy zawarte słowa w zdaniu są niestandardowe?
Z przeczytanego artykułu Papkin dowiedział się, że Polakom w Wielkiej Brytanii zakazano mówienia w ich ojczystym języku. Nawet polskie MSZ zareagowało. Zdanie, które Papkin zapisał w poście jako reakcja, może niezbyt pochlebna, ale na pewno nie obraźliwa, choćby z powodu tych dwóch słów zamieszczonych w cudzysłowie, a które należało rozumować całkiem inaczej. ""Głupie polaczki" niech nadal tam wyjeżdżają."  Fakt zablokowania konta Papkina może tylko śmieszyć, ponieważ Facebook dopuszcza się gorszych przemilczeń, ale cóż...Lewackie kierownictwo tego portalu może wszystko. Papkin od dłuższego czasu zastanawia się, czy administratorzy blok spotu nie uczynią podobnie, gdyż Papkin umieszcza na swoim profilu klipy muzyczne z występującymi paniami w bikini. Tak, czy owak - może Papkin nie powinien się produkować i zastanowić się poważnie nad słowami wyrażanymi przez wiele osób: "Może warto rzucić to wszystko w diabły i mieć gdzieś całą tą poprawność?" Gdyby się okazało (w co wątpię), że administratorzy tej witryny zrobili by Papkinowi "kuku," rozważył by taką możliwość.  Papkin kocha góry i naturę i to jest dla niego najważniejsze - reszta się nie liczy. 
Z papkinowskim pozdrowieniem...
                                                                               P  a  p  k  i  n


sobota, 23 września 2017

                    Do zobaczenia za...rok...


Sentymentem napełnia się moja wyobraźnia. "Zatapiam się w melancholii otaczającego mnie świata - las, drzewo przy drzewie, za którymi kryją się mary i leśne duchy. Widzę oczy za krzakami i poruszające się gałęzie. Jeden skok, a za nim następne. Skaczą niewidzialne duchy, zielone jak otoczenie i w żaden sposób nie można ich dojrzeć...Siedzę przycupnięty i drętwy ze strachu...(?) Próbuję sobie wytłumaczyć powód w tym miejscu mojej obecności...i jakoś nie wychodzi. To nieprzymuszona wola bycia w tym miejscu przywiodła mnie do krainy lasu. Spokój tu i cisza, jak makiem posiał. Tylko te mary od czasu do czasu kryjące się w zaroślach... Wstrętna mucha nie daje spokoju, a właściwie go zakłóca, nie daje odpocząć. Brzęczy za uszami jakby nie miała innego obiektu zainteresowania. A przecież gdzieś w tej gęstwinie są jakieś
grzybki - smaczny muchomor z czerwonym kapturkiem - przysmak owej muchy, lub inny - prawdziwek albo "szatan." Nie - ona mnie sobie upatrzyła i zakłóca spokój tego miejsca. Trudno się ruszyć aby nie zdradzić swojej obecności. Gdyby zbudzili się jacyś Morlokowie - małpy prehistoryczne z epoki wczesnej planety Ziemi - to by dopiero było - chyba żywcem by mnie zjedli... Słońce rzuca cienie drzew, a cała polana oświetlona jego promieniami. Spokojne miejsce godne wypoczynku...i tylko ta natrętna mucha... Jest sposób na pozbycie się i skierowanie jej uwagi na inne miejsce, na inny obiekt zainteresowania. Niestety - ani mi się nie chce, ani też nie mam ochoty kalać tego miejsca nie mówiąc już o fetorze. Ale ona to lubi. Szkoda, że nie jestem nieczułym draniem. Gdybym takim był, to zapewne nie dałbym za wygraną i zrobił to, co zrobić powinienem, ale nie tym razem... Jakiś ptaszek próbuje swoich sił wyśpiewując skoczne trele. Wesoło tu i przytulnie - można by tak siedzieć do wieczora. Pamiętam to miejsce z przed lat. Zawsze dzikie, choć swojskie, znajome.
Każdego roku jest tu inaczej - przyroda zmienia swoje oblicze. Niby takie samo, a jednak inne. Tu nowy krzaczek, a tam jakieś drzewko i trawa inna, a tu znowu mrowisko, którego rok temu nie było. Rośnie ono w siłę pokrywając kopiec igłami
sosen. Milion, może dwa jego domowników, a chusteczka na chwilę położona nabiera zapachu lasu. Dzięcioł stukający w konar drzewa i inne odgłosy usypiają moją czujność. Sam już nie wiem, ile czasu upłynęło od mojego przyjścia w to miejsce, a tu trzeba wracać do gwaru cywilizacji... Zostawiam to miejsce nienaruszone ludzką ręką - to oaza ciszy i spokoju. Wkrótce las zabarwi się kolorami jesieni, spadnie pierwszy śnieg i pokryje polanę puchową kołderką. Żegnajcie leśne mary - do zobaczenia za rok..."
Taka mała refleksja na ten smutny czas jesieni, bo to dziś jej pierwszy pełny dzień. Rozweselmy sobie zatem wspomnienia minionego lata. Przywołajmy wspomnienia beztroski, a bardziej zapobiegliwi niech już dziś snuja plany na kolejne lato, do którego bliżej niż dalej wsłuchując się w rytmy melodii na poniższym klipie. Wszystkiego dobrego...

                                                                     P  a  p  k  i  n
    

Goodbye Hawai - Saragossa Band

piątek, 22 września 2017


                                    A mnie jest szkoda lata...
                       Szkoda jest mi lata - tego burzowego,
                                 mokrych traw i bezdroży,
                                   bieszczadzkich połonin.
                                    Mnie jest szkoda lata,
                       bez słońca i bezchmurnego nieba,
                              płaczących kropli deszczu,
                                  smutku i zapomnienia. 
                                Jest mi szkoda widoków
                           mgłą przysłoniętych od rana,
                                  szkoda dnia każdego -
                               energii niewyczerpanej.
                             Jesień do drzwi już puka,
                                  a deszcz nadal leje,
                      spoglądam na świat przez okno
                                i w duchu się śmieję....
                               A mnie jest szkoda lata,
                            dni pięknych i radosnych,
                       trzeba przeczekać jesień, zimę
                            i oby dalej... do wiosny!
                                                   (25 sierpnia 2010 r.)

                                                                   P  a  p  k  i  n


czwartek, 21 września 2017


                           21 września...(2017)

                  Właśnie dziś obchodziła by swoje święto...
                                       "Ostatni dzień lata,
                                        jakże dziwna data,
                                       choć całkiem normalna...."

                 Jesteś mi tak bliska, choć dawno Cię nie ma...
           Zgasłaś na zawsze, pozostawiłaś po sobie w sercach                      wszystkich co Cię kochali, wielki smutek i łzy. 
                            Byłaś moim szczęściem i radością...

Tomik wspomnień w Tryptyku dla Ciebie, to wyraz hołdu i pamięci. Wszystko co związane z Twoją osobą, jest dla mnie cenne, nawet przypadkowe słowa, wierszyki. te mówiące i będące podobne do treści moich myśli. banalne w swoim zabarwieniu, kiczowate...ale zawsze stanowiące wspomnienia - to jakby rozmowa z Tobą...

"...Piszesz Kochana, że ślad na kamieniu
został zapewne, że w oka mgnieniu
minęła droga, co długo trwać miała,
że pamiętasz...choć zapomniałaś... 
Że na pytanie ludzkiej ciekawości
nie masz odpowiedzi,
że "blisko starości...(?)"
                 A mnie się w pamiętniku kartki poplątały - 
                 ta była z soboty - 
                 rozgardiasz niemały,
                 tamta z niedzieli względem wspomnienia,
                 ta z przed lat dwudziestu odnośnie kochania...
Oj działo się działo - wiesz moja Kochana,
ile radości w sercach, z wieczora lub z rana,
ileż zadumy, tudzież beztroski,
obaw i smutku, udręk miłosnych...
                Na innej kartce rząd równiutkich literek,
                bo życie składa się z prań, a także przepierek,
                na tej zaś popatrz - same bazgroły,
                bo choć ubrany jestem, czuję się gołym
                i ciągle wracam do dnia strasznego,
                zapomnieć nie mogę, nie mogę niczego... 
Tak - czekasz na odpowiedź, jak inni czekają,
wiec co mam odpowiedzieć,
skoro całą zgrają myśli się tłoczą
w mojej biednej głowie
i choćby nie wiem co - niczego nie zrobię...!
               Tak! Spaliłem nasze wszystkie listy
               i z tego powodu czuję się "nieczystym,"
               bo to była pamiątka dla wszystkich potomnych
               mówiąca o miłości, o czasach niezłomnych
               dla naszych uczuć i miłości wielkiej,
               uleciały w niebo te nadzieje wszelkie.
Kartkom, pocztówkom, fotkom pobladłym
i łzom co spływają w ruchu ciszy
została jedyna nadzieja,
że teraz na nowo wszystko pozbieram
i pozostawię wszystko w porządku - 
zaczynam więc pisać jakby od początku...
              A w podniebnym sekretarzyku
             wyschnięte kałamarze,
             nikt nie opisuje ostatnich lat zdarzeń - 
             dyskretnie nalewam serdeczny atrament
             pisząc jak poeta,
             pióro zanurzam powoli,
             w pamięci słowo, które rozbawia,
            może czasem boli,
            wszystkie moje troski,
            przelewam na papier,
            w staranności zapisu 
            dzierżąc dostojeństwo,
            bo w człowieku najcenniejsze
            jest...człowieczeństwo....
Porządkuję bałagan narosły przed laty,
wspominam Ciebie Kochana,
swoją Mamę i Tatę
i wszystko, co związane z Twoją Krainą - 
bo moje wspomnienia o Tobie
nigdy nie zaginą...!"
                         (8 listopada 2011 r.)

                               P  a  p  k  i  n

                                                         

wtorek, 19 września 2017


                               Zagubione serca...

Rozstanie w lesie może być bolesne... Dwa serca wycięte w korze drzewa pozostaną tu na zawsze. Nawet te połączone strzałą Amora czeka ten sam los. I tylko przypadkowy przechodzeń może znajdzie ten znak uczucia zarastający zębem czasu. Uczucie, które pozostało gdzieś daleko za mgłą, czasem wróci we wspomnieniach, lecz rzadko w naturze - no, chyba że.... Takich serc spotykałem wiele - może i ja sam kiedyś jedno takie wyciąłem..? Ale gdyby nawet, było to tak dawno, że dziś trudno pokusić się stwierdzeniem autentyczności takiego "dzieła." Być może tak było. Jednak od tamtego dnia upłynęły całe "wieki," a dziś trudno nawet odgadnąć, gdzie, w którym miejscu serce to zaznaczyłem. Czy drzewo to dotrwało po dziś dzień? Jaki los go spotkał? Co do serca... Ono było szczęśliwe do momentu, kiedy musiało odejść. Cichutko, jakby na paluszkach gdzieś, gdzie myśl ludzka nie sięga. Ile takich serc na drzewach pozostało i czy były szczęśliwe? Jaki ich los i czy osiągnęły szczęścia pełnię? O tym wiedzą tylko Ci, którzy ofiarowali swoje serce temu drugiemu sercu. I niech będą szczęśliwi...
                                                                           P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 18 września 2017

                Z kart biografii Papkina...(2)

Istnieją w  Polszcze obyczaje, które - co może czytelników mojej biografii zadziwić, jako, że najbardziej widocznymi wynaturzenia bywają i te najprzód opisywać zacząłem - mają się dobrze i nie tylko  degeneracyjom żadnym nie poddają, a przeciwnie - rozkwitają, chociaż ich flores raczej genera et  spacies chwastów jakowychś  przybierają i frukta gorzkie rodzą.
tako rzecz się ma z dewotkami, które jako chwasty nie wiadomo skąd wszędy się biorą przez nikogo nie siane. Opowiadała moja Babcia o takowych babach zbierających się na nasiadówkach w chałupie swojej mamy. To inszy już temat i nie na dzisiok. Takoj więc przed wiekami bywało, takoj i teraz one baby kościoły i nie tylko zapełniają ino bez tego nakrycia głowy tylko z chustek na dziwaczne ze źle uprzędzonej wełny wyplecie na tudzież z materiału onego kolorowego. Takoj widuje w Zakopanem, jak stare górolki lazą do kościoła. A zdarza się nawet i teraz na wsiach babki widywać w takim odzieniu. Teraz to baby-dewoty okrągłe turbany noszą beretami zwane. A dalej z duchem czasu idąc, już nie tylko wszelakie kółka różańcowe i towarzystwa zakładają, nauczywszy się korzystać z onych gadających pudeł, wraz z nimi pacierze mamroczą albo pieśni nabożne śpiwają, któren śpiew  przeważnie skrzypienie źle nasmarowanego woza przypomina. Nie mam ja nic przeciwko onym babom, niech śpiwają ile się może tchu zmieścić w ich gardziołkach. Byleby zajmowały się tylko odprawianiem modłów i nie zajmowały się plotami i wszelkiej maści dewocjami gadanymi. Jako, że większość z onych bab we wdowim stanie się znajduje, mężów swoich pochowawszy, już z nikim się liczyć nie muszą i nikogo nie słuchają prócz onych grzmiących na ambonach, który przez pudło do nich goda... Był w onym czasie takoj jeden pierduśnik blondynkiem przez moją Babcię zwany, któremu w głowie same pierdoły niźli to, do czego sam pewnie się powołał. Najgorszom było to, co one baby na koguś doniosły, On przyjmował jako prawda.Był moim katechetom czyli nauczał religii, a w onym czasie ani ja, ani nikt inszy nie przypuszczoł, że była to także stara męska dewotka, której ino pierdoły się głowy trzymały i ploty na dziennym porządku były. Takoj i teraz jest podobniej, choć nieco awangardowo. Z tych datków wdowich, co to do koszyka lezą, tacy pierduśnicy w siłę urósłszy, nie tylko do władzy wszelakiej, tako świeckiej, jak i kościelnej  się urąga, ale i do polityki się mieszają, że nie sposób w tym przybytku wysiedzieć bez tę godzinę raz w tygodniu. W ten oto sposób rozmnożenie dewotek nieledwie na los państwa całego wpływa, co opłakane skutki wywołać może i takoj się dzieje. Nie mówię ja, że dewotki, o których chciałbym mówić, wysiadują w kryptach i maszczą pielesze pierduśników. Nie sądzę, aby dawały datki, ale wszyćko możliwe. Te jednak trudnią się narzekaniem na swoje zdrowie, mękolą, ale prowadzą także zakulisowe życie obmywając tyłki innym w zależności od stopnia pobratania. Jakoż nie potrafią zadbać o swój własny wizerunek, ale inszym cenzurkę wystawiają sporą. Przyszywane ciotki-dewotki, które zawżdy jakoś nie mogły zając się własnym nosem ino inszych. A ja, który mimo wszyćko szacunku nie skąpiłem onym babom, co byby rzec, onegdaj były pomocne w różnych sytuacyjach w moim dzieciństwie. Takoj i dzisiok nie skąpię takowego uczucia ino drażni mnie postawa onych. Dawno temu machnąłem łapą na owe postępowanie i nic mnie już zdeprawować nie może. Ino insza sprawa mnie zamartwia, a to, że taka jedna, najbliższa zdeprawowana przez dewoty, odgryza się w niemoc mnie przyprawiając. Takoj i mój los nastał niewdzięczny i muszę żyć z takim przydomkiem "gangreny społecznej," jak mnie nazywajom. Toć przecież ja mógł takim babom powiedzieć co myślę, a jednak nie poskromiłem im szacunku. A zatem insza jest moja awangarda niż onych dewotek, które poza inszymi nie widzom własnego czubka nosa. Taka jedna baba foruje kryminalistę, który cały swój żywot za kratami spędził, widząc w nim artystę-malarza, a który to namalował orła jako wronę i obcy jest naszej familii. Mnie zaś potępia kłamstwa zarzucając... Oj, przejrzał ja niecne występki onej dewoty, która w rabunku mienia się zasłużyła i trzyma ten cały majdan jako swój łup "wojenny." Łapa świerzbi, coby ukazać łoblicze takowej baby, ale czy wypada? Chciało by się rzec, coby tak uczynić dla spokojności sumienia, ale cóż - może później...?

                                                                                                   P  a  p  k  i  n

                                       (fragment wpisu w dniu 4 grudnia 1984 r.)



piątek, 15 września 2017

Aldaron - Gdy wieczorem (piosenka bieszczadzka)


                  Jesień, choć jeszcze lato...

Do końca kalendarzowego lata jeszcze sześć dni, a my już mamy taki dziwny czas i dziwnie piękny - czas jesieni. Przyroda powoli zasypia w tym kołysaniu błogą ciszą, nostalgią, marzeniem, kładąc w nasze dłonie bukiet z kolorowych traw i liści. Spadające z konarów drzew ścielą się pod naszymi stopami w dywany tak piękne, że pojąć nie można. Tak, tak - jeszcze chwila i tych liści będzie sporo, a ostatnie z nich falując na wietrze mienić się będą w słońcu barwami tęczy kusząc tak kształtem jak i barwą nim opadną pod nasze stopy... Jesień nadchodzi cichutko ścieląc pod nasze stopy w złocie, czerwieni i brązie utkany przez wiatr
perski dywan, delikatny i puszysty jak włosy małego dziecka. Wiele gatunków ptaków już odleciało, inne szykują się w drogę mieszając się na niebie z obłokami, układają w klucze. Za chwilę odlecą, by za rok przylecieć w miejsca wiadome. Świat coraz częściej ma mleczną barwę, otulony porannym woalem zmarzniętej rosy. A w południe wita nas zasłona jesiennego deszczu...Jesień maluje baśniowe scenerie, rajskie krajobrazy otulone w mgły, okraszając je puchem babiego lata. Kolory mówią do nas swoim językiem. Żółty - rozświetla zakamarki duszy, przypomina o upływie czasu. Czerwony - serce, barwą kwiatów codzienności głaszcze delikatnie. Pomarańczowy - zapachem owoców nadaje sens życiu tak soczysty, że nie sposób określić. Zielony - to radość zaklęta w okruchy dnia w żywice drzew skrywający niespodzianki jutra... Jeszcze można zrobić kilka rowerowych wycieczek w okolice lasu i pustych pól o tej porze roku, a potem odstawić na długą zimę swój popularny środek wolności.... Nadchodzi jesień cichutko, jakby na paluszkach...także jesień mojego życia.
Miłego weekendu wszystkim życzę.
                                                            P  a  p  k  i  n
 

środa, 13 września 2017


                   Nocleg nad potokiem...

W tą zapewne ostatnią "podróż" w Bieszczady udałem się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, ponieważ udało mi się dokończyć to, czego nie mogłem wraz z grupą przyjaciół w czerwcu br. Oczywiście udałem się sam ponieważ kolega, który oferował swoją obecność, musiał ze względów rodzinnych pozostać w domu. Zresztą każdy wyjazd, sam czy nie sam do miejsc, które cieszą moje zmysły, są dla mnie osobiście wielkim wydarzeniem. Urocze i tajemnicze miejsca pomimo, że odwiedzam je nie po raz pierwszy, nieprzewidywalne sytuacje, przygody i ta błoga cisza, którą przerywa plusk wody w potoku.... Zweryfikowałem swoje wcześniejsze plany, a ponieważ nikt mi nie towarzyszył (byłem sam), mogłem z pewnych zrezygnować lub ubogacić jeszcze innymi. Tak więc czekała mnie długa droga i nie było się co spieszyć.... Była dokładnie 7:50 rano, kiedy pierwsze kroki skierowałem drogą prowadzącą z Wetliny do Doliny Muczarnego. Żywej duszy o tej porze, choć przez cały czas miałem na względzie ewentualne "zatrzymanie" mnie na tej "zakazanej" drodze ku tajemniczej Doliny. Przy takich okazjach zawsze przypominają mi się zdarzenia z przed wielu lat, kiedy dojście do Groby Hrabiny wiązało się z kłopotami i nieprzyjemnościami ze strony straży granicznej i nie tylko. Dziś mamy inne czasy, choć w tym przypadku ktoś tu mocno przesadza z ta ochroną przyrody. Nie mniej miałem obawy mijając w pobliży "nieprzyjazne" miejsca. Jednak nic takiego się nie przydarzyło i całą drogę do Muczarnego przeszedłem w ciszy przez nikogo nie niepokojony. Kiedy tuż obok drogi minąłem byłą stacyjkę kolejki w Muczarnym, "zatapiając" się w gąszcz zieleni - nikt, choćby w najlepszych intencjach nie byłby w stanie mnie zawrócić. Wokół jedna ściana zieleni i nic więcej. A zaraz potem tylko las, w którym można zgubić wszystko i wszystkich, nawet samego siebie. Przywieszone na drzewach w czerwcu niebieskie nakrętki mają się świetnie. Wygląda na to, że nikogo tu nie było od trzech miesięcy, wątpię też, czy ktokolwiek zadał sobie trud bycia w tych odludnych miejscach...
I tak szedłem sobie rozmawiając ze swoimi myślami, mrucząc pod nosem, kiedy potknąłem się na korzeniach drzewa lub gdy musiałem przejść przez mokradło. Kiedyś była to droga, na pewno polna, którą poruszali się ludzie tu mieszkający. Dziś nie ma nic, choć sama droga jest widoczna. Pola zarosły trawą i lasem. Wytrawny obserwator zaraz rozpozna niegdysiejsze pola, które rozciągały się pomiędzy wzgórzami... Na otwartej przestrzeni, pomiędzy jedną, a drugą ścianą lasu, tuż nieopodal drogi spotkałem wilka. Odległość była nie większa jak około 50-60 metrów. Był mocno zajęty swoją zdobyczą i niezbyt zainteresowany facetem przechodzącym w pobliżu. Zostawiłem psiaka, a sam udałem się przed siebie.... A jeszcze potem okazało się, że do oznakowania zabrakło nam w czerwcu około 300 metrów. Tym razem nakrętek nie brakło i mogłem dokończyć dzieła....
Wieczór zastał mnie pod Wielka Rawką, gdzie nocowałem pod namiotem. 
                                       "Gdy się rano obudziłem (4:40)
                                        nic nie jadłem, nic nie piłem,
                                        lecz wskoczyłem dla "ochłody" 
                                        w wartki potok zimnej wody..." 
I chyba trzeba mieć nie źle pod sufitem, aby coś takiego zrobić o piątej rano. A chwilę później okazało się, że nie byłem tej nocy sam. Nieopodal nocowało troje osób. Żadne z nas nie miało pewności, czy "bacówka" pod Małą Rawką jest czynna. Stąd decyzja nocowania pod gołym niebem...
I super. Wróciłem cały i zdrowy. Teraz nic, tylko czekać na wiosnę...
Pozdrawiam.
                                                                                                 P  a  p  k  i  n

środa, 6 września 2017

              "Samotność" na szlaku...

Troszkę mi się wszystko "zniekształciło" ponieważ kolega, który pierwotnie miał do mnie dołączyć, aby pojechać w Bieszczady, musiał nieoczekiwanie pozostać w domu. Wychodzi na to, że sam dokończę oznakowania szlaku przez Moczarne. Ale póki co, nasuwa mi się na myśl to co zwykle bywa w takich okolicznościach, a zatem pytanie, jak to jest z ta samotnością w takich miejscach? Bo wędrowników podobnych do mnie jest bez liku. Zastanawiam się, ilu z nich i czy w ogóle choć raz pomyśleli o tym błogim stanie, jakim jest "samotność?" Używam cudzysłowowa, bo tą samotność traktuję z przymróżeniem oka... Wędrowanie takie niesie nie tylko radość bycia w odosobnionym miejscu, w pewnym sensie wyzwanie. Bo nigdy nie wiadomo, co nas spotka lub my kogo spotkamy (?) Osobiście ten stan beztroski bardzo mi odpowiada - tu można porozmawiać z samym sobą nie narażając się na posądzenie o jakieś psychiczne odchyłki. Miałem kiedyś dobrą książkę "Ku samotności," która w swym bogatym "wnętrzu" miała za zadanie przybliżenie człowieka do bycia z Bogiem. Takie rozważania na każdy dzień, czy sytuację. Było to dobry przewodnik, jak myślę dla każdego. "Kartkując" myśli z tej publikacji, które są dobrym
przewodnikiem w czasie wędrówek, zastanawiam się również nad tym, jaką przysługę zrobiła ta książka osobie, która mi jej nie zwróciła? Ale to zamierzchła już sprawa... 
Jak już wcześniej mówiłem - dobrze jest być sobą odkrywając walory wolności, bez skrępowania i zależności od tego, czy owego, uzależnienia od osoby (osób), jego życia. Tak więc wyruszam sam, bez względu na pogodę, bo jestem przygotowany na każdą ewentualność. Tak więc nie będzie mnie do niedzieli, bo jeszcze chcę zabawić w innym miejscu i jakże oddalonym od tego, do którego się wybieram. Będę sobie nucił piosenki i tę, która cały czas brzmi mi w uszach, a którą dedykuję wszystkim trzymającym za mnie kciuki, czyli "Ballada o dzikim Zachodzie." Miłego weekendu życzę.
                                                                        P  a  p  k  i  n

Ballada o Dzikim Zachodzie-Wojciech Młynarski

wtorek, 5 września 2017

Z kart biografii Papkina...(1)

Przyznaję - stanąłem przed nie lada dylematem. Z jednej strony sfera prywatności nie zawsze musi obligować do ujawniania "tajemnic" z "Historii Rodziny." Z drugiej strony specjalnych tajemnic nie mam. Wszystko "ukryte" jest w sposobie opisów i użytych słów. W tym też celu w opisach kilku sekwencji użyłem gwary staropolskiej lub dialektu kresowego. Przychylę się do prośby tych osób, które mnie o to poprosiły i opublikuję krótkie fragmenty ze wspomnianej pracy, bardziej ogólnych niż traktaty opisujące zdarzenia z długiej historii biograficznej rodziny. jeśli podejmuję taką decyzję, będą to krótkie, ogólne opisy wprowadzające do biografii i nie będą one stanowiły ciągłości tekstów lecz wybrane fragmenty...

Rączki całuję szanownej pani...

Jako się rzekło,  kiedysisz w pamiętniku swoim opisaniu obyczajów doby dzisiejszej, niemało miejsca poświęcić postanowiłem (i czynię to z pospólstwem onym, co to mi poprzez ramię spoglądają, a mnie ino się ręce trzęsą z wrażenia), co niniejszym czynię. Wielce ciekawych obserwacyj śledzenie szczególnie tych dostarcza, które z dawniejszych czasów proweniencję biorąc dziś stosowane
do zgoła śmiesznych sytuacyj wiodą, jak całowanie niewiast w rękę, które dzisiaj za przykład podam.  Już to, że w narodzie obyczaj ten ginie - od jakiegoś czasu jest wiadomym, czego powodów zarówno w zniewieściałości mężów, jak i nadzwyczajnej śmiałości biologów dzisiejszych upatrywać należy. Bywają jednakowoż exempla, które duchowi czasu opierają się albo i tacy, co na co dzień niewieści dłoni całować się obawiają, a dopiero nieco wypiwszy trunka, fantazyja do tego w nich wzbiera, procederu tego próbują z gwałtownymi protestami całowanych jejmości się spotykając. Nieraz widział ja, jak zaskoczone biedaczki rączkę wyrywają, nie wiedząc co zrobić - ulec im, czy w gębę dać? Inszym razem podpitych jegomości, ladacznice albo babiny wychodków miejskich pilnujące po rękach cmokających. Tak oto piękny ten obyczaj rycerski, od czasów zamierzchłych w całym świecie niemal rozpowszechniony, a prawie już od stu lat jedynie u nas w użyciu będący, w końcu i przez Polaków porzucony zostaje, czego niedługo, gdy ostatni sukcessores tej tradycyji pomrą, żałować białogłowom przyjdzie, gdy nijakiego już szacunku, ni wyróżnienia od mężów nie doznają, a na równi we wszystkiem, tak w prawach, jak i obowiązkach (na własne pono życzenie) traktowane będą... A póki żyjem, lizać będziem łapki z bakteryjami, które w naszym organie żyć teraz będą. Ajuszci zapomniał  o inszej jeszcze tradycyj, co to uchodziwszy do doma mówić nakazano, gospodarzy witając i chwalić Niebiosa i Stwórcę Najwyższego. Kiedysik to jak mnie pamięć nie zawodzi, w naszym takoj przy wrotach wisioł krucyfiks i kropielnica, zawżdy uzupełniona i posuchy nie znająca, przez starszych doglądana. Dziś ten zamysł nie funkcjonuje, młodzież jakoś zmaterializowana i jakoś nie myśląca, że im także przyjdzie kiedyś złożyć swe członki na "ołtarzu" życia. I cosik mi się zdaje, że jestem jedynym dziwakiem w tym świecie, zwracającym uwagę na te drobiazgi, które przestają funkcjonować w tym naszym nowoczesnym życiu....
                                          (Fragment wpisu w dniu 29 listopada 1984)

                                                                    P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 4 września 2017


      "Utopiłem" się we własnym sosie...

W tym miejscu nawiązuję do notki, w której zamieściłem "Zamyślenia - czyli...fikcja i fantazja" z przed kilku dni. Doszedłem do wniosku, że tą odpowiedź zamieścić muszę, choćby z tego powodu, że w kolejce są następne, ale o większym kalibrze i nie bardzo wiem, czy mam wyrazić na to zgodę. Ale to będzie następnym razem. Dziś pozwolę sobie wspomniany tekst od swojej czytelniczki zamieścić w całości.
"Nie wiem, czy mam prawo napisać komentarz. Może nie, może napiszę parę słów płynących z tego, co przeczytałam u Ciebie w Twoich zamyśleniach, przemyśleniach i dociekaniach. To co piszesz (i tu nie chodzi mi wyłącznie o ostatnią notkę na blogu), to nie jest ani fikcja, ani fantazja. Czytając wspomnienia, przemijania, czasy trosk i bólu, niedokończone rozmowy pełne wspomnień, nie trudno odgadnąć bogatość Twojego życia. To bardzo osobiste teksty mówiące wiele o człowieku. O tym, jakim jest, jakim był i jakim dla wielu w pamięci nieobecnych już pozostał. "Wielka Księga" - to wielka księga zapisana Twoją dłonią, jest pełna nie tylko przekazań praw i prawd, ale zawiera też historię Twojego życia. Tego piękna, będącego gdzieś tam wysoko w obłokach marzeń, ale też bardzo przyziemnego. Nie w pozycji na baczność, ale klęcząc z pochyloną głową. To nie Twój czas jeszcze byś spoczął w spokoju i myślami złączył się z tymi, których już nie ma obok Ciebie. Bo życie pisze Ci jeszcze scenariusz, jeszcze zapisuje pozostałe karty Twojej księgi... Tyle mądrości, tyle prawd może tylko człowiek taki jak Ty przed nami odkrywać. Dla wielu Twój tekst może być niezrozumiały, troszkę dziwaczny i jakiś inny. Ale to pisze człowiek o pięknej duszy i bolesnych wspomnieniach...ale też człowiek, dzięki któremu ludzie wrażliwi na los innych zadają pytanie - czym możesz nas jeszcze zadziwić...? Co zechce nam podarować na ostatnich kartach swojej księgi? Stąd ponawiam prośbę o "odtajnienie" choćby fragmentów z Twojej "Księgi Historii Rodziny." o której często wspominasz. Myślę, że to zapewne jest bardzo dobra lektura, choć bardzo osobista. Proszę pisz dalej i niech z Twojej dłoni pióro nie wypadnie. Bo jeszcze wiele czystych kart jest do zapisania. A Twoje przesłanie dla wielu stanowić będzie drogę. Ty już wiesz, gdzie idziesz, my tego nie wiemy....Co do reszty...Z uwagą czytam relacje z Twoich wędrówek i często zastanawiam się, co czujesz będąc sam na sam z ta wielką "niewiadomą." gdzieś na bezludnych ścieżkach, w lesie czy w obcowaniu z dzikimi  zwierzętami? To musi być fascynujące, ale też i niebezpieczne. Dziękuję Ci za to, że jesteś. Dziękuję za to, że potrafisz pokazać nie tylko mnie Świat, którego na co dzień nie widuję. I chyba będzie to opinia wielu z nas.
Pozdrawiam.
                                                                                            Janet z Toronto

PS.
Jutro zajmę  się tą drugą  kwestią, bo do niej odniosło się trzy osoby.
Miłego dnia życzę.
                                                                                        P  a  p  k  i  n

piątek, 1 września 2017

Baccara - The Devil Sent You To Lorado

                              1 września....

Ale się porobiło... Kilka lat temu o tej porze zapisałem w pamiętniku, takie oto słowa: "Dzisiaj rozpoczęcie Roku Szkolnego. Moja wnuczka idzie pierwszy raz do szkoły. Życzę Ci wnusiu pomyślności i dobrych wyników w nauce.." 
To było wiele lat temu, bo dziś wnuczka moja idzie do drugiej klasy Gimnazjum. W tym roku wakacje przydłużono o trzy dni, a skoro tak, mamy ostatni weekend tegorocznej "laby." Jaki będzie - zobaczymy. Nie zawracam więc głowy tym, którzy jeszcze wypoczywają z dala od zgiełku i cywilizacyjnych zawirowań. Wszystkim życzę udanego wypoczynku z utworem "The Devil Sent You To Lorado" - Baccara.
                                                                           P  a  p  k  i  n