Szukaj na tym blogu

środa, 30 listopada 2016

Człowieczeństwo za złotówkę...

Wczoraj bylem w Auchanie...Wziąłem wózek wcześniej umieszczając w nim złotówkę. Po drodze wstąpiłem do sklepu komputerowego, aby obejrzeć jakieś nowości... Mój pobyt w sklepie trwał przysłowiowe pięć minut, a kiedy wyszedłem stwierdziłem, że wózka nie ma...
Kiedyś w innym markecie umieściłem w wózku pięć złotych ze względu, że nie miałem złotówki. Wszedłem w alejkę pomiędzy regałami. Pozostawienie wózka "bez opieki" również trwało zaledwie kilka chwil. Kto mógłby sie spodziewać, że znajdzie się jakiś debil czyhający na wszawe grosze. Kiedy go zwracałem (wózek) stwierdziłem, że zamiast pięciu złotych, była kaucja jednego złotego... Jednak coś w tym stereotypie o Polakach jest - jesteśmy krajem złodziei. Kilka zaledwie dni temu dałem jednej pani dziesięć złotych, bo z płaczem błagała o pomoc. Po pół godziny, ta sama pani znowu, ale w innym miejscu prosiła o wsparcie i jak się przysłuchałem - zbiera na...jedzenie... Tego lata odwiedziłem Toruń. Z chwilą upływu czasu skierowałem się na Rynek Nowomiejski, gdzie jak zauważyłem znajduje się publiczna toaleta. Schodząc schodami w dół poczułem, że jestem w..."domu."  "Złoty pięćdziesiąt" - zażądała starsza pani siedząca za malutkim stoliczkiem, krzywym i brudnym, który bardzo współgrał z resztą toalety. "Proszę pani, mam drobnych tylko złoty trzydzieści" - błagalnym głosem poprosiłem starszą panią. "Złoty pięćdziesiąt" - powtórzyła charczącym głosem strażniczka śmierdzącego interesu... W naszym kraju można zwariować, to jest dzicz...! Nie wiem, czy to kwestia wiary, moralności, zwykłej kultury, biedy. Nie wiem gdzie się zagubiliśmy. Przecież jeśli ktoś nie zamknie samochodu i zostanie okradziony, jest u nas traktowany jak głupiec, a takiego złodzieja raczej uznaje się za spostrzegawczego, sprytnego, zaradnego człowieka... Dopiero po powrocie do domu, kiedy na spokojnie przemyślałem ówczesne zdarzenie w Toruniu oraz wczorajszy pobyt w Auchen, doszło do mnie olśnienie. Jaki świat mógłby być łatwy w sposób piękny, gdybyśmy nie usiłowali być dobrzy, żebyśmy nie usiłowali kochać innych, żebyśmy nie byli tacy inteligentni, ale po prostu nie byli nawzajem złośliwi i chamscy...!  Nie wiem, jak do tego doszło, ale zastaną "chorobę" łatwo zdiagnozować: - silne zapalenie kompleksów. A najlepszym sposobem na kompleksy są umartwienia. Adwent jest wiec najlepszym czasem leczenia naszych dusz i umysłów: - 
- na uzależnienie od pieniędzy zalecana - jest jałmużna,
- na zazdrość - uczynki miłosierdzia,
- na egoizm - wieczorem jednominutowy rachunek sumienia,
- na nienawiść do wrogów - modlitwa w ich intencji,
- na problemy z mężem / żoną - wspólne wyjście do restauracji,
- na złe relacje z dziećmi - wycieczka rowerowa, spacer, kino, itp,
- na brak czasu - abstynencja od telewizora i komputera,
- na złe myśli - gimnastyka rano, mały bieg wieczorem,
- na nadmiar złych emocji, agresję - bieg mocnym tempem, 
- na nudę życiową - krótka refleksja: każdy mój ruch odbywa się przed majestatem Boga...
Nie wiesz, jak żyć: wyjaśnij sobie oczywisty fakt - "dzisiejszy dzień może być twoim ostatnim."  Recepty jak widać są proste, gorzej z ich realizacją. 
Wszystkiego dobrego wszystkim życzę...
  
  

wtorek, 29 listopada 2016

                                      Mała refleksja...


Papkin, to lud na wymarciu... Na dobry sposób powinienem rozumieć pewne zjawiska zdrowotne, gdyż w tym wieku są one powszechne. Ale ja je nie rozumiem... Nie rozumiem, dlaczego złapałem jakiegoś wirusa, który męczył mnie przez cały dzień i spowodował nocną febrę. Nie rozumiem nagłego wzrostu tętna, które jest zbyt wysokie. Nie rozumiem tego, że prawdopodobnie mój aparat ciśnieniowy, któremu nie dowierzam - robi mnie w balona...(?) Wiele rzeczy nie rozumiem - nie rozumiem nawet siebie. Bo jak można być takim idiotą, aby o tej porze roku siąść na rower i pokonać odległość 50 kilometrów z szybkością (miejscami) do 30 km/h, stawiając sobie to jako normę z możliwością jej przekroczenia...? A później dziwię się sobie, że wyniki są takie jakie są. Co do wirusa, to fakt - ktoś smarknął mi prawie w nos (takie chamskie zachowania ludzi pozbawionych kultury osobistej) i...stało się..! Że też akurat trafiło na mnie...?  Szczerze mówiąc, to nie mam już gdzie jeździć. Pokonałem wszystkie możliwe trasy w okolicy i zaczynam się powtarzać. Omijam tylko jedno miejsce, gdzie zostałem napadnięty przez dziki, ale to już inna sprawa. Nie jestem przesądny, ale wolę nie ryzykować... I ciągle dziwię się, jak można tak w koło jeździć i jeździć... Jestem ludem na wymarciu też z innego powodu. Otóż analizując swoich poprzedników (mam na myśli swoją rodzinę), najmłodsza siostra mojej Mamy zmarła w wieku 67 lat.Mnie więc pozostała odrobina do tego stanu. Reszta, to ludzie długowieczni. Ale co to ma do rzeczy...? Naharowała się jak przysłowiowy wół przy dziadku (swoim ojcu), który zmarł rok wcześniej w wieku stu lat. Nikt jej nie pomagał, choć rodzina była jak na wyciągnięcie ręki. Dziś Ci pozostali nie mają sobie nic do zarzucenia... Papkin jest ludem na wymarciu z innego też powodu. Otóż "izolacja" go od  tego środowiska i inne powodują, że Papkin oddala się od tej "cywilizacji" i żyje w swoim własnym świecie - świecie podróży, wędrówek i w taki sposób czeka no to, co nazywa się ostatecznością. Dwa tygodnie temu Papkin obchodził swoje imieniny. Wszyscy złożyli mu życzenie tylko nie Ci najbliżsi. Ale cóż... To taka moja mała refleksja z tego powodu... A co do długości życia Papkina - ani On sam, ani nikt inny nie zdecyduje o tym, co będzie i jak będzie. To rola samego Stwórcy. I właśnie dziś dziękuję Bogu za dar życia - dziękuję Ci Boże. Wszystkim życzę uduchowionego Adwentu.... 

   

poniedziałek, 28 listopada 2016

Czas Adwentu...

Swoim zachowaniem, czynnościami, które cechują nas na co dzień, nie dostrzegamy, a może często nie chcemy dostrzec zagadnienia naszego uduchowienia. Wczoraj rozpoczął się Adwent - krótko mówiąc - czas oczekiwania na przyjście Pana. Tajemnica z tym związana jest o wiele bardziej rozległa i nie będę rozwijał wszystkich wątków zagadnienia. Zajmę się tym, co dotyczy mojej osoby i na swoim przykładzie spróbuję zastanowić się nad problemem, który mnie dotyka. Przebywam (żyję) w środowisku, które stoi w sprzeczności (tak mi się wydaje) z tym, co chciałbym sobie obiecać,a już na pewno

 trudniej jest zrealizować. Każdy z nas coś tam sobie zawsze obiecuje - czy do końca jest w stanie zrealizować taka obietnicę w taki sposób, aby być zadowolonym w myśl dobrze spełnionego "obowiązku." Tak - postanowienie czegoś, jest w jakimś stopniu obowiązkiem, przede wszystkim wobec siebie. Ale jakże trudno jest je zrealizować, kiedy warunki, w których przebywam, usilnie przeszkadzają. "Walka" już nie tylko o realizowanie postanowienia, ale także "walka" z samym sobą. Ja tak mam na co dzień i nijak to się ma z moimi intencjami. Zawsze coś staje na przeszkodzie. Myślę czasem, że człowiek musiał by przeistoczyć się w kamień, aby móc stać się obojętnym i bezdusznym na otoczenie i wszystkie bodźce dotykające od złej strony. Bo jak więc uchronić się od tych bodźców, od otoczenia, które za nic ma próby mojego skupienia, nic do ich świadomości nie dociera, żaden argument... Wyjść z domu, udać się gdzieś w nieznane - można, co zresztą czynię, kiedy udaję się na dalekie wędrówki, ale to zupełnie coś innego. Tu musiał bym wyjść z domu, aby pozbyć się niepotrzebnego bagaży stresu... Czy w ogóle można uciec, dokąd i po co i tylko po to, aby tym innym dać satysfakcję - tylko satysfakcję czego...?  Moja osobista modlitwa i prośba o siłę, nawet na "walkę" z samym sobą i nawykami, o odejście od tych nawyków, które jakby "narosły" przez wszystkie lata. Czuję się rozdarty i świadomy tego, że sam muszę walczyć ze swoimi słabościami - tu nikt mnie w tym nie wyręczy. Jeśli czegoś chcę, oczekuję, a nawet żądam, to spokoju i możliwości realizowania mojej "naprawy," bo to o czym wcześniej wspomniałem, wcale mi tego nie ułatwia - przeciwnie - dezorientuje, a nawet wpędza w ten przysłowiowy "dołek..."  Adwent - to taka walka ze złem, które tyle nam się udziela przez całe życie, a którego do tej pory nie potrafiliśmy dostrzec. Ale jak to często powtarzam - jestem w stanie stawić czoła wszystkiemu, co złe i sprostać zadaniu. Skoro wiele lat temu potrafiłem sam, bez pomocy innych środków przestać palić papierosy (nie palę już 25 lat), to jestem w stanie podjąć się walki o lepsze wykorzystanie swojego życia dla osiągnięcia własnej satysfakcji i ku chwale samego Pana Boga. I tego życzę wszystkim, właśnie w czasie Adwentu - czasie oczekiwania. To taki rachunek sumienia. Nie bójmy się go podjąć...!


          

niedziela, 27 listopada 2016

                       I Niedziela Adwentu...


                  Ani się obejrzeliśmy, nadszedł Adwent. Dzisiaj jego pierwsza niedziela
                                               oczekiwania na przyjście Pana Jezusa. 
                              Czas pokuty i nawrócenia, po to, by w sercach naszych
                                                                    narodził się Bóg...



sobota, 26 listopada 2016

(22) Taki dzień...

Dziękuję Ci Panie za ten szczególnie negatywny dzień pod względem pogody. Ty Panie wiesz, czego nam ludziom potrzeba i czego potrzebuje świat przyrody. Takie dni jak dzisiejszy (ostatnio ich sporo) są również ważne, jak każdy inny słoneczny i urokliwy...
Smutno mi Panie, bo jestem tylko człowiekiem tak mało wyrozumiałym, tak mały w istocie świata, który mnie otacza. Bo jakże mogę Panie wymagać, aby każdy mój dzień był takim, jakim bym sobie życzył...? Przecież to niemożliwe...!
Wiesz Panie najlepiej, jak stworzyłeś ten świat, aby był takim, jakim jest...
Dziękuję za wszystko, czym mnie obdarzasz, szczególnie za zdrowie, za to, że nie jestem głodny,za uśmiech dzieci, które kocham. Dziękuję Ci Panie za życie i za to, że chronisz mnie przed złem... Ten dzień - taki smutny i zimny, szary bez wyrazu, jest małą ulgą od dni naprawdę upalnych, które przynoszą dni słonecznej radości. Bo taki właśnie dzień jak dzisiejszy, także niesie radość o poranku i w ciągu jego trwania... 
Niebo zasnute chmurami, które odgradzają świat ziemski od tego tam na wysokości. Dni takie niosą refleksję, potrzebę "rachunku sumienia," zastanowienia się nad przemijającym czasem i oczekiwania teraz tak aktualnym w zbliżającym się Adwencie. 
  jak Ci Panie nie dziękować za Twoją dobroć, za radość życia, zdrowie i łaski, którymi każdego dnia mnie obdarowujesz... Przyjmij Panie do siebie wszystkich moich bliskich, którzy zakończyli już ziemskie pielgrzymowanie. Wybaw ich Panie, a nam tu na Ziemi daj ukojenie... Amen!

piątek, 25 listopada 2016

                          (21) To co mi się przyśniło...

                                        W dół wiodła mnie szeroka droga aż do bramy...
                                          Przyjęto mnie życzliwie, były nawet fanfary
                                               (podobno tak witają ludzi małej wiary).
                                        Zrobiło się ciepło, wokół przesuwały się cienie,
                                                  w powietrzu czuć było nienasycenie.
                                                    Ktoś mnie objął wskazując drogę,
                                           zrozumiałem, że cofnąć się już nie mogę...


                                       Ruszyłem ciasnym korytarzem do wielkiej sali,
                                            Oni już tam byli, pewnie na mnie czekali - 
                                                   wszyscy, których skrzywdziłem, 
                                     mieli nadzieję, że poproszę o litość i wybaczenie - 
                                                   niestety, ja już się nie zmienię...
                                          Jeśli są bez winy niech rzucą kamieniem,
                                                  wszystkim im powiem szczerze,
                                                      że w niebo i piekło wierzę,
                                                             ale jest jedno ale - 
                                     nie znaczy to, że nie jestem winny wcale...(?)
                                       Orzekną pewnie, że jestem nienormalny,
                                     a ja wiem na pewno, że nie reformowalny...

                                                                                             Papkin o poranku.


czwartek, 24 listopada 2016

                        (20) Moje miejsce na ziemi...

Gdzieś na początku (musiał bym cofnąć się do pierwszych notek) pisałem o miejscu mojego dzieciństwa i sprawach z tym związanych. Wracając jakby to tego tematu, chciałbym teraz inaczej spojrzeć na wszystkie te sprawy, które przez późniejsze lata dominowały, choć w innym świetle, dotykając czasów obecnych. W tym miejscu z przymróżeniem oka tak to wszystko przedstawię... Urodziłem się jak miałem dwa lata...No, wiadomo - za czasów komuny wszystko było możliwe i ze mną było podobnie. Do szkoły uczęszczałem na ówczesnej ulicy Langiewicza (przydłużenie ulicy Jagiellońskiej). Za skrzyżowaniem, przy ulicy Hoffmanowej była słynna "trójka," szkoła dla tych z wyższych sfer. Moja szkoła, to typowa podstawówka dla zwykłych śmiertelników, do której przyprowadzała mnie moja Mama. Pamiętam jak dziś - otoczona murem od ulicy (dzisiaj nie ma śladu po murze i otoczeniu). Chodziłem do niej tylko do dwóch klas - pierwszej i drugiej, reszta, to Domy Dziecka daleko poza domem. Wychowałem się na smalcu i margarynie popijając kawę zbożową lub herbatę z mlekiem, oznaczającą nic innego, jak woda z mlekiem i żadne choroby nie trzymały się mnie i rodzeństwa. Przeciwnie - mój metabolizm był i do dziś jest w doskonałym stanie. Pamiętam, jak Mama kupiła spodnie i...trampki - to była radocha zważywszy, że Mama wystała je zapisując się na listę pilnując nocami kolejki. Kolonie były darmowe, toteż jak dziś pamiętam - jedną z nich w Łosiach koło Gorlic. Piękny przełom rzeki Ropy w skalnym korycie... Jeździłem z Dziadkiem na wieś zbierać stonkę ziemniaczaną, którą Amerykanie nam zrzucili z samolotów. Kompletna bzdura i sowiecka propaganda.... A chłop zawsze był zaradny i wiedział, że Ci miastowi  (jak my) z głodu by pozdychali, a dobro nie powinno się zmarnować. Świniaka, rąbankę, kuraka i jajca miastowi nie mieli, toteż z moim kochanym Dziadkiem, polami, a w zimie w głębokim śniegu (zimy były nie takie jak dziś) brnęliśmy ku znajomym chatom, gdzie wszelkie dobra bez talonów i wypiski dostać było można. Uważać należało, bo milicja wyłapywała takich delikwentów jak my i zabierała to, co mieli przy sobie - żywe ptactwo, czy też gotowe rąbanki.... Na progu gospodarz oczekiwał zlęknionych miastowych z poczęstunkiem: przaśnym chlebem, szklanką bimbru i ogórkiem kwaszonym w wielgachnym kamiennym garnku, a staropolskim zwyczajem, witali tymi słowami: "...a Wy miastowe k... po co tu przyszli, na przeszpiegi jakie, a burkiem poszczuję i nogi z d... powyrywam. Poszli Wy miastowi w kibini mater..." Tego tak szczerego powitania nigdy nie zapomnę. Już wtedy co niektóre zdarzenia zapisywałem. Płynęło ono z troski chłopa o los robotnika. Gomułka - ówczesny sekretarz partii bolszewickiej nakładał kontrybucję i podatki na rolników. To czasy ucisku i panoszenia się komuny, odbierania dóbr (odczuła to także nasza rodzina). Bo Polska była wtedy państwem sojuszu chłopa i robotnika, a miłość kota do psa była tym samym. Takie czasy wtedy były... A, że bezdomnych wtedy nie było... (?) Zbieraliśmy koce, by za ocean biednej Ameryce wysłać. Bo nasi na chicagowskim Jackowie, zmęczeni po harówce mogli godnie odpocząć. Na saksy do roboty też można było pojechać, jak tylko stempla do paszportu w kolejce się wystało. Tam zarobić, a w kraju wydać. Nie mniej jednak milionów za nic dorobić nie szło. A tak głośno w radiu nam krzyczeli, ze tam za oceanem to dulary z drzew same spadają ino kieszeń dobrze nastaw.... Za to my nocami Wolnej Europy słuchali i jakoś nigdy nie wspomniano o tym dobrobycie, przeciwnie - mówiono prawdę o systemie, w którym przyszło mi żyć... Telewizja dopiero raczkowała i nie stać nas było na taki luksus. Pierwszy telewizor kupiłem na raty dopiero w 1970 roku... Państwo polskie za Gierka  zapożyczyło się od zgniłych kapitalistów z zachodu, aby stworzyć socjalistyczny raj, ale do doktora, darmo i bez kolejki można było, byle by jakiś "prezent" pod pazuchą przynieść. Połóweczkę jakąś markowej wódki, czy kawę, świniaka albo osełkę masła, bo o jajkach już nie wspomnę... Było dobrze - czy się stało, czy leżało, zawsze na koniec miesiąca cosik sie tam dostało. A jak brakowało, to się kombinowało różnymi sposobami. Można było nawet ukraść, bo wszyscy kradli... Ameryka -kraj miodem płynący... A tu się okazało, że co niektórym, którzy brykli za ocean, dopiero wtedy klapki z oczu spadły i zrozumieli starą dewizę: "Europa dla chłopa, Ameryka dla byka, kurwy i złodzieja, a Kanada dla dziada..." Tu w Polsce moja Mama siedziała na stołeczku na serwowskim podwórku wyczekując na listonosza, który raz w miesiącu przynosił dziadowską rentę po ojcu, za którą Mama nie mogła zapewnić nam bytu. Oczywiście - nie oglądała się na innych i sama próbowała coś dorobić, pracując po nocach, szyjąc (było zakazane) kapryśnym ludziom to, co sobie wymyślali i stała w kolejce przez lata oczekując na przydział mieszkania - marzenie, które ziściło się dopiero w 1965 roku. Nie oglądała się na rodzinę, która tylko z pozoru nią była (nie wliczając w to dziadków). Oni wszyscy jakby oczekiwali na "sponsora," który da lub stworzy im mieszkania i inne dobra., dla których jedyną wyrocznią były słowa płynące (do dziś nie zgłębiłem ich tajemnicy) z ich sumień i charakterów, wyperfumowanych z pudrem na twarzy i drwiącym uśmiechem wypowiadane obelżywe słowa pod adresem Mamy i nas - "dziadówka." A myśmy mieli to wszystko w dupie, Was i te Wasze dobra załatwiane po kumotersku, w wyniku łapówek i innych podlizywań. W jakiejś chwili, to nawet cieszyło mnie to bycie poza domem, bo nie musiałem wysłuchiwać tego jazgotu, piania i wściekłego zacietrzewienia... Nie chciałem, by po latach żyjąc w jakimś marazmie (politycznie trwa nadal) że nic mi się nie udało. Każdy ma swoje miejsce, z którego wyszedł i do którego wraca, kiedy jest mu źle. Ja też mam takie miejsce, czego potwierdzeniem są słowa zawierane w kiczowatych wierszykach, czy też w mojej pracy biograficznej zwaną "Historia Rodziny." Zawsze wracam do czasów dzieciństwa, ale do tego beztroskiego, do zabaw i uciekam od tych, którzy zamiast wszczepiać nam dzieciom szacunek do drugiego człowieka (poza nielicznymi), "nakłaniali do złego." Ale zawsze było tak, że burak był burakiem, a Polak nigdy nie potrafił dogadać się z Polakiem. Teraz mowie pod dyktando polityki, która do dziś, mimo lat nie zmieniła się zbytnio, choć ustrój podobno się zmienił (?) w co nie wierzę.... Dzisiaj żyję z dala od dziecięcych miejsc, bo ich już nie ma - to całkiem inny już świat i otoczenie. "Zamknąłem" się w swoim świecie wspomnień o czasach i miejscach, ludziach tamtego okresu, a których nie ma już pośród nas. Odwiedzam ich na cmentarzach w zadumie nad mogiłami. Żyję w kraju, który określam jako zawistne piekiełko. Oczekiwałem czegoś lepszego, innego. Niestety - zawiodłem się nawet na najbliższych... Dzisiaj już czwartek... Znowu zimny, mglisty dzień, szary jak jesień. Za trzy dni rozpoczynamy Adwent - czas wyczekiwania na narodzenie naszego Pana. Miłego dnia wszystkim życzę...
                                                                                       
                                    
                                                                       P  a  p  k  i  n





środa, 23 listopada 2016

                        (19) Boję się samego siebie...

Nie chcę sobą nikogo straszyć, jak to się w dobie Bruce Lee mówiło: "moja lewa ręka zabija, a prawej to się sam boję..." Muszę jednak przyznać, że nikogo tak bardzo się nie boję, jak właśnie samego siebie. Weźmy na ten przykład wczorajszy wieczór. Oglądam telewizję, a właściwie dobry film. Zza ściany co chwila dochodzą do mnie okropne krzyki, wrzask i...przekleństwa. To nie kto inny, jak mój zwariowany zięć, który w sposób zakłócający życie innym, wyraża swoją, tym razem radość z powodu przegrywanej Legii.
Piłka nożna ma to do siebie, że jest jedna....

                                           "Piłka jest okrągła, a kopiących ilu...?
                                                   zachowuj się jak człowiek - 
                                                         Ty durny debilu...."

Niestety - musiałem go szarpnąć, bo żaden argument do niego nie docierał... Po chwili zreflektowałem się, ale ścierpieć nie mogę, jeśli ktoś robi na złość... Bo co może zrobić mi inny człowiek..? Obrazić - raczej sam się wówczas ośmieszy. Uderzy mnie ktoś w gębę - okaże tym tylko swoją słabość. Co najwyżej może mnie ktoś zastrzelić. I cóż...? Przyśpieszy mi spotkanie z Bogiem... Mimo perturbacji, jakie mnie ostatnio dotykają, ludzie wydają mi się dobrzy, nawet ten zza  ściany. Jedynie przed kim drżę, to przed sobą. Tylko sam dla siebie jestem przeciwnikiem. Bo tylko sam siebie mogę skrzywdzić. Jeżeli kiedykolwiek musiałem się wstydzić, to przez własną głupotę. Ile to już błędów popełniłem (?) .... Jeżeli cierpiałem na wskroś boleśnie, to przez własne grzechy. Jeśli się kogoś rzeczywiście wystraszyłem, to samego siebie, kiedy zauważyłem,, jak jestem zaskakująco "niebezpieczny," mogący siebie samego zatracić. Jeśli zostanę potępiony, to sam tego dokonam... Boże, chroń mnie przed samym sobą...! 
                                                                                   P  a  p  k  i  n



wtorek, 22 listopada 2016

                               (18) Pobożne życzenie...

Mój kościec nie lubi błyskawicznych zmian pogody. Reaguje szybko i boleśnie sprawiając, że poranek rozpoczyna się serią stęknięć i dziwacznymi pozycjami ciała. Mogę sobie na to pozwolić, gdyż nikt nie patrzy. Drzwi do pokoju zamknięte, jestem sam - wszystko gra.... Jestem jednak pewien, że pod spojrzeniem innych, wyprostowałbym się jak trzcinka. Ale tak nie jest. Jestem sam i pokwękując poczłapię w życie. Może ono mnie wyprostuje...? Ale, że dzień należy rozpocząć modlitwą, to proszę Pana Boga o łaski i siłę przetrwania: "Boże,użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmienił to, czego zmienić nie mogę i szczęścia, aby mi się jedno z drugim nie pogmatwało. Pobłogosław Panie tym, których niechcący uraziłem słowem lub czynem, Amen...
A ponieważ dziś piękny, słoneczny dzień, pierwszy od kilku dni, niebieskie niebo i w miarę ciepło. Dobrego dnia wszystkim życzę, a sam udaję się w plener.

                                      Cierpliwie układam obraz mojego świata...
                                                    Codziennie małe radości,
                                                   to białe obłoczki na niebie,
                                   jak puzzle dopasowują kolejne dni do siebie....
                                                                       Zieleń lasu w oddali,
                                                             to goście, których odwiedzam,
                                                             pojedyncze, kolorowe kwiatki,
                                                              to wspomnienia mojej matki.
                                  Duży dąb z lewego boku,
                   to ten, który w życiu dotrzymuje mi kroku, 
                           a pod drzewem dwa żołędzie - 
                                       dębowe dzieci.... 
                                                            Na dole układanki widać szarą rzekę,
                                                                            to smutki i żale,
                                                                    choć nie chcę ich wcale.
                                               Prawy bok nie zostanie ułożony,
                                                 to miejsce dla dębowej żony...
                                                          Puzzle nie pasują,
                                                 ich kształt ciągle się zmienia,
                                                              a to oznacza,
                                                 że nie jestem do ułożenia...

                                                                               P a p k i n

  

poniedziałek, 21 listopada 2016

                      (17) Wszyscy moi przyjaciele...


Byłoby cudownie, gdyby tak można było wszystko zacząć od nowa.... Nowy Rok, nowy dzień, nowy świat, nowe życie. Gdyby tak można było obudzić się rano i zobaczyć wszystko świeżym, nie zmęczonym spojrzeniem. Sięgnąć ze stołu długi, zatemperowany ołówek i białą czystą kartkę, na której naszkicowałbym nowy ład. To byłoby coś...!  Wtedy poczuł bym się trochę dobrze, trochę jak malarz, troszkę jak rzemieślnik, a już najbardziej, jak.... Tysiące pomysłów i tylko jedna biała skromna kartka, na marginesie też bez akapitu. Najpierw napisałbym o miłości, tej, której tak bardzo mi brakuje, choć już tyle lat, jak zniknęła i z całą pewnością nie potrafię dać jej innej kobiecie. Żeby ludzie się kochali i byli kochani, By nie bali się o niej mówić i okazywać jej na przeróżny sposób. Niech wszyscy będą jej szaleńcami, niech będzie po nich widać, że kochają...Może mógłbym też spisać jakieś prawa i zasady? No i oczywiście obowiązki, ale nie za dużo, jak na początek, a to co najważniejsze - o przyjaciołach, tych najwierniejszych, bezinteresownych... O mojej Mamie, która zawsze zatroskana była o losy rodziny, o uśmiechu, który gościł nieustannie na jej twarzy. O losach, waśniach i kompromisach - wszystkim, co nas łączyło, bo tak naprawdę, wbrew twierdzeniom, nic nas nie dzieliło. O moich Dziadkach, którzy tyle serca wkładali w naszą egzystencję, którzy znali każdy zakamarek naszych serc i umysłów, o dobroci i troskach o byt całej rodziny. O mojej miłości, o której wcześniej wspomniałem i jej dobrym sercu. Ile mi pomogła, nie potrafię zebrać słów. O walce z przeznaczeniem i nieuchronnością odejścia....A Wy, którzy mnie otaczaliście, znani i którzy przekuwacie swoje losy gdzieś na końcu świata i Ci, których nie ma pośród nas... Ile potrzeba słów, aby Was wymienić...?! Są jednak dni, po których zawsze wstaje się trochę jakby po południu i mocno lewą nogą. Najpierw do łazienki - trzeba się jakoś doprowadzić do porządku. Włosy trochę jakby nie w tą stronę. A tak na marginesie - nie przypominam sobie, abym wczoraj grzebał przy prądzie... To może szybki prysznic, kilka min do lustra, ale nie za długo, bo żołądek domaga się śniadania. Wiem, jak wygląda i co czuje człowiek głodny, już to kiedyś "przerabiałem..." To zbyt upokarzające na tym świecie.... Trochę mocniej wyciągnąć policzki , język na wierzch... No, już lepiej, ale to i tak jeszcze nie to... A po śniadaniu gorąca, aromatyczna kawa, łyżeczka cukru, zrobić "głuchacza" aby wszyscy wiedzieli, że żyję, żeby i Oni o mnie nie zapominali... A jeszcze potem, trzeba by iść znowu spać, bo już późno, bo dzień właściwie był taki meczący i w ogóle... A ołówek jak leżał, tak leży - dziwnie mocno zaostrzony z otwartą raną rysika, tak jak rano... A może nie zaczynać od początku...? Bo zanim zlepię minuty w godziny, a godziny w dni, dni w tygodnia w miesiąc,może się okazać, że wszystko już się skończyło. Ani bym się obejrzał, a w tok dwunastu miesięcy zdążyłbym
się wdrążyć dopiero na samej mecie. Więc warto iść dalej w życie choć boleśniej, bardziej świadomie ze wspomnieniem niejednej łzy, ale mądrzej o ten kolejny, może nie do końca szczęśliwy rok. Podejrzewam, że ten rok, który nadejdzie, będzie kolejnym wielkim sprawdzianem. Na pewno będę pisał listy w tradycyjny sposób, różne teksty, rozmawiał z ludźmi i pamiętał będę o najbliższych przyjaciołach... Mam nadzieję, że nie będę chorował, miał będę więcej środków do życia, tak samo podróżował, jak dotychczas, odwiedzał stare kąty. włóczył się po bezdrożach, że będę bardziej wesoły, że w nadchodzącym roku mniej ludzi umrze na świecie z głodu, że wszystko. co złe własnie w nadchodzącym roku się polepszy....Wybiegam zbyt daleko przed siebie, ale czas tak szybko pędzi do przodu. Dziś poniedziałek, ostatni tydzień przed Adwentem... Gdzie ten czas umknął...? A ja mykam w plener. Wychodzę z domu, aby nie gnuśnieć w..."zaroślach." 
   

niedziela, 20 listopada 2016

   (16) Komunikacja miejska oddechem miasta (2)...


Druga część tego samego tematu, o którym wspominałem poprzednio czyli: "Droga przez mękę - "luksus" podróżowania komunikacją miejską - rozmowy telefoniczne w autobusie...

Stoję sobie w autobusie, czekam aż dojadę do celu. Tuż obok siedzi osoba, która mogła by wyjąć durną gazetę i poczytać... Nie....! Wystukuje numer i zaczyna się trele:
- Cześć mamo...
cisza....
- tak, byłam na zakupach...
cisza...
- nie, nie pójdę...
cisza....
- tak, Maciuś pozdrawia...
cisza...
I tak chrzani o pierdołach przez pół godziny. Mało tego - słychać ją cztery siedzenia dalej jeśli nie jeszcze dalej, bo przecież wszyscy pasażerowie muszą się dowiedzieć o tym, że jej mąż wymienił kaloryfer... Nie znoszę tego. Co innego, jak siedzi dwie osoby i rozmawiają nawet głośno, nie przeszkadza mi to jeśli rozmowa ma sens, nie jakieś śmiechy na głos i ujadanie... Gdy jednak ktoś rozmawia przez telefon i do tego tak głośno - we mnie z minuty na minutę rośnie irytacja. Po za tym, nie mam ochoty słuchać o ogórkowej, zakupach i imieninach cioci Matyldy. Coraz częściej trafiam na takich gadaczy długodystansowców. Myślę, że rozmowy przez komórkę, które trwają dłużej niż pięć minut, powinny być w autobusach zabronione. Ale zauważyłem, że nie tylko mnie to wkurza. Dwa dni temu pasażerowie poprosili kierowcę, aby zainterweniował w sprawie pani, którą cały autobus słyszał.Skończyła rozmawiać na końcowym przystanku, po 35 minutach jazdy... Zauważyłem też, że w niektórych autobusach jest nawet wywieszka, że zabrania się rozmów telefonicznych na pierwszych siedzeniach (przednich). Kierowcy też mają tego dość.... Albo są jeszcze inni. Tym to już całkowicie się nudzi podczas podróży. Ledwo wsiądą, wystukują numer i gadają przez pięć minut. Skończą rozmowę - wystukują kolejny numer i znowu ta sama jatka przez dziesięć minut. I tak przez całą trasę. Pocieszające jest to, że nie tylko mnie to irytuje....
Post Skriptum:
Dla mnie byłoby to jeszcze do przeżycia, gdyby nie to, że w autobusach po prostu cuchnie, nawet w tych względnie ładnych i nowych. Ludzie są okropni, po prostu brudni i śmierdzący. Problem jest taki, że korzystający z komunikacji miejskiej dzielą się na takich, których nie stać na własny samochód, ale dbają o siebie i totalną, obleśną hołotę (niestety większość). Dlaczego...? Bo gdy wsiadam do środków komunikacji miejskiej muszę wdychać perfumy i duszne smrody połączone z potem. Tym wszystkim paniusiom, które wylewają hektolitry dezodorantów na siebie wydaje się, że to takie estetyczne, takie powabne... W rzeczywistości śmierdzą i roznoszą to świństwo gdzie się tylko pojawią. A żulom i innej maści mendom społecznym, pijakom i obszarpańcom powinno zabronić się wstępu do środków komunikacji miejskiej, bo niszczą mienie i jadą na gapę, gdy inni muszą płacić za przejazd... Spokojnej niedzieli życzę...
  

sobota, 19 listopada 2016

                              (13) Miejsce zadumy...


Melancholijny dzień - podobny do wczorajszego. Już chyba każdy z nas przyzwyczaił się do jesiennej aury - ponurości, mżawki, deszczu, a nawet śniegu. Potrafię odnaleźć się w każdej podobnej sytuacji, ale ta ponurość po prostu mnie zniewala. W domu nie usiedzę - szkoda marnować czasu. Należę do ludzi "zmiennocieplnych" (dobrze czuję się latem, choć za upałami nie przepadam), a także zimą w czasie siarczystego mrozu. Siedzenie więc w czterech ścianach, to "zabójstwo." Bo jeśli już, warto pomyśleć, przeanalizować to wszystko, co było naszym udziałem jeszcze dwa, trzy miesiące temu. Ostatnio wpadł mi w ręce kolejny już raz artykuł dotyczący historii Sianek i znowu powielane te same błędne informacje dotyczące samej miejscowości, w szczególności jej właścicieli, czyli Klary i Franciszka Stroińskich. I będę tu polemizował, bo wiele z tych informacji ma się nijak do wszystkich poprzednich. Bo kiedy stoję przed nagrobkami tychże, mam w myślach obraz tego miejsca, tego co tu było, bo jak było mówią kroniki i skromne informacje na pobliskiej tablicy. Większość z odwiedzających to miejsce nie wie lub wie niewiele. Robią sobie zdjęcia, odpoczywają, bardziej wytrawni w marszu udają się do pobliskiego źródła Sanu. Potem wracają do Mucznego... Nekropolia na rozdrożu... Idąc drogą, a potem ścieżką wijącą się pośród lasów, gdzie zamiast horyzontu stoją szpalery drzew i gęstwiny, gdzie z jednej strony mamy zaskakującą dzikość, niezwykle malownicze grzbiety gór wyłaniających się zza ściany lasu, a z drugiej strony ta wielka niewiadoma będąca przed nami. Bo na tej ścieżce, za każdym razem spotyka się coś "nowego," coś czego nie dojrzało się poprzednim razem... Zawsze mnie kusi, żeby tak zejść ze ścieżki i znaleźć się pośród tej dziczy i drzew szumiących na wietrze. A przestrzeń ta jest tak pusta i dzika co tajemnicza. Tu praktycznie kończy się świat cywilizowany, bo dalej to tylko kraina bezdroży, dzikich lasów, pustych dolin, samotnych gór i wielkiej niewiadomej. Tutaj samotny wędrowiec czuje się niezbyt ważną i zagubioną w dzikim świecie cząstką natury. W tym miejscu praktycznie kończy się każda wyprawa do tego miejsca. W obrębie kaplicy (na zdjęciu powyżej: tak wyglądała do 2014 roku) jest (był) cmentarz. Otaczająca to miejsce atmosfera ciszy mówi o przemijaniu. W ostatnim czasie miejsce to uporządkowano na tyle, by nazwać je enklawą dawnej świetności. Zrujnowana czasem, a także fizycznie (nadgorliwi władcy powojennej Polski wysadzili w powietrze to i inne zabudowania Sianek) - kapliczkę grobową Klary z Kalinowskich Stroińskiej oraz jej męża Franciszka Stroińskiego. Szkoda, że ulegających zniszczeniu nagrobków, nikt do tej pory nie poddał renowacji. Napisy na nagrobkach są już prawie nieczytelne. Kontrowersję budzą też daty oraz te podawane w kronice Sianek. Kaplica, o której mowa wybudowana została w roku 1906, a fundatorami jej byli Stroińcy. Ich dwie córki: Marysia i Bogusia, które zmarły w krótkim odstępie czasu na szkarlatynę, zostały pochowane w krypcie grobowej w podziemiach kaplicy, która podzieliła ten sam los co inne obiekty po roku 1945. Dziś nie ma tu żadnej wzmianki na ten temat. Kiedy stoję w tym miejscu, jestem myślami z całą historia tego miejsca. A przebywał tu sam marszałek Józef Piłsudski, jak też moi przodkowie - rodzina z Krakowa (jest o tym wzmianka w kronice rodzinnej). A jeśli powieść Jarosława Haszka nie jest fikcją literacką, bywał tu także wojak Szwejk - Czech z armii austriackiej, który dobrowolnie poszedł na wojnę, aby walczyć za Najjaśniejszego Pana....W 2014 roku jak wspomniałem, miejsce to zostało uporządkowane, a kapliczka wyremontowana i skutecznie zadaszona (patrz zdjęcie poniżej). Jak widać, można sobie myślami wrócić do lata i powspominać w te słotne, jesienne dni....

   

                        (15) Wkurzyło mnie, czy zasmuciło (?)....

Dziś zdecydowanie miało być o czymś innym, ale nie mogłem oprzeć się pokusie, aby te swoje....wykrzyczeć! Tej żółci, która wzbiera we mnie już od dłuższego czasu. I mógłbym zostawić ten temat na boku, nawet nie wspomnieć, ale... Wszyscy moi przyjaciele, którzy tak solennie zapewniali o pamięci i komentarzach na blogu. Wszyscy Ci, którzy chcielibyście, abym to ja pierwszy i jedyny wydzwaniał do Was, rozmawiał - słowem utrzymywał wszelkie kontakty, bo ponoć takie rozmowy są w cenie - ja mogę i robię to, bez względu ile kosztują. Ciekawe, czy wybranie numeru sprawia tyle trudności? A otwarcie 
komputerka, wejście na Blogera i zamieszczenie choćby jednego słowa, to też taka okropna trudność...?  Nie mam pretensji i tak naprawdę, nie powinienem tego pisać, ale pytam tylko, bo mnie to intryguje. A może nie warto pisać, może wystawiam się na pośmiewisko, ja stary cap, jakby to co niektórzy powiedzieli...?  No tak, nie pomyślałem...! Ale będę pisał, dla samego siebie, chociaż też, ale dla "zabicia" czasu... Obserwuję statystykę - a jednak ktoś mnie czyta. Na tę chwilę mam 845 wejść. Nie wiem, jak to jest, nie znam się, nie potrafię chyba poruszać się na tym blogerze. Bo jeśli ktoś mnie czyta, to na pewno nie Wy, którzy mi to obiecaliście... I tyle w temacie.... A dziś sobota. Dzień znowu ponury, dżdżysty, siąpi już trzeci dzień. Postanowiłem, że dziś nigdzie nie wychodzę - mam "pracę" w domu - opiekuję się wnukami. Fajnie - najprzyjemniejsze, co może człowieka spotkać - nasze dzieci...! A przed nami ostatni tydzień przed Adwentem. Pozostało - zgodnie z zapowiedzią około siedmiu (7) notek. Od niedzieli 27 listopada - "odpocznę," Uff....ale czy na pewno...? Udanego weekendu życzę i dobrego humoru.

                                                                   P  a  p  k  i  n  
   

piątek, 18 listopada 2016

(14) Komunikacja miejska - oddechem miasta...

Już wypowiadałem się kiedyś na ten temat, ale od tamtego czasu nic właściwie się nie zmieniło. Tak moje, jak też opinie innych osób zapewne nie były nigdy zadowalające. Komunikacja miejska, to najczęściej miejsce "bitwy" o dobre siedzące miejsce, ale nie tylko - to również przegląd przez różne, najdziwniejsze ludzkie zachowania. Gdy widzę takie sceny, ogarnia mnie śmiech, a czasem nawet złość. Młodym osiłkom wydaje się, że mogą wszystko: - drzeć papę, histerycznie się śmiać, czy głośno rozmawiać przez telefon. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że żyję w naprawdę dziwnych czasach i rzeczywistości, w której nie potrafię się odnaleźć.


Rzadko korzystam z komunikacji autobusowej chyba, że wymaga tego pospiech lub spora odległość. Obserwuję bitwy komunikacyjne, a wszystko przez pewną grupę wiekową. Takie obrazy z życia wzięte obfitują miejsca w pobliżu targowisk lub skupisku sklepów. Panie w wieku 50-60 lat - zmora wszystkich pasażerów komunikacji miejskiej. Próba sił zaczyna się już na przystanku - walka o miejsce na... ławce. Nawet nie próbuję, niech sobie siedzą.Kiedy tylko podjedzie autobus, zrywają się z tych ławek i z prędkością nieprawdopodobną dopadają autobus nie bacząc na innych. Miałem taką okazję zaobserwować wczoraj, kiedy matka z wózkiem i dzieckiem została brutalnie odepchnięta, wręcz wyrzucona, a wejście do autobusu zabarykadowane przez rozwydrzone starsze panie. Przy ich próbach ustawiania sie na wysokości drzwi, zdarza się im popchnąć, uderzyć torbą z zakupami, parasolem i tym co akurat mają w ręku. Kiedy w  końcu uda im się zająć odpowiednią pozycje startową, a kierowca otworzy drzwi, zaczyna się jatka. Wpychają się zanim ludzie wysiądą, walczą o miejsca siedzące, jakby to była sprawa życia i śmierci. Jak już usiądą, wyciągają z kieszeni bilet i proszą kogoś o jego skasowanie. Straszne zmęczone, bo musiały tytle po rynku chodzić...(?) bo jakby zrobiły to wcześniej, to miejsc siedzących by zabrakło. Jeśli się natomiast zdarzy, że miejsce siedzące jest zajęte przez osobę według nich zbyt młodą, by mogła siedzieć,rozpoczyna się pogadanka o wychowaniu. Że podłe czasy nastały, młodzi starszych nie szanują, bo jak w państwie ma być dobrze, jak mamy tworzyć zdrowe, porządne społeczeństwo (Ci młodzi (?) pozbawieni wszelkich uczuć. Z pewnymi aspektami tego stwierdzenia można się zgodzić, ale tylko z pewnymi (to już inny temat). I gadają, wylewają swoją złość. Łupią groźnie na siedzących bezduszników, sapią nad nimi, szturchają niby przypadkowo. Co odważniejsza próbuje egzekwować "swoje prawo" do miejsca siedzącego kłótnią, ciągnięciem za rękawy itp. Kiedyś, kilka lat wstecz, bylem świadkiem zdarzenia w tramwaju w Poznaniu, jak oberwało się młodej kobiecie w ciąży za to, że zaszła w ciążę, a teraz odbiera miejsce siedzące im, schorowanym i starym, którzy przepracowali po 30 lat by młodzi mieli lepszą przyszłość. Wtedy nie wytrzymałem i dałem paniusi do wiwatu. Poskutkowało... Prawda jest jednak taka, ze kiedy wsiada do autobusu czy tramwaju osoba naprawdę schorowana, starsza, kobieta w ciąży czy z dzieckiem na ręku - tylko młodzi (choć nie wszyscy) ustępują miejsca. Wielokrotnie widzę, jak młode panie i młodzi  panowie zrywają się ze swoich miejsc, by pomóc wnieść wózek z małym dzieckiem lub pozwolić komuś usiąść na swoim miejscu. ...
Walczące pasażerki - obleśne, wstrętne babska siedzą wtedy jak zaczarowane milcząco gapiąc się w okno, żeby chociaż nie padło na nie i nie musiały ustąpić miejsca... Mam też kilka innych spostrzeżeń innej natury, z którymi podzielę się przy najbliższej okazji... A dziś już piątek. Zbliża się kolejny weekend i z tej racji życzę wszystkim miłych wrażeń, wypoczynku - własnie już dziś, w ten kolejny dżdżysty dzień.


  

środa, 16 listopada 2016

(12) Szara jesień...

Dziwna ta dzisiejsza środa. Można by powiedzieć: "środa z hollywoodzkiego romansidła." 
Na dworze tak szaro, że aż ciemno. Podobno miało być troszkę przejaśnień - nic z tego. Drażniąco zmienna pogoda - mglisto, a wraz ze mgłą wiele rozdrażnionych, a może nawet nie tyle rozdrażnionych, co wewnętrznie rozbitych duszyczek. Przeciskają się one w tej

 nieprzyjaznej dziś aurze. Jak cienie, które gdzieś tam wejść, czy dojść muszą.... Niemal każda dzisiejsza moja rozmowa, to wsłuchiwanie się w żale, smutki, dylematy i tęsknoty. Czy to jakiś kapryśny zbieg okoliczności, że wszystkich akurat dziś nagle ogarnęła wewnętrzna pustka..? Przecież nie można zwalić całej odpowiedzialności na pogodę i uznać ją za głównego winowajcę złych nastrojów. Środek jesieni... Teoretycznie najnieprzyjemniejsze chwile w roku. A jednak moje serce opanowuje skrywana tęsknota za latem, choć wręcz uwielbiam zimę. Nostalgia wynikająca z wakacyjnych wędrówek - pieszo, na rowerze, która najprawdopodobniej okaże się dłuższa niż kiedykolwiek. Te małe i ciut większe tęsknoty, jak piękne zielone liście strącane przez wiatr w piosence Krystyny Prońko, potrafią napsuć ludziom krwi i emocji. Pogorszyć ich samopoczucie na długi czas, pozbawić codziennej radości i uśmiechu. Bo czym jest ta zamęczająca tęsknota...?  Pogłębiającym się każdego dnia odczuciem pustki i osamotnienia. Uświadamianiem sobie z każdą kolejną chwilą, braku jakiegoś elementu codziennej układanki, który do tej pory był bliski nas i zawsze mogliśmy na niego liczyć... Tak myślę sobie, ile to już lat od tego ostatniego wrześniowego spaceru po bulwarach z dziećmi, z ich matką - moją żoną i najlepszą przyjaciółką oraz z naszym psem. Ona, wygrzewająca się w jesiennym słonku, milcząca, jakby przeczuwała, że to być może Jej ostatni wrzesień....? Bo potem była już tęsknota, żal i poczucie wielkiej niemocy. I tak się to uczucie udziela po dziś dzień, choć to już 22 lata od tamtego spaceru. Ci, którzy mówią, że czas leczy rany - kłamią. Nie ma takiego lekarstwa.... "Ucieczka" w plener, być może rekompensuje, ale nie do końca. Nie można bowiem uciec od rzeczywistości.... Co do pogody - walczcie z tymi dylematami i tęsknotami, niezależnie od zmiennej pogody, bo najważniejszą przecież jest pogoda ducha... Każdy ma jakieś swoje małe tęsknoty, choć czasem bywają nieco większe. Zdarzają się i takie, które się zwykłym śmiertelnikom nie śniły. Ale to nie miejsce i czas na rozwijanie tego tematu. Jesień trzeba przeżyć. Wkrótce spadnie śnieg, choć już mamy jego przedsmak i przykryje białym puchem wszystkie nasze tęsknoty...

  
                              Jak dzwon, który zaledwie tylko tknąć, a już śpiewa,
                                               jak zabłąkanych ptaków głos,
                           jak liść, przez chwilę piękny nim go wiatr strąci z drzewa,
                                              tak w nas głęboko skryte śpią - 
                                             małe tęsknoty, krótkie tęsknoty,
                                               znaczące prawie tyle co nic,
                                               nagłe i szybkie serca łomoty,
                                                    kto by nie znał ich...(?)
  

wtorek, 15 listopada 2016

(11) Coś z teraźniejszości,

czyli się wkurzyłem...
Bardzo rzadko podejmuję tematy dotykające polityki, ale zmobilizowała mnie rozmowa ze swoją siostrą, która oświadczyła, ze popiera czarne protesty i...aborcję. Ma szczęście, że była to rozmowa przez telefon i na znaczną odległość...Nie dziwił bym się komuś młodszemu, który został wmanipulowany lub nie rozumie o co tu chodzi. Nie będę się wypowiadał akurat w tej sprawie, ale raczej ogólnie.... Nie jednemu w minionym okresie czasu udało się zrobić błyskotliwą karierę przy pomocy cudotwórczego talentu oszukiwania ludzi, złodziejstwa, kłamstwa, a nawet bez dostatecznej umiejętności wysławiania się i czytania. Dlaczego własnie tak mówię? Otóż w telewizji , w wolnych wypowiedziach zauważyć można  mnóstwo podobnych twórców etyki i moralności rozwodzących się nad "grzecznością" maluczkich. Wybrańcy losu, którzy osiągnęli fortunę okradając innych. Wykorzystali czas i okazję. Nie będę przytaczał przykładów na poparcie tej jasnej tezy, bo jest ona zrozumiała dla wszystkich. Tak jak większość społeczeństwa, tak i ja zagubiłem się gdzieś po drodze tej społecznej transformacji. A może się spóźniłem? 
A miało być tak pięknie, cudownie. Miałem żyć w drugiej Japonii, ktoś mi obiecał sto tysięcy i wiele innych cudów pookrągłowej "demokracji." Fałsz i obłuda, a Ci, którzy obiecali "góry, lasy," sami obłowili się ponad stan... A, że zostałem okradziony, tak jak inni mi podobni - nie ulega wątpliwości. Borykam się teraz z rzuconym mi ochłapem, który mi państwo zaoferowało za lata ciężkiej harówki. Dorobić także nie mogę, bo któż zatrudni osobnika, który za stary do roboty, za młody na zdechniecie. Tymczasem na ulicach, w sklepach, nie tak łatwo zaobserwować owe wyższe sfery śmiertelników, jak resztę rodzaju ludzkiego. Nie pokazuje się ich też za złotówkę od sztuki, jak zwierzęta w cyrku. Słowem trudno zbliżyć się do nich  nie posiadając jednego z dwóch koniecznych "przedmiotów," a mianowicie: - wysokiego urodzenia, albo tez wielkiej fortuny, chyba że, dany osobnik poświęcił się wielce honorowej profesji zawodowego złodziejstwa czy oszukaństwa.... Skąd tak naprawdę rodzą się owe dziwolągi w koronkach jedwabnych, kryndinach - wytworni pierdziele w swych garniturach, którzy pod mianem "lordów oraz dam," przechadzających się po wytwornych przestrzeniach teatrów i oper... Dziwolągi, których trudno też spotkać na ulicach, bo się skrzętnie maskują jeżdżąc wytwornymi samochodami przedniej marki. Chimery i  menty żerujące na naszym organizmie. Mówi się powszechnie, że u nas z kulturą na bakier. Tylko kogo z nas stać na wytworne stroje i bilety do teatrów, oper oraz innych rozrywek... Ostatnio też dużo słychać o feministkach, czyli babach, którym pokręciło się w głowach i same nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą - równouprawnienia na równi z mężczyznami. Kto im czego zabrania? Organizują spędy na czarnych marszach i protestują już nie w konkretnej sprawie, lecz przeciw wszystkiemu i wszystkim. Opinie o tych paniach są słuszne, w odniesieniu do ogromnej większości arystokratek, które istotnie tyle mają w sobie afektacji i sztuczności, że niewiele już pozostaje miejsca na charakter, a w każdym razie niewiele tego charakteru przejawia się na zewnątrz. I mówi się, że życie na najwyższym poziomie jest najnudniejsze i niewiele tam można znaleźć humoru i rozrywki. Spójrzcie tylko, jak bawią się na balach, maskaradach, jak trwonią nasze pieniądze, jakich alkoholi używają. Polska zrujnowana, jest dla nich rajem, a podobnych do mnie - utopią! Wysyłają wiec na ulicę te czarne czerepy, które protestują niby to w obronie demokracji, o wolność swojej macicy, zabijaniu niewinnych dzieci itp. Celowo pomijam wszelkie afery, które obecny rząd próbuje "skatalogować" i wreszcie nadać im odpowiedni bieg wyjaśnienia. Są to afery, które mnożyły się w moim państwie, podobno w "Państwie prawa." 


Bo podobno wszystko było okay! (?) Oni mogą obrażać każdego z nas, nazywać jak chcą i...nic! Wszystko w porządku. Ale spróbuj takiemu coś powiedzieć (chodzi o prawdę w oczy) - nie ruszaj gówna, bo śmierdzi. To jedyne przesłanie. Sam odczułem to na Fb, gdzie dwukrotnie mnie zablokowano. Moim skromnym zdaniem, prawdziwy charakter dzisiejszego świata nie wyróżnia się głupotą i rozpustą. Tego już nie można nazwać normalnymi słowami, po prostu jest ich brak... Co do mojej siostry - nie mogę utrzymywać kontaktów z kimś, kto popiera zbrodnię dzieciobójstwa.



poniedziałek, 14 listopada 2016

                            Moje rodzinne miasto...


Moje miasto, które często opuszczam, do którego z radością wracam. Miasto dzieciństwa, marzeń, snów - tu, gdzie dobrze się czuję. Jest moje - każda ulica, każdy budynek - miasto rodzinne - mój dom....!


Rzeszów z lotu ptaka - Dron.Rzeszow.pl

niedziela, 13 listopada 2016

                         (10) "Pechowa" trzynastka...

Kolejny dzień w kalendarzu, kolejna rocznica, podobna do tej co w czerwcu, lecz mniejszej rangi, obchodzony wyłącznie we własnym gronie... Nie, żebym się skarżył - przeciwnie, czasem samemu lepiej przez to przejść. A inne rocznice...? I tak upływa życie..!  Jest listopad - miesiąc na wskroś jesienny. Moje imieniny - zapomniane, przechodzące bez echa. Żadnej wzmianki, słów życzeń...pustka!  Tylko w mojej świadomości przebija myśl upamiętniająca dzień, który kiedyś zapamiętany był przez otoczenie, w którym się wychowywałem. Różnie bywało w moim życiu, ale o takich rocznicach wszyscy pamiętali. Dziś pustka wokół mnie. Ale to nawet dobrze - mam czas na  obmyślenie tego, gdzie zaraz wyruszę. Ta pustka wcale mnie nie dziwi, bo Ci, którzy pamiętali już odeszli. Stare pokolenie było inne, miało swoją wartość, nie to co dzisiejsze... Dziś sam sobie składam życzenia.... "Wszystkiego najlepszego Papkinie, tylko Ty o takich dniach pamiętasz..." - "Wzajemnie mój cieniu...!" A nieubłaganie zbliża się Adwent. Jeszcze tydzień i koniec Roku Liturgicznego...Boże Narodzenie, Wigilia w samotności? Nie,  tak nie będzie, choć jakby na granicy tego wszystkiego. Ale to już inny temat na kiedyś... Mykam - nie będzie mnie cały dzień. "Zaszyję" się gdzieś daleko poza domem, na świeżym mroźnym powietrzu poza miastem. Wszystkiego dobrego wszystkim życzę w tym moim dniu... 


                                                                                              P a p k i n

sobota, 12 listopada 2016

                                    (9) "W i g i l i a..."


Wspomnienia niby nie chciane, a powracające niczym bumerang za każdym razem, gdy już myślę, że zapomniałem... Dźwięki kojące zmysły...Melancholia umysłu, mętny wzrok przywołujący obrazy z (nie) dalekiej przeszłości. Dziś żyję poznając (nowych) ludzi, choćby na czacie, który odwiedzam co prawda sporadycznie, bo to inny temat, ale zawsze coś - taka odskocznia od codzienności.... Brnę do przodu zbierając wycinki wieczności do plecaka doświadczeń nie oglądając się zbytnio za siebie (nie moją to jest naturą)... No, czasem może , kiedy wieczorami rozchylam kartki notatnika, często zaznaczone moimi palcami, czuję zapach minionych dni, tygodni, miesięcy - zasuszonych wspomnień.... Wraca wtedy melancholijny żal, że wcale tak być nie musiało, że gdybym może postąpił inaczej to wszystko byłoby inne...(?) Mimo wszystko, dziękuję przeszłości, że mnie tak ukształtowała, choć niech już lepiej pozostanie w tym notatniku, bo on stanowi rodzaj pamiętnika, do którego się wraca... Ja "wyruszam" w nowe, jeszcze nieznane, a może znane od dawna.... Jutro...?  A jutro - właśnie, to coś, co mnie stresuje, bo jeszcze nie wiem, gdzie w tym dniu poniosą mnie nogi...

                                   Nie jestem żaden guru, ale chłopak roztropek,
                                                      prosty jestem po prostu,
                                                      wszystkiego nie umiem.
                                                  Na wszystkim się nie znam,
                                                  lecz wszystkiemu się dziwię
                                                        i o wszystko pytam.... 
                                                           (8 stycznia 2005)
                                                                                    P a p k i n