Szukaj na tym blogu

czwartek, 30 listopada 2017

                     Remanent po...sprzątaniu....

Adwent zbliża się nieuchronnie dużymi krokami, a ja praktycznie już uporałem się z generalnym sprzątaniem mieszkania...Najgorzej było w kuchni - co tam się działo, trudno opisać... Powierzchowne sprzątanie na co dzień, jest czymś normalnym, ale w miejscach , do których nie często się zagląda...(?) Wykonałem więc to, co spędzało mi sen z oczu. Tak na prawdę pozostało już niewiele do końca tych przed świątecznych porządków - uporałem się również z praniem. Teraz mogę nająć się na etatowego sprzątacza - jeśli ktoś ma lenia chętnie pomogę... Okres Adwentu jak widać, będzie już spokojny i mogę zająć się wyłącznie przygotowaniami innego typu - zakupy (tylko nie wiem po co?), skoro w moim domu jestem sam?  Połażę pomiędzy regałami, ale jeszcze nie teraz. Widok świątecznych dekoracji o tym czasie wzbudza u mnie niechęć do wszystkiego i mnie dobija, choć przydałoby się uzupełnić oświetlenie choinkowe i takie tam duperelki... Póki co, będę przygotowywał słodkości na choinkę - pomadki i inne pierdółki, które na drzewku wyglądają wspaniale, przypominając mi stare czasy, gdy byłem dzieckiem. Były to święta, że cho, cho.... niezapomniane, radosne, w prawdziwej atmosferze, kiedy na bok odkładało się wszelkie urazy, nieporozumienia, święta w atmosferze Dziadków i mojej Mamy. Teraz już tego nie ma, bo wtedy, gdy spotkało się sąsiada na klatce schodowej, było to wielkie święto.... Czy obecnie istnieje jeszcze magia "Białych Świąt," noworocznego "szczodroka," kiedy dostawało się parę groszy na szczęście? Dzisiejsze pokolenie nie wie, co to prawdziwa, przed świąteczna atmosfera, ta prawdziwa, nie sztuczna, jak obecnie, kiedy czerwone krasnale "tańczą" już od początku listopada psując nastrój oczekiwania na to, co ma nadejść. Nie znają krzątaniny, wypieków, pachnideł, lukrów, kapusty z grzybami (no, tu może nie jest tak do końca...), chałki plecionej - bułki kultywowanej tradycyjnie przez naszego Dziadka... Co tu dużo mówić - to już nie wróci - żyje tylko we mnie i cieszy, że mogę znaleźć się w atmosferze wspomnień z przed lat.... Dzisiejsze pokolenie jest leniwe, by kultywować stare rodzinne tradycje. A może nikt ich tego nie uczy, nie przekazuje? Nie napisał dalszego scenariusza na dalsze pokolenia? Teraz nawet śniegu jak na lekarstwo - nie ma zimy, wszystko się zmieniło.... Szkoda mówić...! Cieszę się, że mogę żyć wspomnieniami, a moja choinka rozbłyśnie jak za dawnych lat tyle, ze światłami elektrycznymi, nie jak to było - specjalnymi świątecznymi świeczkami. Ale dobre i to... Życzę wszystkim spokojnego i udanego dnia. Pozdrawiam.

                                                                              P  a  p  k  i  n           

wtorek, 28 listopada 2017

Takie sobie myślątka - 

                                     zapiski rozsypane....

Nie chcę być młodszym, ani starszym...wystarczy to co mam. Nie chcę być ładniejszym, ani brzydszym...Cieszę się, że mam głowę na karku, rozum w porządku i serce na swoim miejscu. Mam kilkoro wspaniałych przyjaciół, ale tych prawdziwych, nie przypinanych i w miarę udane dzieci... w miarę, bo zależy to od punktu widzenia, ale źle nie jest, no i to - dwie ukochane wnuczki (wnuki też są). Moi bliscy są zdrowi i...zadowoleni (tak myślę), a też inni nie zapominają o mnie. Samopoczucie (dzisiaj) mnie satysfakcjonuje, zrobiłem porządki i jestem zadowolony. A to nad czym pracuję (blog) jest podsumowaniem wszystkiego, co do tej pory przeżyłem włączając w to oczywiście całą genealogię, bez której obraz mojego życia nie byłby pełny... Nie jestem sławny, ani bogaty, ale czuję się niezwykły, kiedy osoba siedząca obok mnie (moja wnusia) mówi: "jak dobrze, że jesteś Dziadku, bez Ciebie byłoby szaro i smutno..." Nie jestem chodzącym ideałem (mam swoje muchy w nosie) i nawet nie chciałbym nim być, bo to przeszkadzało by mi w życiu, ale czasem zastanawiam się, czym sobie na to wszystko zasłużyłem? Mam dwoje rąk i dwie nogi, oczy (już raczej kiepskie), niebieskie...podobno "życie królewskie?" I jakby tego było mało, optymistyczne nastawienie pełne energii, dobrych słów, historii i wspomnień...Piszę kiczowate wiersze w większości banalne, ale także czasem trafi się coś poważnego w zależności od dnia, nastroju, natchnienia, chęci, sprawności umysłu...Tym żyję....
Bo prawdziwy wiersz przychodzi nocą,
gdy śpię...
Skrada się powoli - boso,
na palcach lub sunie wolno
w rytm walca...
Ukradkiem przemyka,
w kącie się czai,
a potem znienacka
w głowę mnie wali...
Zrywam się - uciekam,
dopada mnie, trzyma
i pióro wkłada do ręki - 
szepcze do ucha piosenki....

Miłego dnia życzę.
                                              P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 27 listopada 2017


                     Bezstresowe wychowanie...

"Obraziłem" się na swojego wnuczka (7 lat). Zwróciłem mu uwagę na jego zachowanie (jest pyskaty i już zdążył kilka razy powiedzieć do mnie "głupi dziadek). Kiedy ostrzej wyraziłem swój sprzeciw, ten powiedział: "Będziesz się tłumaczył w...sądzie."  Swoją starszą siostrę (14 lat) straszy...kuratorem. Zastanawiam się, kto go tego wszystkiego uczy, kto mu podpowiada coś takiego, skąd czerpie "siłę" i zuchwałość nie tylko w określaniu - co On może...(?) Tu należy dodać, że co raz jego matka wzywana jest do szkoły w celu podpisywania uwag co do jego zachowania. Mimo wszystko, matka jest zbyt tolerancyjna i raczej mnie karci jak wyrażam swoje zdanie na temat zachowań jej syna (uważam go za cycusia i oczko w głowie jego mamy).... Mamy obecnie patową sytuację i..."nowe czasy." kiedy mały człowieczek może staremu wejść na głowę, a jak się poskarży, co czyni notorycznie, można mieć nie lada konsekwencje. Obserwuję takie zachowania również u młodzieży -  to durnowate czasy.... Wychowanie bezstresowe i już widać chodzących patologicznych osobników po ulicach. Obawiam się, że może być tak, że ten dziś "niewinny" siedmiolatek wejdzie kiedyś w kolizję z prawem. Czy rodzicom wtedy dopiero otworzą się oczy? Wtedy może być już za późno.... Póki co pozbawiłem Go kieszonkowego, które otrzymywał każdego miesiąca. Starego chłopa nikt sądem straszył nie będzie zwłaszcza taki małolat. A swoją drogą, jak słyszę od pewnego już czasu, podobno w szkole jest jakaś pani nauczycielka - feministka chodząca regularnie na te czarne "spędy czarownic." Może to taka wbija dzieciom durnoty do głowy nastawiając je przeciwko rodzicom? Oby nie okazało się to prawdą, bo jeśli  okazało by się prawdą to co do mnie dociera, to pani ta będzie musiała pożegnać się z zawodem. Zobaczymy co z tego wyniknie. Póki co trzymam dystans i nie daję się prowokować. Pozdrawiam.

                                                                     P  a  p  k  i  n

czwartek, 23 listopada 2017

                       S  a  m  o  c  h  w  a  ł  a...(?)

Jak wygląda normalny facet? To gość, którego mijacie setki razy na ulicy, w sklepie, na klatce schodowej... Nie wyróżnia się w tłumie, nie należy do subkultur... Zauważacie go wtedy, gdy na Was spojrzy lub się uśmiechnie, albo zaboczy z tego, czy innego powodu... Nie jest brzydki, ale nie powala też urodą na kolana. Ubiera się przeciętnie, czasem może bez pomysłu - lubi luźną odzież, nie wyzywającą, czyli normalnie (moda nigdy nie była mu po drodze)...Ma przyjaciół, z którymi lubi wypić piwo, porozmawiać, wymienić poglądy, czasem też się pokłócić, ale po chwili wszystko wraca do normy.... Na pewno chodzi własnymi ścieżkami, tak, jak to zawsze bywa w jego życiu - indywidualista dla siebie, towarzyski dla innych - czasem zbuntowany...(?) ale nie czyniący złego innym...Ciekawe - prawda...? A to ja właśnie! Ostatnio żyję troszkę w biegu, mam mało czasu na pisanie, ale jakoś dotrzymuję tempa... Ponieważ weekend za pasem - zrobię sobie tą przyjemność, że zacznę troszkę sprzątać. Wszystkim życzę udanego i...błogosławionego wypoczynku. Pozdrawiam...

                                                                   P  a  p  k  i  n

Shakin' Stevens - Give me your heart tonight (HD 16:9)

środa, 22 listopada 2017

                           To i owo - czyli nijako...

Dobrze napisana książka uwodzi czytelnika, wciąga go w realia pisarza. Jego chore sny lub marzenia o świecie, w którym chciałby żyć, w którym byłby 10 centymetrów wyższy i 5 kilogramów tęższy. Jego portfel nie byłby na diecie od niepamiętnych czasów, a On sam nie uważałby się za nieudacznika. Tak poza tym, kto chciałby wgłębić się w losy takiej postaci? Mijają nas one każdego dnia na ulicy i jakoś nie kręci nas, by odpowiednio zareagować... Ale ja jestem szczęściarzem - nie palę, nie piję (okazjonalnie piwko), nie narkotyzuję się... Są dwie rzeczy, których analizowanie sprawia mi (czasem) niesamowitą przyjemność, a Wam mogą się wydać co najmniej idiotyczne. Ale to nie mój osąd! Pierwsza z nich to sny (jeśli w ogóle je można tak nazwać, gdyż czasem są tak na prawdę paskudnie koszmarne). Druga przyjemność, to kontakt z...kobietą. Jej bliskość i...(?) I widzę wtedy ptaki - ich widok mnie uspokaja. Ale gdy będziecie mieli kiedyś możliwość, by zwrócić na nie uwagę, choć odrobinę chwili im poświęcić, polecam zwłaszcza wróble (najlepiej na wiosnę). Są bardzo zabawne, towarzyskie, figlarne, choć bardzo są wojownicze....Tak! Przyroda czyni cuda...tak, jak wczoraj, kiedy stałem się słupkiem, a właściwie moja noga
pod którą pies się wysikał. Stałem rozmawiając z sąsiadem. Widziałem wcześniej panią idącą z pieskiem, ale nigdy bym nie spodziewał się, że.... Nie przypuszczałem, że stanę się "atrakcją" dla jej czworonoga. Byłem pewien, że pani z pieskiem przejdzie obok mnie. Owszem - przeszła, ale nim to zrobiła, jaj piesek wysikał się na moją nogę. Po chwili poczułem mokre ciepełko spływające wewnątrz nogawki... Psia krew! Co to ja jestem słupkiem do podlewania...? A swoją drogą, zdarzenie to mogłoby być treścią jakiejś książki. Może któryś z autorów podejmie temat...? 
Serdecznie pozdrawiam.

                                                                                   P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 20 listopada 2017

                Takie sobie myślątka - zapiski                    rozsypane....

-To nie jest wiersz, chyba że ktoś chce, aby nim był...    Świadome dzieciństwo rozpocząłem od literki "a" i...matematyki, która była na równi z.... teologią (bawiłem się w księdza). A jeszcze potem był brat piszący lewą ręką, bo prawą "przywiązany" był do...kaloryfera. A jeszcze potem wszystko poszło już szybko.... 
-Smutek nie dementowany przez lata, bo nie miał kto, bo nie miał kiedy...
-Długie noce jako czynności zbyteczne...
-Nagłe poranki weryfikowane postanowieniami, z których nic nie wynikało i dni mijały - prawda cały czas istniała pod kloszem, a potrzeba miłości wymieszana była z popiołem. Wtedy było inaczej, wtedy nie chciało się jeszcze uderzyć pięścią w blat stołu, albo machać rękami w powietrzu...
W brew pozorom, nie jest to opowieść o miłości, bo ona wtedy jeszcze nie zaistniała. Bowiem dopiero po czasie zauważa się, że zbyt długo trwają czynności zbyteczne. Życie jest ciągłą kreskówką, która w każdej chwili stać się może fabułą romantyczną - tylko zjawi się i powiedz "tak."! "Dziś nauczyłem się życie streszczać w punktach i te trzy mi w zupełności wystarczą. Chwilowy względny porządek, ewentualnie zmieniany od rozmowy do rozmowy. Bo może być nie dobrze, że komuś przypomną się łzy, bo jestem zdrowy na dwa sposoby i żaden z nich nie jest uleczalny....
Konkluzja...?
Ciekawe, jak w różny sposób zbiory słów mogą być odczytane, zinterpretowane, przetworzone. Jak różne myśli i oceny mogą z nich wypływać? Wszystko jest jakąś kompilacją, syntezą czy przetworzeniem. Nie zawsze pamiętamy, skąd wzięły się zalegające długi czas pod powierzchnią i nagle wywleczone na widok pomysły....
                          Spadło na mnie objawienie,
                          wiersze wpisać w sławy ciszę,
                          jak niezwykłe przeznaczenie - 
                          inni piszą, ja też piszę...
                                            Że napiszę cud poemat,
                                            stanę się bożyszczem tłumów,
                                            a w efekcie to nic nie ma - 
                                            kupa nerwów, troszkę szumu.... 

Miłego dnia...
                                                                             P  a  p  k  i  n

piątek, 17 listopada 2017

                             D  z  w  o  n  e  k...

...Coraz bardziej natarczywy. Nie chcę podnosić słuchawki. jestem sam...śpię! Przewracam się na drugi bok, próbuję zasnąć - nic z tego! Trudno, trzeba wstać, nie ma innej opcji.
Te same czynności powtarzające się każdego dnia...Wreszcie śniadanko i...poranna kawusia, zawsze około ósmej... Popijam pachnącą kawę i jeszcze w kapciach na nogach siadam przed komputerem. Dzisiaj nie mam weny do pisania - piątek, a właściwie już weekend. Po pobudce, jaki zgotował mi telefon, o rozmowie z kimkolwiek  myślę z niechęcią - sam nie wiem dlaczego... Odprężam się powoli usiłując skupić się - z trudem skupiam myśli. Udaje się - nie na długo.... Znowu dzwonek - czekam jak poprzednio. Głęboko w środku czuję niewyraźny znak niepokoju, tyle co nic właściwie. Już wiem - nie chcę tej rozmowy tym bardziej, że z zasady nie odbieram rozmów, których numeru nie znam...Zaciskam dłoń na ciepłej filiżance. Cisza... ulga, ale ciężka taka, niepełna. Odsuwam się od klawiatury - dziś na pewno nic nie napiszę, bo i po co?! Odsuwam też pustą filiżankę, o niczym nie myślę...ale czy na pewno? 
Dzwonek... Zdenerwowany biorę telefon do ręki i z miejsca otaczają mnie słowa: "Cześć, co słychać, jak się czujesz...?"
Chwilę milczę i pytam, kto mówi? Nie ważne - słyszę w słuchawce...Nie czekając na dalsze słowa od nieznajomego odpowiadam: "czuję się dobrze, a co do słyszenia, to pewnie słyszę to, co każdy może usłyszeć w telefonie..." Słowa płyną, a ja nie chcę słyszeć tego głosu...a tam jakieś strzępy informacji o czymś co mnie w ogóle nie interesuje..." Twój numer wygrał nagrodę..." Uff..! Po co ja podniosłem słuchawkę...?  Patrzę w okno...do licha - dopiero teraz spostrzegłem, że z drzewa opadły wszystkie już liście..Mam kupę zaległości w domu wiec skorzystam z weekendu...Do roboty więc, bez niepotrzebnych telefonów...
Miłego weekendu wszystkim życzę.
                                                                              P  a  p  k  i  n


The Lumineers - Stubborn Love (Live on KEXP)

środa, 15 listopada 2017


                              List do Nieba...

Każdego dnia próbuję wzbić się w obłoki, wystartować w przestrzeń...Niestety, nie udaje się... Oj, Niebo - gdybyś było bliżej tak, abym mógł ręką dotknąć i przez białe obłoki dojrzeć Twój błękit... Ale dziś jesteś zasnute chmurami, a Ziemię spowija gęsta mgła. Może wyjrzy słonko - czy jest taka nadzieja? Niebo błękitne - jakże Cię brakuje właśnie dziś, tu i teraz...Ile jeszcze takich dni ponurych, zamglonych, szarych, gdy zasłaniasz się ciężkimi chmurami odgradzając od nas, gdy niczego dojrzeć nie można tylko białą jak mleko mgłę...Gdzie Twój błękit schowany w ponad chmurami...)?) A przecież gdzieś tam, gdzie nie dociera nawet myśl moja, wysoko ponad wszechświaty, pośród zastępów Aniołów, białych jak śnieg, czystych jak łza - po Twoich bezkresnych ścieżkach Rajskiego Ogrodu, spacerują majestatycznie nasi najbliżsi. Spacerują nasi znajomi sąsiedzi, których rzewnie wspominam oraz moi przyjaciele. Jakiego teleskopu mam użyć, aby ich dojrzeć w ten pochmurny i mglisty dzień? Czy w ogóle mógłbym coś dojrzeć, jakiś ruch lub chociaż jedną ze ścieżek w tym Rajskim Świecie, tak dalekim i bliskim zarazem... Niebo błękitne, aksamitne w zależności od pory roku...Dzisiaj szare i ponure, skrywasz swoje tajemnice, niedostępne dla mnie. Gdzie Twój uśmiech i promień, gdzie radość...? Tylko ja tu na Ziemi, biedny "niewolnik czasu"...egzystuję pomiędzy życiem i śmiercią, bo jak inaczej mogło by być...? Niebo błękitne - użycz mi swojego widoku, nie tylko tego błękitu jesiennego, ale tego magicznego z Rajskiego Ogrodu. Daj mi siłę przetrwania tego smutnego jesiennego czasu. Proszę Cię Niebo o odrobinę przychylności, jeśli na to zasłużyłem...

                                                                        P  a  p  k  i  n

wtorek, 14 listopada 2017

Takie sobie myślątka - zapiski rozsypane...

W ostatnim czasie zastanawiałem się nad przeznaczeniem. Zadawałem sobie takie pytanie: "Czy istnieje coś takiego, jak przeznaczenie? Jak to jest w życiu, to co się dzieje, to dzieło przypadku, czy planu, który wcześniej gdzieś sobie założyłem. Przeznaczenie jest jak szybowanie ptaka w przestworzach życia. On frunie szukając swojego szczęścia, jednak przeznaczenie kieruje jego losem. To ono sprawia burzę lub piękne słońce. To własnie ścieżki życia i to nie my lecz ktoś bardziej potężniejszy od nas wie co będzie jutro. Mamy wolną wolę i możemy czynić dobro, jednak przeznaczenia nie zmieniamy, wybierając tylko te z dróg, które są trudniejsze. Tylko tyle możemy, albo aż tyle. Ale są rzeczy na które nic nie poradzę, jednak bardzo często mogę coś przewidzieć. Myślę, że chodzi tu o świadomość przeżywania. Codzienność usypia i po prostu odpuszcza sobie różne rzeczy. Ważne jest, by trzymać ten piorun - być świadomym, walczyć z niepowodzeniami, przestać narzekać i czekać, aż ktoś zrobi coś za mnie. To ja mam wpływ na większość zdarzeń - na większość, nie na wszystko... Zdarzają się tragedie - biorę to jak jest. Konfrontuję się z rzeczywistością, zgadzam się lub nie na to, co widzę, czasem muszę się podporządkować. Bywa ciężko, jednak staram się żyć zgodnie ze sobą. Gdy jest mi źle - szukam czegoś, co pozwoli mi się odbić do góry. Od dłuższego już czasu nie ma dla mnie sensu przeszłości, ale smutna rzeczywistość. Skupiam się na chwili obecnej, jednym słowem żyję chwilą, tym co jest teraz. Na pytanie "czy wierzę w przeznaczenie," pozwolę sobie zacytować pewną dygresję: "Każdy musi robić to, co powinien, aż pozna swoje przeznaczenie." Ot i cała filozofia!
Miłego dnia....
                                                         P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 13 listopada 2017

"Sezon ogórkowy...(cd)

We wspomnianym w poprzedniej notce tomiku, doszukałem się wspomnień z jesieni 1986 roku: "Jesień może być przygnębiająca, nawet dla mnie. To wspomnienie tych, którzy do niedawna byli z nami, których nadal kochamy i tęsknimy. Jesienne liście jeszcze fruwają wokół nas, a już za parę dni pierwszy śnieg okryje lekką pierzynką wszystko, co nas otacza. Szaro dziś na tym świecie się zrobiło, szaro też w umyśle. Jakiś zastój, nostalgia. I gdyby nie ten wiatr, byłaby przejmująca cisza. Dni coraz krótsze, a wnet ich apogeum. Czas szybko płynie i nim się obejrzymy, Adwent nastanie (dziś już tylko 21 dni nas dzieli) i wszystko jakby rozpocznie się od nowa.... "Ubaw mam już dziś, bo w marketach już jest Boże Narodzenie... W jakim świecie przyszło mi żyć, bo porównuję je do tego z lat dziecięcych, które odgrzebałem i planuję opublikować. Teraz wszystko się w głowach poprzewracało..." Wracając do starych zapisów - i choć jeszcze wiele tej jesieni i zima przed nami, to byle do wiosny panie Papkinie...Czego i Wam wszystkiego życzę...i ten wierszyk kiczowaty poniżej... Pozdrawiam.

Niedobrze spocząć na cmentarzu - 
tylko w Zaduszki jest tam pięknie,
później nie zajrzą ani razu,
a dusza zaraz chyba pęknie.
Lepiej, ażeby moje prochy,
ponad górami wiatr rozdmuchał
tam, jak bocianom milej wracać
na żabi koncert wprost do ucha...
              (4 października 1986)
                                                                            P  a  p  k  i  n


piątek, 10 listopada 2017

Sezon "ogórkowy..."

Dla większości z nas - sezon "ogórkowy," to czas letnich wakacji. Widownia publiczna, w tym politycy odpoczywają w ciepłych krajach za nasze pieniądze. Dobrze takim...(?) Dla mnie sezonem "ogórkowy" jest okres późnej jesieni, zimy i wczesnej wiosny, choć są od tego odstępstwa, gdyż nawet zimą odwiedzam moje Bieszczady lub Tatry.... Marudzę trochę wciskając nos w szybę okna, za którym pogoda nie do pozazdroszczenia, mając w ręce tomik Tryptyku, ten ogólny, gdyż jest jeszcze bardziej osobisty poświęcony mojej żonie i nie tylko. Doszukałem się w nim czegoś, co jakoś nie pasuje do tego rodzaju zbioru myśli i słowa. Ale skoro już się tutaj znalazł, widocznie wtedy tego chciałem..? Pomyślałem więc, że skoro to jest mój sezon "ogórkowy," nie zaszkodzi zająć się czymś na odmianę, nie tylko sprawami moich podróży letnich... I tak pokrótce kilka wybiórczo odkreślonych "tryptyków", które w zapisie noszą tytuł: "Serial na dwa długopisy," w którym to znalazł się opis podróży do Austrii, a konkretnie do Tyrolu. Ale to później. Ogólnie natomiast jest to przeplatanka myśli i informacji..."Każdy człowiek jest wart o połowę mniej niż mu się samemu wydaje i wart dwa razy tyle, ile przyznaje mu ogół." Gdy szukam wspomnień. które trwały ślad pozostawiły we mnie, kiedy podsumowuję godziny, które miały dla mnie znaczenie, odnajduję nieomylnie to, czego żadne bogactwo nie zdołałoby mi zapewnić. Nie można bowiem kupić przyjaźni człowieka związanego z nami na zawsze doświadczeniami życia... W :Historii Rodziny" pisałem kiedyś o tęsknocie do takiej formy, która nadała by tej pracy wzorzec jej "prawdziwości" bez uciekania się w jej treść do zgniłej polityki. Obiecywałem sobie to wielokrotnie, uczynienia czegoś, co by mnie satysfakcjonowało do końca. Nie udało się, a to dlatego, że życie jednak niesie coś, czego uniknąć się nie da, choćby człowiek starał się najbardziej. Może więc teraz...? Nie chcę powtarzać żadnej historii mojego życia, przepisywania wcześniej zapisanych kart historii. Ale zawsze znajdzie się jakieś novum, które wcześniej nie zostało zapisane z jakichkolwiek powodów - choćby podróż do korzeni rodu (tutaj kłania się już Genealogia), a która miała miejsce już po zakończeniu opracowywania i pisania "Historii Rodziny." 

Są to czasem krótkie, lakoniczne opisy bez specjalnych szczegółów, może lakoniczne ze względów czysto retorycznych, braku znajomości języka niemieckiego, bez pomocy kogoś znającego tamtejsze realia - raczej zwiedzenie (odwiedzenie) miejsca przodków od strony Babci, czyli Górnego Tyrolu (Landeck). Jednak oddający klimat i formę miejsca, skąd nastąpiła migracja do Krakowa, a później na Podkarpacie. Myślę, że właśnie to przesłanie stało się mottem tego wpisu w tym miejscu, przeplatanym historią i dniem powszednim. Niech więc (nawiązując do Tryptyku), taka forma będzie bliższa atmosfery będącej wynikiem zatopienia się w jego treści...

Podróż do korzeni rodu...(wprowadzenie)
Nie modnym jest dziś oglądanie się za siebie. Teraz świat biegnie szybko do przodu, a kto nie nadąża, po prostu odpada z gry... Marna moja siła przebicia, zawsze jakieś plątające się za mną skrupuły, wieczorne wyrzuty sumienia, czy aby coś nie było zbyt ostro? Biję się myślami sam z sobą, bo rozum swoje, a przysłowiowe serce swoje. Depczę - za wszelką cenę starając się dotrzymywać kroku zwariowanym czasom. Nie biegnę może w pierwszym rzędzie dumnie dzierżąc transparent z napisem: "Świat należy do mnie," bo po pierwsze nie jest to prawda, a po drugie, nie potrafiłbym gwałtem dochodzić tak wątpliwej teorii. Mimo całej mojej energii, wewnętrznego optymizmu, ogromnej siły, którą czasem w sobie czuję, wyobraźni, która przeżywa renesans, potknięć, przy których ryję nosem po ziemi, lubię spojrzeć za siebie, czasem przystanąć, zastanowić się nad tym wszystkim, co w nowoczesnym świecie wydaje się być głupie. idiotyczne, czy zwyczajnie nieistotne. Euforii doznaję bardzo rzadko, prawie wcale, ale jeśli już to się zdarzy, to z taką intensywnością, która nie pozwala mi na długi czas zapomnieć o tym dziwnym uczuciu. Jedyny raz cieszyłem się tak, kiedy znalazłem się w miejscu, które jest kolebką rodu, który zapoczątkował całą historię zdarzeń, splotu i powiązań rodzinnych, która stała się podstawą mojej między innymi egzystencji. Pierwszy raz podróżowałem do Niemiec i Austrii. Państwa jak każde inne, być może i nudne, ale w miarę czyste (1979 r) i być może "genialnie" usystematyzowane. I wcale nie śmieszyły mnie bramki przy wejściu do toalet ( w Polsce denerwują mnie babcie klozetowe wymuszające opłaty za sikanie w wysokości 2,50 zł.), zabawnie wyskakujące bileciki, które mają zniżkową moc sprawczą, nie dziwi czystość tak przy drogach, jak również w...pociągach, bo tak powinno być wszędzie, również w moim kraju. Takie same rzędy domów, gdzie na każdym czerwonym dachu, ta sama ilość baterii słonecznych (obrazek z Tyrolu), mogą wydawać się obrazem nudnym, ale jakże bardzo praktycznym. Hermetycznie wykoszona trawa, identyczne płotki i wiele innych rzeczy jest mi najnormalniej w świecie obojętne. Nie mniej jednak patrząc na ten ciąg bliźniaczego widoku, można było dostać pląsu w oku. Ponieważ nie przepadam za niemieckim, to co mogło denerwować, to wszędzie słyszalne świergotanie niemieckim dialektem w Tyrolu, jakże inne niż sam niemiecki. Nawet bawarski dialekt różni się od niemieckiego  i jest bardziej przyswajalny niż rodzimy szwabski. Za to uroda Niemców w przeciwieństwie do ich kobiet (może mi się tylko tak zdawało?), jest dla mnie niepodważalna. Mama moja opowiadała o Niemcu o nazwisku Koishen, przystojnym i dystyngowanym szefie z czasów jej pracy w PZL-u w Rzeszowie za okupacji. Ale jak sama mówiła - butny i zarozumiały. Żeby nie było jednak tak pięknie i idyllicznie, mimo wszystko Niemiec zawsze budzi we mnie wstręt, choćby z powodu tego, co spotkało moją rodzinę, a moja Mama będąca w ruchu oporu musiała się ukrywać. Nie przeżywam więc orgazmu słysząc ten twardy, szczekliwy język, którego nie lubię, choćby sączony był przez najpiękniejsze usta świata.... Pierwszy raz w życiu miałem okazję przemieszczać się przez Tyrol po krętych i jakże dobrych drogach bez kolein i innych przeszkód. Z źrenicami rozwartymi jak narkoman, przemierzałem uliczkami Landeck, a przed oczami przewijały się nieznane obrazy, pytanie na które nie znałem odpowiedzi, ale obudziła się we mnie jakaś pamięć genetyczna, genealogiczna i każda inna. Sama myśl. że to z tego miejsca, z tego miasteczka pochodził pochodził mój przodek powodowała mrowienie po całym ciele. Zaczął prześladować mnie duch zamierzchłych czasów i nie mówię w tym miejscu o rodowodzie. Z tego kraju wywodził się jeden ze zbrodniarzy II wojny światowej... Było zastanowienie, westchnienie nad niewinnie przelaną krwią, ale zapisany austriacki, genetyczny kod, gdzieś tam w głębi nieustająco drgał i nie pozwalał skupić się na doczesnym obrazie... Wracałem do domu z myślą, ze muszę wygonić z siebie ten niepokój, odkurzyć dawno zapomniane czasy. Dręczyła mnie chęć odgadnięcia, dlaczego tak naprawdę moi przodkowie od strony Babci wyemigrowali z Austrii do Polski, zatracili ojczysty język i tu się osiedlili? Co tak naprawdę skłoniło ich do osiedlenia się w Krakowie? Długo grzebałem w przepastnej otchłani zakamarków i dokumentów, tudzież wracałem do samych przekazów słownych. Odświeżyłem zapomnianą wiedzę o różnych związkach, powiązaniach. Śledziłem drogę saskiej  akcji osadniczej celem zrozumienia podjętych wówczas decyzji. I choć nie znalazłem strzępka informacji o konkretnych ludziach, to obraz jakby stał się jaśniejszy. Zrozumiałem wreszcie, czemu to akurat Kraków. Przodek mój wraz z ojcem profesorem na Uniwersytecie w Wiedniu, byli podróżnikami. To tutaj zapoznał swoja późniejszą żonę - hrabiankę, od których to wszystko się rozpoczęło. Oczywiście prócz korzyści jak najbardziej politycznych i...materialnych wynikających z osiedlenia się w Krakowie oraz względnego spokoju, miasto Kraków przypominało pozostawioną ojczyznę. Oczywiście - potem okazało się, że również uczucia do hrabianki tez miały zasadnicze znaczenie. Opowieści o tamtej ojczyźnie, których nasłuchałem się od Babci, o Jej przodkach, pozwoliły mi na wyjaśnienie, dlaczego wręcz zatkało mnie na widok przepięknego Tyrolu. Znam to także z opowiadań mojej Mamy, która z rodzicami bywała w Tyrolu. Dziś jedynie co pozostało z zamierzchłych czasów, to pisemnie spolszczone austriackie nazwisko, pojedyncze obco brzmiące wyrazy używane w mowie potocznej, ale tez moja pamięć, która podpowiada mi, że najlepszym wyborem dla mnie jest Polska i tylko Polska. Potomków rodu można spotkać nie tylko w Polsce, również w Australii i Niemczech... Warto było odbyć taką sentymentalna podróż. Szkoda tylko, że bez przewodnika nie udało mi się osiągnąć lepszego rezultatu. Ale może to nawet dobrze? Dziś ludzie żyją według własnych sposobów życia. Rujnowanie im dnia codziennego swoją obecnością nie leży ani w moim, ani w ich interesie. Podobnie mają się sprawy w Polsce. Osobiście mam tę satysfakcję, że wiedza mija na temat Genealogi rodziny jest znacznie większa niż poszczególnych członków rodziny. I to daje mi przewagę nad nimi...
Wszystkim życzę udanego weekendu i pozdrawiam. 

                                                                           P  a  p  k  i  n
       

    

BZN - Oh,I Miss You

środa, 8 listopada 2017

Co za szaleństwo...

Jak ten czas leci...Mija pierwsza dekada listopada, za 26 dni Adwent, a potem jeszcze dwadzieścia trzy dni do Bożego Narodzenia i ciut do końca roku, jeśli świat nie skończy się wcześniej, bo jakieś świry co raz przepowiadają jego koniec.
Tak, czy inaczej, za chwilę ten co chce, będzie zmuszony myśleć o prezentach pod choinkę. Wcześniej Święty Mikołaj będzie chciał zaglądnąć do dzieci. Mnie oczywiście, jak zwykle pominie. Spokojnie - prezent zrobię sobie sam - bez łaski! I tak dzieje się od lat... Grudzień, to ciężki czas dla kieszeni i to pod każdym względem, oczywiście choinka , która bez prezentów i słodkości nie byłaby nic warta. To tradycja od najmłodszych lat wzorowana na mojej Mamie i rodzinie, gdzie Boże Narodzenie było szczególnie świętowane właśnie w ten sposób... Tak dopiero będzie, ale dziś w nasze serca wdziera się globalizacja i jakieś nieporozumienie. Dwa miesiące do Bożego Narodzenia, a już widać dekoracje świąteczne, tak bez przygotowania jakim jest Adwent.... Zapuściłem się na zakupy, a tu znienacka wpadłem w szaleństwo bożonarodzeniowe -  Można ogłupieć! Wyszedłem tak szybko, jak było to możliwe, ale po drodze nie ominęła mnie wystawowa dekoracja (zdjęcia poniżej) i to do cna zniechęciło mnie do wszystkiego. Może dzisiejsze pokolenie ma z tego powodu radochę, bo ja na pewno nie...! Pogoda w ostatnich dniach  mglista i mokra, zimno, choć czasem słonko wyjrzy zza chmur, a tam już Boże Narodzenie. Doprawdy - zwariować można...!
                                                                              




 
                                                                   P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 6 listopada 2017

                                  P  i  j  a  k...

Przyznaję to z przykrością, ze miewam różne stany - te dobre, rozjaśniające mój umysł, innym razem jakieś durnowate, które mają się nijak do otaczającego mnie świata. Jeśli dotyczy to wyłącznie mojej osoby - można wytrzymać, gorzej,jeśli zaprzątuję swój umysł kimś innym,


choćby osobą z sąsiedztwa - notorycznym alkoholikiem i ciągłymi awanturami. Zastanawiam się, jak długo można znosić taką atmosferę w swoim domu, gdy widzę kobietę płaczącą z dwójką dzieci. Ile razy pomagam Jej choćby wnieść wózek z dzieckiem na piętro lub choć na chwilę ponieść siatki z zakupami? Wtedy przychodzą mi do głowy czarne myśli i szukam wokół siebie dobrej, solidnej pałki, która choć trochę pozwoliła by zreflektować się temu draniowi... 
I znowu wróciłeś po nocy z łbem zapitym chamie,
nie zważając na tych, którzy Cię wyczekiwali,
wypatrywali z okien, czy już wracasz z pracy,
a Ty zapiłeś mordę, Ty zmoro cudaczy!
Nie przekonuje Cię żaden argument - 
jesteś dupkiem, Ty pijacka mendo,
dla Ciebie żaden honor nie istnieje,
ani honor dziecka, które w domu płacze.
Ty pogańska małpo z piekła rodem,
zakało rodziny, Ty nieudaczniku,
wszyscy w tym domu przez Ciebie cierpimy,
a najbardziej żona z dwójką dzieci.
Kiedy się skończy ta gehenna wreszcie,
czy na niebie wysokim zabrakło już Boga...?
Kiedy nastąpi spokój w umęczonym domu,
a na Ciebie spadnie jakaś większa trwoga...?
                                         (3 listopada 2017)

Można ręce rozłożyć z bezsilności, bo cóż począć? Pozostaje tylko jedno - dopóki kobieta sama czegoś nie zrobi w tym kierunku, to cóż mogą zrobić inni? Czy chodzi tu wyłącznie o pieniądze, od których rodzina jest uzależniona?

                                                                    P  a  p  k  i  n

piątek, 3 listopada 2017

                       Weekendowo...

Pamiętam (jeszcze nie tak dawne czasy), kiedy określenie "weekend" nie miało, przynajmniej dla mnie większego znaczenia. Praca, praca...i nie dlatego, że chciałem, ale musiałem. Ale też chciałem... Zawsze lubiłem wykonywać swój zawód i nigdy mi się nie znudził. Pędziło się do przodu mając przed sobą tor i umykające do tyłu wszystko to, co przed chwilą miało się przed sobą. Nie ważne, czy była to noc, dzień, zima, lato, czy inna pora roku... Czas - to też rzecz kontrowersyjna, bo czas rozpoczęcia i końca zawsze był różny. Jechało się bez względu, czy to dzień powszedni, niedziela, święto.... Ludzie świętowali siedząc przy stole wigilijnym, przy choince śpiewając kolędy, dzieląc się jajkiem przy wielkanocnym stole, czy też bawiąc się na noworocznych balach. Musiało się to wszystko jakoś godzić. "Gość w domu," tak to nazywaliśmy. A dziś, kiedy wracam myślami do tamtych dni jest mi przykro i żal, bo przez wiele lat rodzina pozostawała sama w domu, gdy ja sam byłem gdzieś na trasie - czas, którego nie da się zawrócić. To trudne do pogodzenia, nawet teraz. Ale takie jest życie i takie realia. Życzę więc wszystkim udanego i spełnionego weekendu, w zdrowiu i spokoju. Wszystkiego dobrego z nutką - tym razem rosyjskiego folkloru.

                                                                             P  a  p  k  i  n

МУЖИКОВ НАДО ЛЮБИТЬ !!! Прикольный Клип !

                          Wypełnić czas...

Święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny są świętami zadumy nad przemijającym czasem, okresem wyciszenia, zadumy i spokoju. Obecne czasy niosą nam jednak spokój, ale pozorny, przynajmniej osobiście tego stanu doznałem... "Cisza przed burzą," bo tak to określam. To czas, który specjalnie nie lubię, bo zakłóca mój rytm ustanowiony od najmłodszych lat, odziedziczony przez tych, których wspominamy właśnie w okresie Wszystkich Świętych. "Wyścig szczurów, " który zapewne niebawem się rozpocznie. Tak naprawdę wolał bym zapaść się pod ziemię i nie uczestniczyć w przepychankach.  Do Adwentu mamy dosłownie miesiąc, do Bożego Narodzenia prawie dwa miesiące, a już zauważyłem coś, co mną zatrzęsło, czyli coś dotyczącego...gwiazdki. To jeden aspekt tego wariactwa, który wdarł się do naszej obyczajowości....W wieczór poprzedzający Wszystkich Świętych ktoś zadzwonił do drzwi mojego mieszkania. Kiedy je otworzyłem, moim oczom ukazały się postacie z wymalowanymi gębami, jakieś straszydła i przekrzykując się domagały się cukierków i...pieniędzy. "Przegoniłem" to towarzystwo tłumacząc, że to co robią jest obce mojej i naszej polskiej tradycji. Ale jak zauważyłem, moje argumenty nie dotarły do pustych mózgów wyrostków i w dowód "wdzięczności" pomalowali mi klamkę od drzwi jakimś świństwem. Totalnie mnie to wkurzyło, po czym zastanawiałem się, kto zostawił otwartą bramę wejściową, aby to "obce" mogło sobie robić co chce...?  Dorwałem to gówniarstwo i wraz z sąsiadem pogoniliśmy pieroństwo z klatki schodowej.... Wracając do tematu obawiam się, że właśnie teraz, tuż po święcie Wszystkich Świętych zacznie się przysłowiowy wyścig szczurów, którym ciągle jest czegoś za mało, a Boże Narodzenie chcieliby świętować przez cały rok. Gorączka handlarzy naszymi uczuciami, a głupi ludziska biorą się na lep zakłócając naszą rodzinną tradycję kulturową.
Pozdrawiam...
                                                                             
Skończył się październik, pożegnaliśmy piękne lato,
jesień mieni się kolorami, rwie się na strzępy babie lato.
Na polach jeży się ściernisko, zgubiły liście dęby, klony,
wiatr popisuje się swoją siłą, smutne są sady i zagony.
Dzisiaj już drugi listopada, jakie to święto dobrze wiemy,
czas kupić znicze i lampiony, czas kupić złote chryzantemy.
To Wszystkich Świętych i Zaduszki, znicze na grobach zapalamy,
z wielką powagą i w skupieniu w dniu tym swych zmarłych
wspominamy.
Gdy mrok otula całą ziemię, stłumionym światłem znicze
świecą i jasna łuna nad cmentarzem
i smugi dymu w górę lecą.
Łza po policzku moim spływa,
gdy znicz zapalać znów próbuję,
nie pytam czemu - bo wiem przecież,
że wielki smutek w sercu czuję.
Tu Tata mój, moja Mama,
mają od latu tu swoje mieszkanie,
tu moi najbliżsi - Dziadki i Babcie,
na krzyżu Ty zaś - dobry Panie!
Ręce wyciągasz, tak jak umiesz,
choć cierpisz - tulisz ich do siebie
i wiem, że bardzo chcesz powiedzieć:
"nie martwicie się - są ze mną w Niebie.
Schwycę za rękę więc i czule
spojrzę w oczy Mamie,
bo wiem, ze dobry Jezus Chrystus,
nigdy nas przecież nie okłamie.
Wszystkim jest dobrze - ja w to wierzę,
wszystkim uwierzyć w to potrzeba,
wiem, że codziennie spoglądają na nas,
na ziemię z wyżyn Nieba... 

                                                                       P  a  p  k  i  n