Szukaj na tym blogu

piątek, 31 stycznia 2020

                Zanim nastąpi cisza - 

                                            "kiepski rower...."
Czy pamiętasz Wiesiu ten "wypadek"na Podpromiu, za Feldami, gdy rozleciał się mój rower, tuż przy wierzbie na rozstaju...? Tu kończyło się Podpromie, dalej droga aż do Nitki, ten co krypą nas woził...Ten mój rower - zlepek złomu, skleciony po kryjomu, bo zbierałem wszystkie części w okolicznych składach złomu...Po "wypadku" napisałem kilka słów o tym zdarzeniu, guza sobie nabiłem, miałem ranę na ramieniu. Tak to było moja Wiesiu - kiedyś za gówniarskich czasów - mógłbym dużo opowiadać, ale czasem brak mi czasu...Odsyłam Cię do starszych notek, choćby na tym blogu i poczytać możesz w ciszy i spokoju...A z tym rowerem było tak: 
Ze śmietnika Papkin przyniósł ramę i tylne koło. Cieszył się, że będzie miał swój własny rower...Znana jest bowiem historia "podkradania" roweru wujka, a zarazem chrzestnego. To cały bajzel z tym rowerem, bądź co bądź antykiem na drewnianych obręczach, wyprodukowanym w 1929 roku. "Pożyczał" wiec Papkin od wujka rower i szalał na nim po całym Podpromiu i Lenartowicza. Niósł go rower na krypę Stasia Nitki, a nawet na Drabiniankę i na Czekaj, czasem nawet do Zalesia...Rower Papkina rodził się w bólach, a ponieważ w żaden sposób nie można było zespawać ramy, Papkin podwiązał ją sznurkiem i skrępował drutem. Już podczas pierwszej jazdy, przy symbolicznej prędkości jednego kilometra na godzinę (1/h), jadąc z górki tuż za Feldami - rower się rozpadł, a Papkin wylądował w kępie pokrzyw dotkliwie się parząc. Z roweru pozostała sterta złomu, a Papkin leczył bąble na ciele po spotkaniu z piekącymi pokrzywami. Marzenia o własnym rowerze były płonne...Dużo czasu upłynie, aż stać go będzie na własne "cudo." Ale kiedy stało się to faktem, wujowego roweru już nie będzie, a sama Serwówka i całe jej otoczenie popadnie w...zapomnienie. 
                                                  (wpis do pamiętnika z dnia 11 lipca 1969 r)

                                                     *****
W zasadzie od dziś mamy weekend. Życzę więc wszystkim, Tobie Wiesiu również, spokoju, czynnego wypoczynku, bo choć pogoda nie napawa optymizmem, to jednak warto wychylić czubek nosa poza dom. Życzę także dobrego samopoczucia. Pozdrawiam.
                                            P   a   p   k   i   n      


środa, 29 stycznia 2020

                    Zanim nastąpi cisza, czyli...

                  rozważania o jesieni (1969 r.)

Pytałaś mnie o wspomnienia zapisane w czasie...Tak - przez wszystkie lata pisałem, a potem stworzyło to pamiętnik...A gdzieś na dnie jest również to, jak złamałaś mi ołówek - taki chemiczny - kopiowy. I tylko dlatego, że Ci się podobał, a może z zazdrości...? Dzisiaj takich nie ma, komu byłby potrzebny...? A pamiętasz "inżyniera" - tego z Chodkiewicza, z którego cała ferajna śmiała się tylko dlatego, że zawsze coś wymierzał - sznurkiem?! Powstał nawet wierszyk, kiedy siedziałem na "valecie" na Lisiej Górze, a który po wielu latach wykorzystam dla innych celów. Coś powstało, zaginęło, a jeszcze później znowu się odnalazło...Rok 1969, piękne lato, ciepło i jakże uroczo. "Inżynier" szedł Podpromiem, tuż nad dolinką ogrodu pana profesora Szeligi. Jak się okazało, szedł do pana Perdeusa, tego muzyka, który miał sklep muzyczny przy Grunwaldzkiej, jedyny taki w mieście...
Rzęsy płaskie, nos siodłaty,
świrujące oko,
to "inżynier" od sznureczka - 
pokłoń się głęboko.
Niespokojnie drga powieka,
oko drwiną patrzy,
jakby za nic miał człowieka - 
On ma zawsze rację.
I zły będzie nie na żarty,
gdy się jej nie przyzna,
twarz zgnuśniała,
pysk rozdarty,
ot świńska głowizna...!
Tak - to było uwłaczające...Ile zbytków i nieprawości z naszej było strony. Wszędzie widzieliśmy tylko innych, doszukiwaliśmy się drzazgi w oku, nie widząc belki w swoim...To były dzieci naszej ferajny - rozkrzyczane, wrzaskliwe, często niepoprawne...I tak toczyło się beztroskie życie pośród kaczek i innego drobiu, koni, piesków i całej chmary krakających wron. Te nasze ogrody i zmieniające się kolory drzew, gdy jesień nadchodziła...Gry w cymbergaja, zawody żużlowe na asfalcie (wreszcie Lenartowicza doczekała się utwardzenia) i szaleńczej jazdy z przypiętym kółkiem na haczyku. Dom wariatów w całej okolicy, a dziewczyny wcale nie były lepsze. Pamiętasz Luśkę - chyba najstarszą z nas, to był kawał urwisa, siostrę Andrzeja Budzika...A Ty sama Wiesiu, jak zawisłaś na gałęzi nad ulicą na głogowym drzewie i trzeba było po Ciebie sięgnąć drabiną - tak, to dzieło pana Zygmunta, ojca Gabrysia i Marka. Okropność...! 
(i tu jedna uwaga - cofnij się Wiesiu do notki na blogu z dnia 6 kwietnia 2017, tam też coś znajdziesz i do wszystkich podobnych szukając je po drodze)...
 Jesień - kolorystyczna metamorfoza dokonuje się zwolna, a liście przechodzą od najdelikatniejszych do najbardziej soczystych odcieni. Najpierw grę w zielone przegrywają pojedyncze drzewa, a później ich całe kępy. W wielkim finale przedstawienia, wszystkimi kolorami jesieni płoną ogrody, parki i lasy. Gdzieniegdzie przebija tylko zieleń świerków, sosen, jałowców. Modrzew - jedyny wśród iglastych pobratymców, zasila szeregi przebierańców za karę tracąc igiełki. Nawet wiecznie zielone krzewy, zakładają kolorowe jagody, nie mogąc się oprzeć pokusie uczestniczenia w karnawale. Jakże piękny jest park jesienią - promienie ostro świecącego słońca przechodząc przez pryzmat kolorowych liści, tworzą jesienne witraże, spadające z drzew zielone, kolczaste kasztany zachwycają świat swoim rudobrązowym sercem, niepowtarzalny aromat wydzielają liście buków, dębów, topoli, klonów - przypominający nam wędrówkę po starym strychy wypełnionym bukietami suszonych kwiatów i ziół...Dzisiaj także, choć po tylu latach, zapraszam Cię Wiesiu na spacer po tym ówczesnym bajkowym świecie...Wczesnym rankiem ujrzymy w nim pajęcze sieci usiane licznymi kroplami rosy, niczym perełkami. Załamują one promienie  budzącego się słońca, tworząc wspaniałe tęczowe refleksy. Możemy też podziwiać pracowite rude wiewiórki okupujące pobliskie leszczyny. Panująca wokół cisza przerywana skrzeczeniem kolorowych sójek - amatorek żołędzi, coraz delikatny szum tańczących na lekkim wietrze liści, ukoją nasze serca. Zaczniemy zapewne "myśleć kolorowo" na wzór jesiennych barw. Jakże piękna jest złota polska jesień! I choć piękna, to ulotna, jak pajęczyny babiego lata. Jeszcze nie zdąży się na dobre rozgościć, to już ze łzami odchodzi i tylko o szyby deszcz dzwoni - deszcz jesienny...Barwy soczyste, ale na horyzoncie bezsensowna intensywność pocztówkowo kiczowatej niebieskości zatraca się we frapującej mgle. Jesień właśnie wkracza w swoją najbardziej ponurą fazę - listopadowy smutek ścinanych porannym chłodem liści.  Odbijające się od ziemi krople deszczu, świat przepełniony mokrymi, szarymi parasolkami, przydeptane i zgniłe opadłe liście, tonące w kałużach. Zwykła, szara codzienność przepełniona smutkiem, irytacją i rozdrażnieniem...A gdy już zmrok zapadnie, ogrom ciemności, cisza zmieszana z zadumą, może nawet cichy szelest spływającej łzy po policzku, milczenie, przemijanie...i nagle cyt...iskierka zgasła...
Smutne to było wtedy, smutne jest teraz...Ale pchamy ten życiowy wózek dalej do przodu...Jutro tez powspominamy, otworzymy kolejną kartkę, znowu coś ujrzy światło dzienne...Pozdrawiam.
                                                P   a   p   k   i   n     

poniedziałek, 27 stycznia 2020

                           Zanim nastąpi cisza...

Będę głośno krzyczał,
mówił o wszystkim i o wszystkich,
o tym co w trawie piszczy
w bezkresnych naszych ogrodach - 
Serwowskich, nie Antypodach...
Wykrzyczę o płaczu i radości,
o wszystkich gościach i bez gości,
powiem o naszych przyjaciołach,
może także o wrogach
i o tym co mam w nogach - 
tych setek kilometrów,
niepotrzebnych stresach, 
zmartwień,
a także uśmiechu.
Wykrzyczę o tym co cieszy, boli,
o wszystkich problemach,
również o niedoli.
Wszystko to wypłaczę
w ramionach głuchej ciszy
w miejscu ustronnym,
gdzie nikt nie usłyszy
mojego żalu i przygnębienia...
A jeśli się spełni - 
pójdę do Nieba
drogą mleczną, złotą,
pójdę na nogach - 
piechotą,
bo zawsze tak chodziłem
nawet, gdy chory byłem - 
potem,
jak wybyłem z Serwowskich Klimatów
i znalazłem się daleko w "domu obcym..."
                                    ****
Panno Wiesiu z Lenartowicza,
dziś po latach znów będę krzyczał
i wspominał tamte czasy
w wierszu starym, jak świat światem...
Czy pamiętasz?
Przypominam nasze czasy
co przeminęły tak jak inni z naszej paczki
i na kartach pamiętnika 
znów wracają - 
choć już cisza...

Tym starym wierszem sprzed pół wieku odpowiadam koleżance z sąsiedztwa - Wiesi. Znalazłaś mnie na blogu po tylu latach...i bardzo dobrze, bo ten wiersz obrazuje moje (nasze) rozterki w tamtych czasach...Jest jeszcze jedna zwrotka, która w tej chwili nie pasuje - mówi o odejściu, choć wielu z nas już odeszło...Życie Podpromia, Lenartowicza i okolicznych ulic i ta Serwówka, o której tyle się mówi...Parę słów wspomnień na Twoją prośbę z czasów tak odległych, że pamięć się zaciera...Zacznę od zera, czyli od rymu, który się układa, tych kilka wspomnień na prośbę sąsiadki z Lenartowicza, z miejsca, w którym później powstały pierwsze rzeszowskie wieżowce górujące nad stadionem. To końcówka lat 60-tych i początek 70-tych. To też Ku pamięci małych kuzynów i bratanków, kolegów i koleżanek z naszej ferajny, z naszej paczki...
Żyję na gałęzi rajskiego drzewa, które wyrosło na potężne, a nocny księżyc jest jego dzikim pędem. Nie żyję na kuli ziemskiej, jak ja nazywają, lecz na gałęzi drzewa głogu, których tu mnóstwo, która gdzieś się kończy i dalej tylko przepaść (wiszę nad ulicą!) Tam na górze nade mną aniołki pchają białe dziecinne wózeczki - jadą słoneczną alejką: Kazia, Januszek, Piotruś, Pawełek, Basia i wiele innych małych duszyczek...Na dole pode mną - w trawie "wylegują" się Ci, którzy zostawili je tutaj, bez stosownego obrazu, bez grobu, bez imienia, bez pamięci...Pośrodku jest "piekło" - mówię o gałęzi, na której siedzę. Bo choć to rajskie drzewo, to jednak pali i boli...A nad gwiazdami, które obserwuję, nie ma niczego - tylko chmury, wiatr i deszcz - tam żyć nie można, zbyt dużo żalu, smutku, łez i płaczu...W tej trawie zakopano czas i tyle z niego pozostało...Teraz (po latach) nawet wiatr o nich nie pamięta. Wszystko odeszło wraz z czasem, który nieubłaganie biegnie do przodu w otchłań przemijania. Również i mnie jak odejdę wrzućcie do pieca, aby ogień strawił moje członki, aby kości nie płakały, jak te małe dzieciątka wołające o pamięć...Zobaczę białe chmurki i zapewne niebieską trawę, choć już nie będzie mojego rajskiego drzewa, na którym siedzę...
                     Kazia Stryczek
                         Januszek Sebastian
                            Piotruś Śledzianowski
                               Pawełek Śledzianowski 
                                  Basia Śledzianowska
                                      Krysia Dziopak
                                  Andrzej Budzik
                             Tadziu Nalepa (Brekaut)
                         Jurek Ziętek
                    Wiesiek Doliński
                Wiesiek Maksymiec
            Tadziu Gajdek
         Marta Illukiewicz
Kiedyś i my pójdziemy tak, gdzie wiodą wszystkie drogi - 
do niebieskiej Serwówki,
nie będą nas bolały nogi,
już dziś pielgrzymujemy.
Bo tam, gdzie zamierzamy iść,
póki co - niedostępne dziś...
                                      ****
Wiesiu - oczekuję dalszych kontaktów. Do następnego razu.
                                  
                                                              P  a  p  k  i  n

    (fragmenty wpisu pamiętnikowego, tom XXX, strona 67 z dnia 14 marca 1972 roku)


piątek, 24 stycznia 2020

                           Niech żyje weekend...

Przez ostatnie dni niczego wymyślić nie potrafiłem - po prostu nic specjalnego do głowy nie przychodziło. Może to nawet dobrze - odpocznę myślowo, moi obserwatorzy również. Proszę więc korzystać z dobrodziejstwa karnawału, bawiąc się beztrosko. Miłego weekendu życzę wszystkim i samemu sobie. Kochajcie się...
                            Pozdrawiam.
                                                             P  a  p  k  i  n
     

poniedziałek, 20 stycznia 2020

                                 "Zimowa" zima...

Cieszyć się czy płakać - pytanie, które możemy zadać sobie od wielu ostatnich lat. Pamiętam, jak pisałem na ten temat w styczniu 2012 roku - pamiętam, bo wczoraj otworzyła mi się strona 89 tomu XXV moich skromnych "zakręconych" zapisków. Był to wtedy problem podobny do dzisiejszego...Kończy nam się styczeń, zamiast zimy mamy jakiś monsun - późną jesień czy wczesna wiosna (przedwiośnie), tym bardziej, że już zauważyłem kwiatki pod warstwą liści...Mnie - pamiętającego srogie zimy, taka aura po prostu wkurza. Nie wiem, czy opanowaliśmy tą naszą planetę do tego stopnia, ze wszystko się poplątało...? Minione Święta też pod tym względem były do bani i tak jakoś przeminęły bez echa, zresztą jak wszystko w tym zabagnionym świecie...Nie chce mi się wierzyć, że spadnie choćby namiastka śniegu (co za brednie - jaka namiastka?) Tej "zimy" nie zauważyłem w sklepach zimowego sprzętu, jak narty czy sanki, których zawsze było wbród i śmiesznie to wyglądało. Fakt! - po sklepach nie chodzę więc i te widoki mogły umknąć mojej uwadze, ale jak na to nie patrzeć - widok zalegających powierzchnie sklepowe sanek, budziły by mój śmiech, ku "rozpaczy" handlowców...Zresztą jesteśmy w okresie karnawałowym i za chwilę i tak trzeba byłoby sanki schować i ustawić barany...Pozostaje nam popatrzeć na zimowe zdjęcia, pomarzyć...Życzę wszystkim wiosny w sercach i udanego tygodnia. Szkoda mi tylko tych dzieci, które być może śniegu jeszcze nie znają, są w okresie ferii "zimowych." Zamiast lepić bałwanki, mają szansę obrzucać się...błotem. Pozdrawiam.
                                              P   a   p   k   i   n

piątek, 17 stycznia 2020

             Daj palec, zażądają całej dłoni...

"Jakże nie warto zwierzyć się ze swoich problemów..." Tymi słowami nawiązuję do  serii zdarzeń, które w ostatnim czasie "działały" jakby poza moją osobą. Najzabawniejsze,  że sam przebieg czynności rozgrywały się bez mojej wiedzy...Rozumiem dobre intencje, można było by pokusić się nawet do...wdzięczności, ale...no właśnie - chodzi o to "ale..." W tym jednym przypadku, który mną poruszył, był być może mój błąd polegający na tym, że zbyt odkryłem swoje problemy, co zostało błędnie wykorzystane...Jak można się czuć. kiedy otrzymuje się "cios" w chwili najmniej oczekiwanej, choć czułem to coś na swoim grzbiecie. Nie wiedziałem tylko, kiedy i co to będzie, więc nie było to zaskoczeniem, ale  ze zdumieniem przyjąłem to, czego bym się jednak nie spodziewał...I to właśnie mnie zaskoczyło! Ale najwyraźniej taki mój los...(?)  Na przestrzeni lat wielokrotnie mówiono mi, że zbytnia dobroć powoduje kopnięciem w zadek - "jesteś zbyt dobrym i dlatego takie ponosisz konsekwencje inni wykorzystają to dla własnych celów..."  Cóż mogę zrobić? Swojej natury trudno mi się pozbyć i mimo przeciwności, jestem jakim jestem. Bo w pewnym miejscu posiadam kawał mięsa, a nie zimny kamień, jak inni. Pozostaje mi jak widać (nie zmieniając zbytnio swojej natury) zacisnąć zęby i zdusić wszelkie przeciwności w sobie samym, bez "pomocy" innych oraz ograniczyć swoje zaangażowanie w przedsięwzięcia, które z góry skazane są na niebyt...Z tym bagażem zaskoczenia odbyłem podróż, który to "bagaż" drążył cały czas moją biedna głowę i nadal mnie dręczy. Pozdrawiam i życzę spokojnego weekendu.
                                                    P  a  p  k  i  n                                                              

piątek, 10 stycznia 2020

                                     Cie choroba...

Jak wielce burzliwe jest moje codzienne życie...Nie ma dnia, nie ma chwili, żeby coś po mojej głowie się nie wałęsało. A to świadczy, ile różnych zdarzeń przemija obok mnie. Nawet zwykłe kichnięcie niesie powód do napisania jego przyczyny, do zastanowienia się, dlaczego akurat teraz w tym momencie mi się kichnęło. Mój umysł jak widać, pracuje na pełnych obrotach, nawet kiedy śpi...Budzę się w nocy, zbieram myśli, zapisuję, potem zamieniam je w słowa, by móc stworzyć obraz tego co przeszło obok mnie. Cóż, banał i powaga zawsze mi towarzyszyły, więc żadna to u mnie nowość. To dzień powszedni, jak chleb bez którego nie da się żyć, a który nigdy się nie znudzi. Jemy go każdego dnia i nic...zawsze nam smakuje. Smaczny, pożywny, potrzebny jak woda rybie - bez niego ani rusz...Podobnie jest także z moimi nieuczesanymi myślami...Własnie podjąłem decyzję o wyjeździe do...Gdyni. Nosiłem się z tym zamiarem od prawie trzech miesięcy, bo to Wszystkich Świętych, potem Adwent, Święta i Nowy Rok. A swoje kroki kierowałem na Oksywie, do grobu Anny Przybylskiej. Sukcesywnie odwiedzam Ją przy nadążającej się okazji. Teraz to już pojadę, prawdopodobnie w najbliższy poniedziałek...Bo właśnie "wyjechałem" z kolejnego maratonu świątecznego, wjeżdżając w Nowy Rok. Ciekawe, jaki będzie? Lata przestępne źle mi się kojarzą, a ten właśnie taki jest. I ciekawe, co "zagnieździ" mi się w mojej małej głowie? W nadchodzący weekend życzę, aby był udany i pełen radości. Pozdrawiam...
                                                   P   a   p   k   i   n
                    

wtorek, 7 stycznia 2020

                    Koniec maratonu...

Byłem w sytuacji dość skomplikowanej po powrocie z sylwestrowego Zakopanego. Nie mogłem odespać ani bycia pod estradą, ani powrotnej podróży. Takie szybkie wyjazdy wcale mi nie służą. Spałem i nie spałem, a wszystko wisiało jakby w przestrzeni, zresztą ja także...Majaczyłem, w głowie mi się tłukły jakieś niestworzone rzeczy utrudniające mi normalny sen po to, abym w kulminacyjnym momencie znalazł się w rękach ludożerców...Strach mnie obleciał, a pot zrosił moja twarz. Ten półsen, bo tylko tak można go wytłumaczyć, majaczył także jakieś słowa, myśli, które budząc się zapisywałem. Odwracało to uwagę powodując przerwy ograniczające wypoczynek mózgowy...I co z tego wyszło - jakieś banialuki, które trudno do czegoś przypiąć, choć mimo wszystko coś tam nabazgrałem...Jak to dobrze, że zakończył się ten maraton świąteczno-noworoczny. Bo wszystko jest dobre lecz na krótką metę. Zbyt długie trwanie czegoś - zniechęca, wzbudza nawet niesmak. Cieszmy się z karnawału, bo niebawem znowu kolejny maraton, co w obecnej chwili mną po prostu wstrząsa. Pogody ducha życzę i powrotu do normalności w tych pierwszych dniach Nowego Roku...
                                        P  a  p  k  i  n

Niebo rozpostarło szarą szatą świat przede mną, gdy patrzę w dal - 
w tą otchłań przestrzenną...
Siedzę, a myśli bujają w obłokach pokrywających niebo - 
taka pustka jak okiem sięgnąć, nic, tylko patrzeć przed siebie
zniewolonym wzrokiem...
Niewidoczne ciepłe powietrze spokojnie ulata i błogim muśnięciem
moją twarz owiewa...
Gdzieś w dali za horyzontem na tle ciemnym, wzniesienie majaczy, 
jałowa, bez wyrazu, jak ten świat cały - 
czarna ziemia, bez trawy, goła, jak przepaść...
Śpię jeszcze, czy siedzę, czy jestem na jawie,
jakże mam zrozumieć to całe dumanie?
Półsen trawi wszystkie moje członki
i nie wiem, czy to sen tylko, czy to już wstawanie...? 
Rozsiadłem się w fotelu, jak Japycz na ławie,
gdy oglądam serial jakże oklepany,
a tu pustka wszędzie, gdy patrzę przed siebie - 
ani trawy, drzewa, a może czegoś więcej...?
I przyśnił mi się autor, co słowa swoje kreślił,
o jakiejś zimie, która może była,
mnie się zima w tym roku nie przyśni - 
owszem jest, ale jakiś monsun debilny...
Patrzę przed siebie na niebo nade mną,
szare, bez wyrazu, tak jakby nie moje,
ten półsen uspokaja wszystkie moje członki,
w ciszy i spokoju łagodzi nastroje...
                                      (3 stycznia 2020 r.)

   

piątek, 3 stycznia 2020

                    Ten półsen trwa nadal...

"Usiadłem nieruchomo zwinięty w kłębek pozorując zmarzniętego faceta, chuchając w zmarznięte dłonie..."  Nie, nie - nic takiego mnie nie dotyka, przeciwnie - w domku ciepełko jak się patrzy...A przewiało mnie troszeczkę i teraz odrabiam snem wszystkie trudy związane z Zakopanem...Majaczy mi się coś w tym półśnie, który silniejszy jest ode mnie i nie potrafię dojść do siebie, przynajmniej nie teraz...Mój gest jest całkiem przypadkowy,
  uzasadniony i...nie wyreżyserowany. "Siedziałem w kącie powtarzając jakieś teksty kłębiące się w głowie, które zapisywałem na przygotowanej kartce  zeszytu, a którą zawsze mam pod ręką. To chwilowe oderwanie się ze stanu "letargu" rujnowało moją świadomość przyczyniając się do odczuwania stanu bezsilności. Ale czy zapamiętam - myśli są ulotne, a to co chodzi mi po majaku może być przydatne...Ale denerwowałem się o jakość mojego umysłu, czy aby rzeczywiście zapamiętam?"  Wstałem...Nerwowym ruchem ręki zanotowałem koślawe myśli, które być może posłużą do jakiegoś tekstu lub po prostu zostaną zignorowane..."Pustka jak okiem sięgnąć - nic, tylko siedzieć i patrzeć przed siebie zniewolonym wzrokiem w towarzystwie myśli nieujarzmionych..." A może powinienem brać lecytynę, aby moja pamięć nie musiała "szwankować? Taka chwilowa pustka "tragicznie" odbija się na moim samopoczuciu. A może rzeczywiście mam coś z głową...?"  Wróciłem do pierwotnej pozycji ponownie kucając w kacie. Usiadłem jak Turek kuląc nogi, ale nie wychodzi mi już tego typu pozycja. Bycie w takiej pozycji na dłużej odbiło by się na moim zdrowiu. Po co więc tak się katuję? Ulgę przynosi fotel i zmiana pomieszczenia. Jest cisza, a ja mogę zapaść w błogi sen...W takim półśnie rodzą się zwariowane myśli, które żadnego pożytku nie wnoszą w moją świadomość  - później, jeśli czegoś nie zapiszę... "Przez moją głowę przeciskają się wspomnienia zakopiańskiej nocy, tego szumu, gwaru, roztańczonego tłumu, który pokrył całą Rówień Krupową...gdy patrzę w przestrzeń na końcu której jest wielka scena i tańczące ludziki. W tej ciszy tutaj i teraz, w tym spokoju można nareszcie wypocząć..." A dzień dzisiejszy może być dniem szczególnym, bo nie grozi mi żaden obowiązek czy punktualność. Zimy jako takiej nie ma, śnieg o owszem, ale tam w Zakopanem, nie trzeba latać z miotłą i łopata - u mnie raczej monsun...Oczy znowu zachodzą mgłą, a sen przybiera anielski wyraz..." Nie ma co - trzeba się pozbierać i wyjść z tego grajdołka. Idę się przewietrzyć, bo siedzenie w domu źle wpływa na moją okrężnicę i nastrój umysłowy. Życzę udanego weekendu - pierwszego w Nowym Roku. Pozdrawiam.

                                                   P  a  p  k  i  n