Szukaj na tym blogu

wtorek, 31 marca 2020

                       Wszystko się poklikało...

"Marzenie ściętej głowy" - to powiedzenie nabiera coraz bardziej realnego kształtu. Widoki jak na zdjęciu też są marzeniem i nie wiadomo, kiedy będzie można pokusić się na ich realizację...Jeszcze kilkanaście dni temu informowałem o rozpoczęciu przygotowania do letniego sezony, który miał mi umożliwić coroczne wędrówki po Bieszczadzkich, odosobnionych szlakach. "Kupię nowe buty," rozchodzę je, aby dobrze ułożyły się do nogi, uzupełnię wyposażenie, dokonam przeglądu odzieży...Butów nie kupiłem, nie zrobiłem żadnego choćby gestu w tej sprawie - nawet nie wiem, czy w sklepach są jakieś rzeczy, bo nie wchodzę do sklepów przemysłowych. A nawet, gdybym był przygotowany, to na nic sprawa. Owszem, mógłbym "urwać" się poza miasto, nawet wyjechać w Bieszczady (mam się gdzie zatrzymać przy przestrzeganiu zasad), ale...Problemu by nie było, bo kto "szukał" by mnie w tych kniejach, po których się poruszam, to tak, jak szukanie szpilki w stogu siana? Straż leśna, Policja, Straż graniczna...? Nie mniej chcę być w porządku wobec choćby siebie. Wszystko więc odłożyłem na czas nieokreślony, można sobie pomarzyć, prześledzić wszystkie miejsca, gdzie się było (kiedyś). Jedno jest pewne - zyskają na tym zwierzątka, które będą miały okazję odpocząć od obecności natrętnych ludzi, a my sami zreflektujemy swoje zachowania i nauczymy się nieco pokory, której w wielu przypadkach nam brakuje. Życzę zdrowych przemyśleń i...zdrowia. Pozdrawiam.

                                                          P  a  p  k  i  n

czwartek, 26 marca 2020

                  Uczę się życia na nowo...

Czuję się jak kiepski aktor na deskach teatru, nie w roli samego aktora, lecz bez roli, która gra niewidzialny wróg zwany pandemią...A może to nie aktor lecz zniewolony widź..? Kameralna sala jaką jest moje mieszkanie - mój pokój, po którym przechadzam się tam i na powrót w swojej własnej rzeczywistości, utrzymując kondycję..."Gościnne występy" tej zarazy ogarnęły świat, przed którym to spektaklem trudno się bronić i jakby zmusza nas do jego oglądania...A ja mimo wszystko szlifuję dialogi - poleruję do połysku nagromadzone myśli z obawą, czy w ogóle mi się one przydadzą? Staram się dodawać im głębi - znaczeniu każdemu gestowi. Próbuję stworzyć sobie ten świat - mój własny świat w tej trudnej rzeczywistości, żyjąc, ucząc się samego siebie, każdego dnia od nowa. Stwarzam sobie świat kameralnego teatru jednego aktora. W malutkiej domowej rzeczywistości - malutkie życie, malutkie cele, marzenia, lecz wiele wątpliwości...Takie malutkie sny w czasie krótkich już nocy w moim "malutkim" pokoju...Nawet łyk porannej kawy jest malutki wypitej w pospiechu i nie wiem dlaczego tak się śpieszę? Może to przyjemności łapczywie łapane w czasie dłużących się dni? Wszystko takie małe, a zarazem urokliwe, bo malutkie...Dosłownie małe i krótkie, lecz mogą być piękne i niezwykłe, a nawet magiczne - takie malutkie życie czterech ścian, a pośród nich właśnie ja!  Wszystko można sobie ułożyć, bo to co jest teraz malutkie, może z czasem stać się wielkim, a największy problem, jakim jest ten spektakl malutkim się okaże... 
Pozdrawiam życząc wytrwałości...
                              P   a   p   k   i   n
  

wtorek, 24 marca 2020

                       Rozważania na czasie (2)...

To druga notka z tego cyklu, tym razem zaczerpnięta z pamiętnika z przed lat, które czasem do dziś nie straciły na aktualności. Ta dotyczy zdarzenia z przed lat..Niektóre słowa, wyrazy, sformułowania są autentycznymi zapisami, wyrażane oryginalnie, a które mogą budzić kontrowersje, niemniej oddają autentyczność danych chwil. Są pisane niezrozumiale zapewne dla niejednego czytającego  - trudne w zrozumieniu. Jest to zderzenie z autentyczną rzeczywistością, a dzieje się w towarzystwie dziewczyny, która potem zostanie moją żoną i przyjaciółką. Zapraszam na ówczesną wędrówkę p centrum miasta w ciemny późny wieczór oświetlony latarniami ulicznymi i w mroku ciemnych zaułków....
Odwieczne pytania, co po mnie zostanie...
To cykl myśli, które przewijały się równolegle do zdarzeń. Ale to dobre pytanie na wtedy i na dziś. Ile razy je stawiałem, nawet w ostatnim czasie - ten tylko się dowie, kto na mnie zna się! Bo trudno mnie rozgryźć, nawet sam mam z tym dylemat - co zostanie po mnie, ptaszek w górze śpiewa...Jednak na poważnie - wszystkie moje trele nie dotrą do Was dzisiaj i..w każdą niedzielę...( bo dzisiaj mamy czas wolny przez tą zarazę, która spędza sen z oczu i można mnie poczytać bardziej swobodnie). Zagnieździło się w umyśle kilka życiowych fragmentów, które chodzą po głowie uwierając jak cierń. Apropo cierni - spotkałem kiedyś takie, a nawet dzikie w Bieszczadach, zwą się borowicą, albo tarką - cierpką jak licho i nie do spożycia. Ale gdy mróz ją zmrozi - to moje natchnienie bulgocze w gąsiorze - winem czerwienieje. Wino dobre z tego, lepsze niż gorzałka, gdy wlejesz do gęby, kruche jak zapałka. Ale w głowę nie wchodzi, nie ma po nim kaca, żołądek rozgrzewa, w głowie nie przewraca...Siedziałem w domku, w fotelu, oglądałem rozrywki, dialektyzując się winkiem i...zbytki figlując. To nie było poważne, tak jak obiecałem, ale teraz będzie, nie będzie banałem...
- "idę siusiu - poczekasz na mnie...?
- Dobrze, kupię sobie kawę i będę tu czekał! 
Dobry wieczoru początek i taki los człowieka...I poszła - sam zostałem, by przez chwilkę marzyć, co będzie dalej, co się może zdarzyć? 
A teraz siedzę i wciąż ciężko rozmyślam, co mnie jeszcze zaskoczy? - nadal będę myślał...!
Usiedliśmy w artystycznie "prowizorycznej" kawiarence pod "Czarnym Kotem," tuż za Rynkiem Głównym zwanym "Starym," pomiędzy "ekspozycjami" stolików i od razu żałuję decyzji. Smak espresso zagłusza brutalne techno z kawiarnianych głośników - dziś mnie ono denerwuje, nie mam weny, nie lubię zresztą tego gatunku więc się niecierpliwię. Nie mam jednak wpływu poza wyjściem z tej "sielanki." Dlaczego nawet tutaj, od gustu kelnera zależy to, co do moich uszu dociera? A jednak nie! Dobrze, bo samoistnie powstało coś znaczącego - wreszcie ucichło...Po lewej sala post - okupacyjnych plakatów z cyklu "Proletariacki dowcip," pośrodku "łup, łup" i moja kawa. A na zewnątrz retrospekcja poetyckich działań kiepskich studenckich "artystów" i ich przyjaciół. Wszak to Rzeszów City i rzeszowska gwara...Pisząc to czuj e się jak ptak kalający swoje gniazdo. Problematyką, którą się zajmuję, jej możliwość i sposób widzenia  mojego świata , to przecież moja mała ojczyzna, moje miejsce, gdzie zakotwiczyłem od urodzenia - tu na amen...Dlaczego się czepiam, marudzę, pomstuję na coś, co na tle powszechnej infantylizacji mojego nędznego życia, jak też umysłowego rzeszowiaków - i tak błyszczy to marne życie niczym diament rzucony na szmaty...Co zrobić, by ominąć "pułapkę" zastawioną na mnie, w którą zresztą i tak wpadłem, jak gówno rozlane na mojej drodze? Odpowiedź jest prosta i nie będzie zaskoczeniem. Należało by znaleźć mit, żywy mit bez riposty i na tej podstawie opuścić cały "spektakl." Gówniane moje życie w tym grajdołku i jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Moim zdaniem- żadna, tkwi zapewne w nieporozumieniu podjętych wtedy decyzji i przez tego, że tak powiem "skurwysyna," który mnie oblał z egzaminu, że musiałem zdawać ponownie po tygodniu, a którego nawet chujem nazwać nie można...Po tych kilku latach (jakich kilku - wszak to dopiero sześć lat mija) - można sobie zadać pytanie, czy dobrze zrobiłem idąc w ślady Dziadka stając się maszynistą pojazdów trakcyjnych? A co miałem zrobić - zadać Dziadkowi ból? A tak jestem jedynym po Nim, który podjął ten fach - On na parowozach, ja na elektrykach...To była szansa na "uczciwe" i dosadne życie, choć w podróży i sumienia spokoju...Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi zapewne o to, że nie wiadomo o co chodzi." I można tak rozważać, jak rycerz chodzić błędnie ("Siedliskie szkice" - może opublikuję kolejny raz?) - albo "Błędny rycerz" - walić głową w próżnię, to nic nie pomoże - od błędów takowych, uchroń innych Boże...Pisząc te słowa, jestem, jak to się ślicznie mówi - "rozdarty wewnętrznie." Z jednej strony cenię sobie pewne plusy, które dostrzegam i że to co robię, godne jest nawet najwyższego, ocierającego się wręcz o bałwochwalstwo, z drugiej jednak strony facet, który mnie "oblał," i sam fakt bycia na szkoleniu, pozostawia we mnie wyraźny niedosyt. Najwyraźniej ktoś mnie podsumował, a chodziło o nic innego, jak oszukiwanie tzw. SHP (Samoczynne hamowanie Pociągu). Jakaś świnia na mnie doniosła - jak ja nie cierpię kapusiów...! Zacząłem oczywiście, jak uczy i nakazuje moja Święta Wiara Katolicka od poszukiwania winy w sobie. Może po prostu tego stanu nie rozumiem, bo najzwyczajniej w świecie jestem głupi (?) - to wytłumaczenie jest najprostsze, ale nie! Jestem lokalnym patriotą - rzeszowskim i dlatego wszystko, co obce, będzie dla mnie...obce...! Kawiarniana atmosfera przytłacza moje zmysły. Myśleć nie umiem lub wręcz nie potrafię, ale czy muszę myśleć? A to siusianie zbyt długo już trwa, z nudów chyba przyjdzie mi się po dupie podrapać...Wreszcie wyszła - "co tak długo trwało, można wręcz ocipieć czekając na Ciebie - jaka jest tego przyczyna i co tam Ci się stało, że tak długo sterczałaś w rozkroku - "kalwina?" 
Nigdy się nie dowiedziałem, choć tak bardzo chciałem, ale czy mogłem wejść w Jej alkowę?  
Ale głupi jestem, zaraz się rozpłaczę, a na dowód tego strzelę sobie w głowę...! Rozpromieniony uśmiech wita mnie z "oddali" - ulżyło Jej przecież  i to się bardziej chwali...
Snuliśmy się po ciemnym zaułku Kościuszki, by ponownie zawrócić na Rynek - oby mnie coś podobnego nie spotkało pójść w "nieznane," bo kibelka tutaj nie uświadczysz, a po tej kawie wszystko jest możliwe...Noc była upojna - to jedynie zrekompensowało moja gorycz egzaminu...

                                                        ******

Trudno w tekście doszukać się odpowiedzi na zasadnicze pytanie zadane na wstępie. Jest to dłuższy cykl, a odpowiedzi są rozłożone pomiędzy "wierszami." Jak do tej pory jestem, a co pozostanie, tego nikt nie wie, nawet ja sam. Cała reszta, to tylko domysły...
Pozdrawiam.
                                                            P  a  p  k  i  n   

sobota, 21 marca 2020

                 Rozważania na czasie...

Jeśli ktoś zada sobie trud wejścia na bloga mojego kolegi i przyjaciela - Bartka - picasso0508.blogspot.com "okiem niepełnosprawnego, może zapoznać się z postem zamieszczonym w ostatnich dniach zatytułowanym "Jak powstał Ziemski Księżyc." Miałem pewien problem, aby skomentować ów ciekawy punkt widzenia na otaczający nas wszechświat. Dokonałem wpisu "referując" jego treść...Jak nadmieniłem, w swoim rozumieniu tematu, posuwając się dalej w rozważaniu, gdzie w tym wielkim wszechświecie moglibyśmy być i co jest dalej tam, gdzie nie sięga ludzka możliwość. Temat ten podejmuję tu u siebie ze względu na większe możliwości jego rozszerzenia i mój punkt widzenia zaznaczając, że są to tylko rozważania, czyli to co podpowiada człowiekowi jego umysł, wiara (w moim przypadku głęboka). Oczywiście - nie wszyscy zaraz muszą akceptować i godzić się z moim punktem widzenia. Uważam bowiem, że niezależnie od indywidualnego podejścia do zagadnienia, własnie teraz, w tych trudnych dla nas czasach, warto zastanowić się nad marnością i nicością życia człowieka, który wraz z nadchodzącą wiosną budzi się do życia jako, że dziś jest pierwszy dzień wiosny...! Pytanie o życie po śmierci nurtuje człowieka niemal od wieków. Jedni wierzą w reinkarnację, inni w wędrówkę ludzkiej duszy do Nieba, jeszcze inni twierdzą, że po człowieku nic nie zostaje. A ja wierzę w to, czego uczy moja religia - wierzę w Boga i życie w tamtejszym świecie. W kontekście posta mojego kolegi, należało by zastanowić się, gdzie jest to Niebo, gdzie ten świat, ten Raj, o którym cały czas mówimy. Kosmiczna przestrzeń, ten wszechświat, jego ogrom podpowiada, czy aby nie jest gdzieś tam daleko, gdzie nie sięga ludzka myśl...?
Istnieje też teoria, że dusza dopiero po dwóch godzinach od ostatniego tchnienia opuszcza ciało ludzkie i udaje się w drogę. Ale co się dzieje z duszą dalej? Tu wiele do powiedzenia maja (?) Ci, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Niemal wszyscy widzą światło, do którego podążają długim tunelem, aby za chwilę "ktoś" ich zatrzymał, kazał wracać na Ziemię, by naprawili błędy. To światło, to miłość Boga, a tunel to własnie ten nieprzebyty wszechświat, który trzeba pokonać...Jednak co naprawdę dzieje się z "nami" (tylko duszą), bo my pozostajemy tutaj na ziemskim padole przemieniać się w proch i nicość. O tym co się z nami dziać będzie po śmierci, dowiemy się prawdopodobnie dopiero wówczas, kiedy sami jej doświadczymy...Co ma więc wspólnego to co tu piszę z tym co umieścił w swoim poście wspomniany kolega? Zapewne nic, gdyż zbyt daleko wybiegłem od jego toku myślenia, choć podejrzewam, że i taka myśl go nurtowała. Wiemy, że wraz z planetą Ziemia krążymy w przestrzeni kosmicznej, w wszechświecie tak wielkim, ogromnym na niespotykaną skalę, oddaleni od innych planet milionami lat świetlnych, a może nawet więcej? Jak zaznaczyłem, nie posiadam zbyt wielu danych dotyczących naszego satelity jakim jest Księżyc, ale już to podsuwa nam wiele wątków tematycznych w tej dziedzinie. To skłania też do zastanowienia się, gdzie jest ten Raj, ten świat tak inny, wspaniały, wolny od kataklizmów, chorób takich jak teraz nas dotykają, gdzie panuje miłość i uwielbienie Boga? On jest, być może gdzieś tam, gdzie nie sięga ludzka myśl, gdzie wzrok nie sięga, gdzie wszystko jest inne, choć być może w jakimś sensie - podobne. Może nie potrafimy sobie uświadomić, jak blisko jesteśmy, nie mniej oddzieleni czymś niewidzialnym tak, jak niewidzialni staniemy się po śmierci...
Wiosna budzi nasze zmysły, choć w obliczu pandemii wszystko jest inne, nawet te kwiaty, które już wygrzewają się w promieniach wiosennego słonka. Ale wiem też, że świat nie będzie już takim, jakim był przed tą zarazą XXI wieku. Coś się zmieni, bo taka jest kolej życia. Pozostaje pytanie, czy ludzie się zmienią na lepsze...? Kosmos, to bezkresna przestrzeń, która oddziela nas od tego lepszego świata...
Życzę zdrowia i refleksji. Pozdrawiam.

                                            P  a  p  k  i  n

czwartek, 19 marca 2020

             Jeśli nie możesz zmienić świata - 

  zmień przynajmniej sposób patrzenia                                                      na niego...

Im "coś" większego, tym mniejszy masz wpływ na to im "coś," tym mniej zauważalna naszej ingerencji siła...Co by nie powiedzieć, światowa epidemia, która nas dotyka, to chyba coś, co nie tylko jest niebywałym zjawiskiem, bo nie pamiętam, aby w ciągu mojego życia coś podobnego miało miejsce...Tym nie mniej, a to chyba dotyka wielu z nas, określenie "koronawirus," budzi we mnie wstręt, obrzydzenie, własnie z powodu nagminności używania tej nazwy, wypowiadane niemal co drugie słowo...To nic, że nie zmienimy świata - nie ma to znaczenia, że nie mamy na wszystko wpływu - na to co powinno być ważne dla Ciebie, dla mnie, czy dla naszych bliskich, choć kto wie - może mamy ten wpływ, ale o tym nie wiemy, a przecież to już jest dużo (?)...bardzo wiele i to jest najważniejsze. Wiem i Ty wiesz, że kiedy ten czas minie i wrócimy do normalności - świat będzie już inny, nie taki jak przed...Będzie jeszcze czas, aby ten temat poruszyć...Postarajmy się specjalnie nie przejmować powstałą sytuacją, nie panikować, co ważne - stosować się do zaleceń...Ano tak - łatwo podpowiadam, a sam "łamię" tę zasadę, bo nie mam innego wyjścia. Sam muszę się zaopatrzyć w produkty, a więc nie mogę zamknąć się w czterech ścianach i udawać, jak jest mi dobrze...(?) Tak więc (pomijając siebie) starajmy się nie przejmować  przesadnie tym wszystkim na co nie mamy wpływu, zajmując się jednocześnie tym, na co nasz wpływ jest zauważalny i konieczny...Dostrzegajmy i doceniajmy to co mamy, a więc determinację i siłę przebicia (z ostrożnością), ciesząc się bliskością ludzi, których mamy wokół siebie - nie bądźmy obojętni na innych, którzy być może naszej pomocy łakną, jak ryba wody w tych trudnych chwilach...Cieszmy się, cudze szczęście z powodu Twojej pomocy (?) łatwiej zauważyć niż swoje, a poza tym, ilu ludzi, tyle szczęścia. Bo dla jednego, szczęście to wór pełen pieniędzy, dla drugiego zdrowie, dla trzeciego to, że codziennie rano oczy otworzy. Teraz sam sobie odpowiedz, które wybierasz...Szczęście nie jest kolorowym motylem, za którym musisz pobiec jeśli chcesz je złapać. Szczęście jest jak cień - zwłaszcza teraz, w tych trudnych chwilach - podąża za Tobą nawet wtedy, gdy o nim nie myślisz. Jeśli ludzie z Twojego otoczenia poczują się szczęśliwi - Ty także je osiągniesz...
Życzę zdrowia. Pozdrawiam.

                                                          P   a   p   k   i   n

poniedziałek, 16 marca 2020

              Nauczyłem się pisać i czytać z...

elementarza Mariana Falskiego...Dziś, kiedy widzę zmagania edukacyjne mojego wnuka, albo jak wczytuję się w to co piszą ludzie na różnych forach internetowych, coś się we mnie burzy... Mam gdzieś słowa nauczycielki, że to co mówię jest przestarzałe i nic nie warte (i mówi to pedagog?) - dziś obowiązują inne standardy - nowoczesne! Wnuk, który jest w drugiej klasie podstawówki, pisze jak sztubak, bez widoku na jakąkolwiek poprawę pisowni. Fakt, to dopiero II klasa, ale...(?) Może to być wynik Jego niedbałości, ale też "słabego" systemu nauczania - dotyczy to także innych przedmiotów, bo programy nauczania są przeładowane tym, co w niewielkim stopniu może być dzisiejszemu uczniowi przydatne w przyszłości. Występują też braki pracy z uczniami przez rodziców, którzy nie znajdują czasu dla niuch, a u mnie jest to widoczne każdego dnia, dzieci zdane są wyłącznie na siebie...Elementarz na który się powołuję, wychował tysiące uczniów, którzy
mieli normalny i praktyczny zarazem podręcznik - prosty i łatwy w oswajaniu pisowni i czytania. Dziś uczniowie poznają tajniki edukacji z...sufitu - takich też dziś mamy nauczycieli. Z przykrością stwierdzam, że dzisiejsi edukatorzy bardzo odbiegają od tych prawdziwych z przed lat. Dla ucznia mieli czas i "tłukli" temat dopóki cała klasa go nie zrozumiała. Stosowano dyktando utrwalające pisownię i ortografię. Dziś tylko kartkówki, sprawdziany, które pozwalają nauczycielom "gnębić" uczniów, a taka postawą narażają się na określenie wygodnictwa. BO dziś nauczyciel tylko wzmiankuje dany temat, a to uczeń musi sam go opracować bez wcześniejszego omówienia go w...klasie. Skutki są opłakane - niedouczenie, wtórny analfabetyzm, że aż głowa boli, że nie wspomnę o braku doboru słów, czy ułożeniu poprawnego zdania. Ma to się nijak do podejmowania dyskusji z takimi ludźmi, zwłaszcza na forach internetowych, gdzie ze zgrozą stwierdzam cofanie się w edukacji do poziomu zera. Jak tak dalej pójdzie, to moje obawy co do właściwej edukacji i mądrości ludzi spełzną na niczym...Co to ma wspólnego z cytowanym elementarzem? Otóż to, że pisownia i kaligrafia, której dziś w szkołach trudno zauważyć, była kiedyś zawarta w tym elementarzu i...mądrości ówczesnych pedagogów. Pozdrawiam i życzę zdrowia.

                                                              P  a  p  k  i  n 

piątek, 13 marca 2020

                                Przesądny piątek...

Ktoś najwyraźniej chciał popsuć mi humor...Bo dziś piątek, w dodatku trzynasty dzień miesiąca. Dla wielu dzień fatalny, przesądny, złośliwy, ale nie dla mnie. Nie wierzę w żadne przesądy, horoskopy, magiczne talizmany i żadne bzdury z czymś takim związane. Jedno tylko co mi się jak scyzoryk składa, to lata przestępne, takie jak rok obecny, ale wszystkie "przykrości" z nimi związane chowam w swoim wnętrzu...Nie ukrywam, że nie jestem przygnębiony całą tą sytuacją jaka świat dotyka, ale w porównaniu z innymi, nie panikuję. Widzę, jak ludzie zbzikowali i to w zasadzie "psuje" mi humor...Fakt, sam muszę iść do sklepu, aby się zaopatrzyć w produkty niezbędne, wsiąść do autobusu - trudno, nie mam nikogo pod ręką - samemu jak widać też można sobie pomóc. Może to nawet dobre, chociaż... Czasem chciałbym się zresetować, bo czasem tym, czego najbardziej potrzebuję, jest zawinąć się w koc i wyłączyć z życia - na dzień, na chwilę, na przydłużenie zmróżenia oczu. Odgrodzić się od wymogów codzienności grubymi myślami, tymi bez treści...Zresetować się! Patrząc bezmyślnie jak spadające krople roztrzaskują się milionami kruchych mikrokropelek na brązowym parapecie. Przyglądać się jak ciepło ucieka parującą ścieżką z kubka wypełnionego kawą. Ukryć się za kotarą powiek i nie przejmować, że coś jeszcze czeka na realizację, że jest jeszcze coś, a może ktoś...?  Takich ktosiów od obowiązków mieć nie muszę...Trzeba zbudować sobie swoją maleńką wyspę wyłącznie z nicnierobienia i niemuszenia. A po upływie czasu, który jest mi potrzebny, by móc wystartować na nowo, ta wysepka pryśnie jak mydlana bańka. Ale własnie dzisiaj, przy tym niby "feralnym" piątku mam taki czas, idealny na to, by zawiesić się w próżni...
Miłego weekendu życzę i przestańcie panikować. Pozdrawiam.
                                              P   a   p   k   i   n

środa, 11 marca 2020

                  Wiosna wczesnym marcem...

Mówcie co chcecie - u mnie już wiosna...!  I choć w Bieszczadach jeszcze króluje zima - szykuję się do sezonu. To będzie czynny sezon - nie odpuszczę! Tym bardziej, że atakuje nas jakiś wirus, na bazie którego ktoś najwyraźniej próbuje zrobić interes. Widać to i słychać w reklamach oferujących jakieś medykamenty ponoć na tego wirusa, a głupi ludzie pobiegną do aptek, aby wydać niepotrzebnie pieniądze....Ale gdyby nawet, to takie odosobnienie na bezludziu jest najbardziej wskazane, no chyba, że mnie coś dopadnie...?  Ale dziś troszkę inaczej - krótko w wierszu, choć na jedno wychodzi - proza czy wiersz, co za różnica?
Można mnożyć powodów tysiące - 
zastanawiać się, bić z myślami, 
co tu począć gdy zaświeci słońce,
a Ty nie wiesz, co ze sobą zrobić?
Gdy Cię zbyt bolą ludzkie sprawy
zostaw w domu wszelkie zwady,
porzuć miasto i luksusy,
telewizor i...gimbusy
wszystko, co Cie już znudziło,
zostaw tu, by dobrze było,
gdzieś daleko, za górami,
tam w Bieszczadach - 
jesteś z nami...!
A więc porzuć dom, rodzinę,
spakuj plecak - spodnie, koszulę,
dobre buty, trochę humoru
i pożegnaj wszystkich czule.
Jedź i zobacz, idź przed siebie
tam, gdzie poniosą Cię oczy,
tutaj jesteś wolnym człowiekiem,
w ciągu dnia, a także w nocy...
Ja już teraz u schyłku zimy,
czynię wszystko na nową wyprawę,
znowu będę wolnym człowiekiem,
żadna siła nie da mi rady.
Tak i Ty wychodząc z domu,
cicho na palcach, bo dasz radę,
napisz liścik i zostaw na stole - 
hej rodzinko - wyjeżdżam w Bieszczady...!
                                      *
Wejdę na Wetlińską, to jedyny szlak i obcowanie z innymi, aby spojrzeć na Chatkę Puchatka, która zmienić ma swoje oblicze, ale czy jej duch pozostanie ten sam? Oto jest pytanie...?! Czas czynić przygotowania, kupić nowe buty, rozchodzić je i być gotowym na wszystkie wyzwania, kiedy przyjdzie czas!
Pozdrawiam.
                                                 P   a   p   k   i   n


  

niedziela, 8 marca 2020

                    Sobota - późne popołudnie...

Wczorajszego wieczoru bardzo wcześnie położyłem się do łóżka. Była sobota i mogłem troszkę dłużej posiedzieć, ale źle się czułem walcząc z katarem i złym samopoczuciem. Mimo wszystko, to wczorajsze popołudnie było jakieś inne od poprzednich. Wolałem zaszyć się pod kołdrą z uwagi na to, że marzłem w nogi, choć w pokoju było w miarę ciepło. Światło lampy denerwowało mój wzrok i czułem się ślepy jak kret...Leżałem gapiąc się bezmyślnie  w ekran telewizora, jednak co chwila zerkałem bezmyślnie w okno. Ciężkie chmury przybierały ciemnego koloru i osiadały na dachu sąsiedniego domu. Były ciężkie jak ołów, z których po chwili zaczęły padać ogromne krople deszczu. W pokoju było w miarę ciepło i sucho - byłem naprawdę sam - przysypiałem...Coś mi się bajdurzyło widząc siebie w jakimś lustrze. Tak - pamiętam coś takiego, taki rysunek i moja (chyba) podobizna odbijająca się w zwierciadle. Nieprawdopodobne, jak "zjawy" z przed lat potrafią się teraz uwiarygodnić....?
To "coś" tak się do mnie przyczepiło potężnym duchem z lampy Aladyna?  - ściema do kwadratu, która z daleka wydawała się być tylko jawą. Przełknąłem głęboko ślinę i w tym momencie wróciła moja świadomość - otworzyłem oczy. Telewizor świecił swoim niebieskim ekranem, a światło lampy nadal oświetlało pokój - nic się nie zmieniło, tyle, że ściemniało za oknem. Nadal leżałem w swoim łóżku...Był sobotni wieczór, czyli dzień wolny jak każdy inny, a mnie się tłukły po głowie myśli rozsypane, ten durny sen w półśnie i...katar. A niech to...chyba będę miał problem z porządnym zaśnięciem. Czy w ogóle po tej drzemce uda mi się dobrze zasnąć? Oto jest pytanie..!
PS.
Jakoś zasnąłem, choć późno. Nie mniej budziłem się w nocy dwukrotnie, aby obudzić się na dobre już o 5:20. 
Najlepszego życzę.

                                                        P   a   p   k   i   n 

piątek, 6 marca 2020

                  Obsesja, histeria, czy co...(?)

Rozumiem - cały świat żyje jednym wyjątkowym wydarzeniem, jakim jest koronawirus. Do naszego kraju też ta zaraza już dotarła i śmiem twierdzić, że jegomość, który przywiózł ją z Niemiec, przebywał tam bawiąc się w Karnawale, jakby tu w Polsce nie mógł... Ale prędzej, czy później i tak ta gangrena dotarła by do Polski, niezależnie od okoliczności...Nie mniej - nakręcanie tematu, mówienie przy każdej okazji, a także bez uzasadnionej okazji, jątrzenie tematu, jest z lekka mówiąc - przesadą! Nie można włączyć radia, telewizji, bo z upartością maniaka cały czas mowa tylko o tym i...milion wypowiadających się (pseudo) ekspertów, a każdy plecie trzy po trzy po swojemu. Obsesja, to mało powiedziane, to czysta histeria, która opanowała co światłych "ekspertów," a którzy słowo w słowo się powtarzają, nic nowego do sprawy nie wnosząc, nakręcają obłudną atmosferę. To się robi już niesmaczne, a nawet rzygam już  tym bezmyślnie interpretowanym tematem. Uważam, że nie da się powiedzieć już więcej, co powiedziane zostało do tej pory. To jakiś obłęd!!!

I tym z optymistycznym nastrojem udaję się na rozpoczynający się weekend, do czego również namawiam, życząc spokoju i optymizmu. Pozdrawiam.

                                         P   a   p   k   i   n

wtorek, 3 marca 2020

Z kart zapisków rozsypanych...Kilka przemyśleń realnych, nie tylko na jawie...

Gdyby jakiś Anioł stał nocami przy moim łóżku strzegąc moich snów, by nie przecisnęły się poza granicę bezpieczeństwa i...ramy przyjemności...Albo gdyby przysiadł na drzewie, tym zasadzonym lat temu wiele, a które zaglądało w okno kuchni, wysyłał by na moją twarz tyle złocistych promieni, ile pomieścił by w swoich przejrzystych dłoniach. A gdyby taki Anioł zbłądził przypadkiem do mojej kuchni, tej obecnej - ukryłby się w zapachu zaparzonej kawy, która budzi mnie każdego poranka, która koi każdą niepotrzebną myśl...Albo, gdyby taki Anioł zechciał pozostać, trzymając mnie za rękę nie pozwolił by zbłądzić...? Bo może taki Anioł spadnie kiedyś z Nieba wprost do moich rąk i skryje się w ludzkim ciele...? Byłby wtedy najbardziej materialnym Aniołem na świecie i byłby tylko mój...Który nie zechciałby wracać do Nieba beze mnie, a jeśli już, nie zatrzasnął by mi Bram Niebieskich tuż przed moim nosem...(?)  Podobno Niebo jest tam, gdzie są Anioły. Czasem spadają i lądują tuż obok nas. A więc Niebo jest tuż obok, tylko nie wiem jeszcze, jak je odkryć i w których snach je schować. Ale zapewne dowiem się , gdy On przyjdzie - mój Anioł...

                                                            P   a   p   k   i   n