Szukaj na tym blogu

czwartek, 30 marca 2017


                     Co po mnie zostanie...? (6)

Kończąc ten cykl, oddaję się w "niewolę losu." Mam już tyle lat, że chyba nic w moim życiu nie ulegnie zmianie, ani na dobre, ani na złe... To co pozostanie, to jedynie sen, ten wieczny, z którego nikt nie zdoła mnie wybudzić prócz Stwórcy. I na nic wszelkie rozpacze - bo któż płakał będzie po mnie? A słowa są tylko słowami - nic więcej. Papier przyjmie wszystko, nawet to zło, które pleni się w każdym zakamarku mojego i każdego życia. Bo niczym się nie różnimy - może charakterem, który ma się nijak do zdarzeń, o które się ocieramy. A więc słowo i papier - bibuła, która kiedyś ulegnie przemianie, stanie się archiwum albo papką, z której powstanie być może kolejna pusta kartka, na której znów ktoś zapisze jakieś słowa... Co więc pozostanie..? Pytanie skierowane do kogo? Może tylko do samego siebie, gdyż trudno doszukać się odpowiedzi. A może to i dobrze, bo czasem lepiej nie wiedzieć...? Chciałbym napisać zdanie, frazę lub wiersz, który zostanie zapamiętany, a który grabarz mógłby wyryć na moim grobie jako epitafium - może coś takiego? 
              "Testament mój - 
              żyłem z Wami, kochałem i cierpiałem z Wami. 
              Teraz żyjcie, kochajcie, cierpcie sobie sami..." 

Albo napisać wiersz, który byłby kamieniem filozoficznym lub tylko zdanie, które zdałoby zwykłą ludzką słabość przemienić w miłość i aby ten ktoś miałby inne wejrzenie na mnie. Tak połączyć graficzne znaki, aby objawiły nareszcie sens mojego święta, by chaos został spleciony w nitki znaczenia, a bezpieczeństwo podało wolności rękę... Co po mnie zostanie...? Pewnie tylko słowa, bo cóż mogłoby więcej? "Jeśli zasłużyłem na Twoją pamięć - to pamiętaj o mnie, jeśli nie - nie odwiedzaj mnie więcej..."

           Nad moją biedną głową krążą czarne wrony
           i czekają na chwilę, kiedy padnę,
           by rzucić się w dół i wyszarpać moje wnętrzności.
           Z ostrymi dziobami i przekrwionymi oczami
           czekają na sposobność rzucenia się na mnie....
           Teraz szybują nad moją głową wiedząc,
           że mnie dopadną - może już za chwilę,
           bo ja bez sił leżę i bez czucia.
           A one sił nie tracą, szybują na wietrze
           ze skrzydłami bez ruchu -
           czekają aż zdechnę....
                              (18 maja 2016)

  

środa, 29 marca 2017

               D y n a s t i a  P a p k i n a...(5)

Papkin "podupadł na zdrowiu." Zalecany spokój. bez nerwów i stresu. Ma żyć wolniej i...zdrowiej. 😅  Ciekawe zagadnienie, bo jak można żyć spokojniej? Jak można się nie denerwować, unikać stresów i spowolnić życie? No tak - spowolnić rzeczywiście można, bo Papcio wie, że jak coś postanowi, to wykona. Gorzej jest z tym spokojem. Jeśli ma się pod ręką "upierdliwość," trudno więc o spokój i uniknięcie stresu - jest to wręcz niemożliwe, przynajmniej w sytuacji Papkina... Zawsze jakaś zadra wbije się gdzieś w miejsce dla niego nie chciane. Czy w ogóle jest jakieś lekarstwo na zwalczanie "upierdliwości"? Papkin tego nie wie, ale wie, że często "upierdliwość" czyni to celowo, aby go zdenerwować, by mu dokopać... Nie potrafi Papkin być obojętnym i nie zwracać uwagi, nie wie, jak zachować się w takich sytuacjach. I tu zapewne ponosi największą klęskę. Jest wiele pytań na które nie znajduje odpowiedzi, ale zauważył też, że jest nie wygodny dla "upierdliwości," która chciała by, aby ten zniknął - najlepiej, aby zdechł! 😂  Cóż...Na Papkina  też kiedyś czas przyjdzie... On jest świadomy, że zdechnie w samotności i nikt mu szklanki wody nie poda, ale na dobry sposób, każdy umiera w samotności, nawet wtedy, gdy wokół niego stoją tłumy. Jest to indywidualna sytuacja i dotyczy wyłącznie umierającego. Więc nie ma co rwać włosów na głowie i martwić się przedwcześnie, czy będzie się samemu, czy w gronie (nie) przyjaciół... Papkin jest realistą, a w niektórych tylko przypadkach konserwatystą, choć w gruncie rzeczy nie cierpi konserwatyzmu, bo tu gdzie teraz jest, tacy są ludzie. Papkin jest przyjacielski, posiada mnóstwo zapału i werwy, ma serce 🙌  gorące uczuciem. Ci, którzy tego nie chcą, nigdy się nie przekonają, ponieważ ich złośliwość zsyła im na oczy bielmo. Jest to także różnica pokoleniowa, która jest przepaścią w obecnej dobie. To pokolenie ludzi bez mózgu, zadufanych w sobie, bez inicjatyw i autorytetów, złośliwych, gardzących wszystkim co nie z ich epoki. Nie mają szacunku nie tylko dla innych, ale nawet do siebie samych. Papkin jest tego świadomy i często trudno mu odnaleźć się w tej rzeczywistości.... I można byłoby robić taką wyliczankę w nieskończoność - tylko po co? Czasem okazało by się, że jest to woda na młyńskim kole, a Papkin tego nie chce. On nie maluje trawy na inny kolor, jak to robili producenci filmy "Faraon" w roku 1965. Chcieli upodobnić pejzaż egipskiego państwa wypalonego słońcem, Papkin nie ma zamiaru zmieniać niczego, a tym bardziej samego siebie. Nie potrafi "przemalować" się z łagodnego kocurka na potwora i odwrotnie. Nigdy coś takiego do głowy mu nie przyszło... Posiada mały, zielony listek klonu (umowny) na czole, wskazujący jego pierwsze kroki  w zmianach, jakie postawił sobie jako cel. Drugi podobny znaczek ma na...półdupku, ale to jest listek figowy i oznacza to, co oznacza..(?) Papkin nie jest dla nikogo, nawet dla siebie - jest prywatną prywatnością prywatności. "Obcy" mają wstęp wzbroniony, a zwłaszcza "upierdliwcy," złośliwcy i mściwi osobnicy. 
Dla takich Papkin jest szlabanem... 🙅  Papcio uwielbia poezje, dlatego zawsze słuchał Grechuty. Sam też pisze, ale kicze - dla siebie i tych, którzy w ogóle chcą go czytać. No - może jeszcze dla swojej wnuczki. Jeśli ktoś chce go czytać, autor będzie rad... Papkin ma jednak nadzieję, że jego wnuczka go oceni kiedyś w sposób pozytywny. I ma nadzieję, że tak właśnie będzie.

Ja tak niewiele potrzebuję - 
                                                    tylko, żeby mnie ktoś wysłuchał
                                                    i przytulił w miarę możliwości...
                                                           Żeby potrzymał za rękę
                                                      i powiedział: "jestem z Tobą,"
                                                   żeby wskazał mi właściwą drogę
                                                         i odpowiedział na pytania,
                                                 na które sam nie znam odpowiedzi.
                                                              Żeby wytłumaczył,
                                                              uśmiechem zaraził,
                                                             zganił, kiedy trzeba,
                                                           zatęsknił przez chwilę
                                                    i był...choćby przez moment
                                                                          ze mną...
                                                                                                     P  a  p  k  i  n


poniedziałek, 27 marca 2017


                        U  r  w  i  s  k  o...

Usiadłem pośrodku rozległej równiny, a wokół wielka pustka i morze zeschłej trawy. Żadnego drzewa, krzaka w cieniu którego można byłoby znaleźć odrobinę cienia. Morze falujących na wietrze traw, pozbawionych życia. Po horyzont nie doorzesz niczego tylko jego zarys stykający się z niebem. Co za okropne miejsce - ani żywej duszy, nawet ptaków nie widać, do których można byłoby choć "przemówić...?" Wstałem - rozglądając się wykonałem obrót wokół własnej osi. Jak marynarz na okręcie lub latarnia morska na bezludziu. Nic tylko jedna wielka pustka. Ruszyłem przed siebie z nadzieją, że przejdę ten pusty szlak bezdroża w poszukiwaniu bratniej duszy. Idąc mijałem krok po kroku kępy zeschłych traw spalonych słońcem... Ile potrzebuję czasu na pokonanie tego pustkowia i jak tu się znalazłem - przecież nie pamiętam, abym w ogóle z domu wychodził... Ale czy warto wspominać czas, który na tym pustkowiu praktycznie nie ma znaczenia? Biegnę... chwytam powietrze w płuca i coraz mi ciężej. Męczy mnie ten bieg i nie rozumiem dokąd tak się śpieszę?  Znowu biegnę, a świat wokół mnie ten sam - żadnej zmiany na lepsze. Usiadłem zmęczony wodząc oczyma wokół obserwując horyzont... Jest - nareszcie jest jakiś ptak fruwający w oddali  na niebie. Muszę się śpieszyć, aby nie stracić go z oczu. Albatros - krzykliwa mewa, a więc jestem, tylko gdzie...? Znowu puściłem się biegiem, aż w pewnym momencie z trudem zatrzymałem się nad urwiskiem, gdzie w dole kipiało morze, a fale rozbijały się o skalisty brzeg....
Gdzie jestem i dlaczego akurat tutaj....?  Zerwałem się otwierając szeroko ze strachu oczy...Tak! - to był tylko sen. Nie rozumiem tylko skąd taki sny się biorą, jaka jest ich przyczyna? Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie - wskazówki pokazywały godzinę 3:50. Przeleżałem nieruchomo godzinę, po czym wstałem - nie było sensu męczyć się dalej... Jaki będzie ten dzisiejszy dzień....?

                                                                              P  a  p  k  i  n


piątek, 24 marca 2017

               D y n a s t i a  P a p k i n a...(4)

Wspomniane zostało, że Papkin jest niewątpliwie osobą kontrowersyjną. Gdyby prześledzić dokładnie całość, a więc jego życie w sposób roztropny i obiektywny, okaże się, że owszem - jest to niewątpliwe, ale rodzi się pytanie: "z czego bierze się taki stan?"  Być może okaże się, że jest to stwierdzenie na wyrost. Owszem - czasem, ale tylko czasem Papkin nie "potrafi" poukładać swojej rzeczywistości. To jest jednak najmniejszy problem - to sprawa indywidualna nie tylko Papkina, ale na pewno każdego z osobna. Bo cóż to jest kontrowersja w wydaniu Papcia?  Jest niczym na tle jego osobowości i wolności przede wszystkim... Czterech Budrysów oraz jednej "pszczółki" czyli piątka z ulicy Lenartowicza, zawsze różniła się od innych mieszkańców "Serwówki." Byli w zdecydowanej mniejszości, ale przeważali wszystkich i we wszystkim. Byli drugą kategorią rodziny i z niewiadomych powodów traktowano ich z góry. Temu, któremu udało się "wyłamać" z pod rodzinnych pieleszy - był właśnie Papkin. To sprawiło, że traktowany był jako odmieniec. Zarzucano mu niemal wszystko, łącznie z kłapciatymi uszami. Jeśli dziś ktokolwiek pokusił by się na taką opinię, będzie durniem. Spójrzcie na Papkina - czy On


ma wystające uszy...? Był wszystkim: kominiarzem, pilotem samolotu, kierowcą czyli szoferem, kowbojem, a już na pewno "księdzem." Historia jego utożsamiania się na duchownego będzie miała kiedyś fatalne skutki, a to dzięki jego braciszkowi, który podał mu ocet, a "ksiądz" padł jak strzałą trafiony. To zdarzenie dokładnie opisane zostało w "Historii Rodziny..." Kim był wtedy Papkin? Na pewno marzycielem, Obmyślał plany, jak upowszechnić, albo jak opisać  historię rodziny, jej dzieje i wszystko co wiąże się z tym zagadnieniem. Myślał więc i zajmował się notatkami, wywiadami i rozmowami... Baraszkował z innymi skacząc po sianie w stodole gospodarza. Spał w ogrodowej altanie lub po prostu na sianie. Był Indianinem, a to oznacza człowieka drugiej kategorii... Miał w nosie to co mówili o nim inni. Wiedział, że w tamtej rzeczywistości przewyższał umysły nawet starszych od siebie (tak mu się wydawało). Wykształcenie jego zdolności umysłowych budziły często niepokój dorosłych, zwłaszcza jego chrzestnego (to osobny temat), który jakby "rywalizował" z Papkinem. Po latach Papcio powie, że ta "rywalizacja" wyglądała tak samo jak.. "powiększenie penisa." Może to śmieszne, ale prawdziwe... Jest czymś niezrozumiałym w tym zagadnieniu, ponieważ być może (Papkin tego nie wie) - są możliwości "naciągnięcia" sobie tego narzędzia pracy, ale jak i czy skutecznie..? Jak można poprawić naturę w tym konkretnym przypadku? Dać go na wyciąg na oddziale ortopedycznym..." I tym sposobem, chcąc nie chcąc - Papkin dotknął sfery erotycznej. Mała "pszczółka" będąca w rodzinie Papkina małą kropką, w obejściu "Serwówki" była "żołnierzem" armii dziewczyn rodziny Błażejów. Armia ta liczyła bowiem 12 córek i tylko jednego chłopaka. W sumie wszystkich dziewczyn na "Serwówce" było siedemnaścioro. Budrysi stanowili mniejszościową przeciwwagę tego babskiego gremium - było ich zaledwie dziesięcioro. To nie znaczy, że byli "słabsi." Papkin nie przypomina sobie, aby obie grupy wchodziły sobie w drogę. Każda grupa miała swoje zajęcia, choć były również wspólne... Pokolenie Papkina jest pokoleniem powojennym, żywo związane z tradycją i patriotyzmem, które to cechy nadawali nam nasi rodzice i starsi... Papkin zawsze chodził własnymi drogami i tak jest do dzisiaj. Wyodrębnił się od pozostałej grupy Budrysów, chyląc czoła przed tymi, których już nie ma w jego gronie. A szkoda, bo były to naprawdę wspaniałe czasy dziecięco-młodzieżowej beztroski....
     

czwartek, 23 marca 2017

                        Co po mnie zostanie...(5)


Co zostanie po mnie...? Zapach kwiatów, pejzaże, góry, które kochałem, wszystkie zakamarki, które odwiedzałem, łany słoneczników opromienione słońcem... Zostanie wiosna i maj kwitnący bzami...i gorące lato. I jesień też zostanie, kiedy kwiaty zetnie pierwszy mróz - wspomnienie pozostanie leśnej ścieżki, którą przemierzałem - wspomnienie tego co przeminęło... I znowu zamknie się cykl zamykający koło czasu. Zima pachnąca śniegiem zasypie ślad i długo spał będę pod białym puchem. A wiosną znów ożyję. Powróci pamięć choć może tylko w cząstkach, a to już coś...(?) Co po mnie zostanie...? Na pewno jakiś ślad, który w upływie czasu gdzieś się zawieruszył w zakamarkach...


środa, 22 marca 2017

        Jeżeli marnowanie czasu daje Ci radość, to nie jest to czas zmarnowany

Ten na przekór pogodzie rozkwitającej wiosny, można byłoby w głowie rozpocząć powyższymi słowami. To prawda - wykorzystywanie czasu jak i jego marnowanie, zależy od punktu widzenia i naszego na nie spojrzenia. Mogą się dziać rzeczy "wielkie," przełomowymi określane lub przeciwnie - przyziemne zwane zwyczajnością, a czas płynie i płyną będzie mimo zabiegów (nie) zmiennym tempem. Czym więc jest marnowanie czasu, a czym jego należyte wykorzystywanie (po) mijając to co musimy?  Pozostaje nam to co możemy i to co chcemy, lecz gdzieś tam na końcu i niekoniecznie już na końcu naszej drogi wszystko sprowadza się do radości, szczęścia, satysfakcji płynącej z życia. Czym i jakie nasze życie byłoby, gdyby sprowadzało się tylko do nad wyraz racjonalnego wykorzystywania czasu w szaleńczym pędzie w przez mijające z prędkością światła dnia wyciągając ręce po więcej i więcej, a nie mając czasu nawet na to, aby dokładnie przyjrzeć się temu co zdobyliśmy... Ze sobą nic nie zabierzemy, a naszym największym skarbem będzie to, czego doświadczyliśmy, poczuliśmy, odkryliśmy i poznaliśmy. Marnujemy więc czas tak, abyśmy nie marnowali życia na to, co w końcowym rozrachunku okaże się bezwartościowe...
A ja mam dziś dobry dzień. Z godziny na godzinę wypogodziło się i lżej się na duszy zrobiło. Ale według synoptyków, wieczorem ma padać, dla mnie jednak nie ma to znaczenia. Miałem kilka spraw do załatwienia - wszystko pomyślnie się ułożyło.  Tak więc czasu nie zmarnowałem, a gdyby nawet, to z pożytkiem dla samego siebie. Tak, czy owak mam powód do zadowolenia. Milusiego życzę...

                                                                             P a p k i n

wtorek, 21 marca 2017


                D y n a s t i a   P a p k i n a (3)

Już gdzieś pisałem, że Papkin jest osobą kontrowersyjną. Pewne wątpliwości budzi jego data urodzenia. Niby nic, a jednak...! W toku przeprowadzonego "śledztwa," kiedy do jego świadomości dotarło, że data jego urodzenia różni się od daty oficjalnie podawanej w dokumencie aktu urodzenia.
Według tegoż aktu, Papkin urodził się w dniu 1 czerwca. 
I właśnie ta data "prześladuje" Papkina przez całe życie. Gdy tymczasem (coś o tym wspominała jego rodzicielka) - 
ów Papkin urodził się w dniu 31 maja o godzinie 22:15. Nigdy jednak, ani On sam, ani nikt inny, w tym sama jego Mama w sprawie powyższej nie zabierali głosu. Trudno powiedzieć, jaka jest tego przyczyna, że w taki dziwaczny sposób zniekształcono datę jego urodzenia. Niby nie ma sprawy, bo to nie istotne. Ta różnica pomiędzy obiema datami wynosi zaledwie jedną godzinę i czterdzieści pięć minut. Więc niby nic, a jednak zapis oficjalny odmładza Papkina o 24 godziny. No to jak jest z tym urodzeniem...?
Co ciekawe, nikt już niczego w tej sprawie nie dopowie, nie zaprzeczy, nie zakwestionuje - zresztą po co? Cała wiedza i tajemnica została zabrana do grobu. A ile takich podobnych historyjek przepadło na zawsze ponieważ nikt wcześniej dokładnie o nie nie zapytał?  Sam jestem sobie winien, bo należało temat drążyć do skutku. A moja Mama jak widać, zawsze była jakby "zamknięta" na takie sprawy.
Miłego dnia...
                                               P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 20 marca 2017

                     Wspomnienie...lata.

Dzisiaj rozpoczęła się kalendarzowa wiosna, do lata jeszcze sporo czasu, wiec małe wspomnienie z ubiegłego roku z obozu w Tynwałdzie koło Iławy. Pogoda była w kratkę więc różnie bywało pod namiotami. Brat mój siedział nad krzyżówkami albo czytał książki, ja jako "niespokojny duch" nudziłem się i...psioczyłem. Tym sposobem powstało kilka kiczów i luźnych zdań, które przedstawię....
Krowa....

 Kocham krowy - ładny widok, bo taki swojski. Na tym zadupiu widok takiej "osóbki" naprawdę cieszy... Krowa ma cztery nogi i zad z ogonkiem, łeb z rogami i gębę słodką - wymarzony pocałunek (?)...I te wymiona - ach, jakie podniecające i nabrzmiałe od mleka... Krowa - uwielbiam jej widok! Tak to zapisałem w swoim notatniku (pisownia oryginalna) - dziś powtórzę, bo warto.... Bo tu na pustkowiu, czyli w "buszu" widok takiego stadka naprawdę raduje. Jest z kim "obcować" i wie się, że ktoś tu jeszcze jest, a co ważne, one przebywają na pastwisku przez całe lato - w dzień i w nocy, nikt ich do stajni nie zagania. Poczciwe i przyjazne zwierzę. Dzisiejszego ranka byłem przywitać się z krowami - własnością pana Jana... Wszystko byłoby dobrze, nawet z powodu tego deszczu, ale tak jestem pogryziony, że na nogach same rany - jeden bąbel. Czekam na powrót do domu - dosyć mrówek i os. I w takim stanie pożegnałem obóz "Edwardowo" pod Iławą nad Jeziorakiem. Pozostaną wspomnienia i swędzące nogi. A może będą to dobre wspomnienia..?



                                                       Poszedł Papkin na jeżyny,
                                                       sprawa to nie nowa,
                                                       patrzy Stasio,
                                                       a w jeżynach stoi sobie krowa.
                                                                                   Ciągnie Papkin krowę,
                                                                                   a nawet popycha,
                                                                                   krowa ryczy, Stasio krzyczy - 
                                                                                   nic zrobić nie mogę!
                                                      Więc obmyślił sobie Stasio
                                                      nie szczędząc szturchańcom - 
                                                      stój krasulo, porycz sobie
                                                      głupowata franco...!

                                                                            *
Gdzieś na końcu świata, w mazurskiej krainie,
w dalekim Tynwałdzie, czas powoli płynie.
                                                           Niebo zachmurzone, kroplą deszczu płacze,
                                                           cywilizacjo moja, czy cię znów zobaczę..?
Tyle dni zostało do końca wakacji,
nuda - nie ma co robić - wracać do cywilizacji?
                                                           Bojaźń wielka i trwoga przeszywa me ciało,
                                                           obozowa sielanka, nie taka, jak chciało...
Noce puste, bezsenne, straszą ciemnościami,
"kocie" oczy widzę, przybrane zjawami...

                                                                             *
                                                         Przy drodze zbłąkanej,
                                                         gdzieś na końcu świata,
                                                         stoi drzewo uschnięte - 
                                                         przebój tego lata.
                                    To drzewo wisielców - 
                                    zaprzeczenie żywych,
                                    zabobonów i legend,
                                    ludzi bojaźliwych.
                                                        Strach tędy przechodzić
                                                        na drodze wyprawy,
                                                        gdzieś na końcu świata,
                                                        widok nieciekawy...
                                                       (Tynwałd / Makowo, 12 sierpnia 2016)

                                           P  a  p  k  i  n

Melanie C - First Day Of My Life

niedziela, 19 marca 2017

                                               Na taką wiosnę jeszcze poczekamy, ale już za chwilę....?

               W poszukiwaniu wiosny...

Do takiej wiosny jak na zdjęciu jeszcze nam przyjdzie poczekać, ale nie ulega wątpliwości...Nawet, gdyby jeszcze śniegiem drogi nam zawiało, wiosny nie da się zatrzymać. Ona już jest i wyraża swoje oblicze listkami na krzewach, 


i pąkami na drzewach, które lada chwila zaczną się rozwijać. Pokazują się pierwsze kwiatki - niewinnie, jakby jeszcze


nie chciały wyjść na ten zimny jeszcze i deszczowy świat. Ale to są oznaki niepodzielnego królowania wiosny, którą powitamy już jutro o godzinie 11:29. Topimy marzannę żegnając zimę. I tak przetrwaliśmy ten zimowy czas. Cieszmy się, bo budzi się nowe życie. Miłego dnia...
                                                                      P  a  p  k  i  n

Antonio Vivaldi - Cztery Pory Roku - Wiosna / The Four Seasons - Spring

sobota, 18 marca 2017

           D y n a s t i a  P a p k i n a (2)

"...Któregoś dnia wyjdę z domu i ślad po mnie zaginie..." Słowa, które w pewnym okresie swojego życia dosyć często wypowiadałem. Dziś tego nie czynię, choć często zastanawiam się nad tymi słowami. Gdybym w chwili obecnej zdecydował się na taki desperacki krok, byłbym chyba jednym z niewielu bezdomnych, którzy mają swoje pieniądze na koncie, aby je móc pobrać w każdej chwili w dowolnym miejscu. Dzisiaj patrzę troszkę inaczej na podobne słowa - patrzę, bo próbuję odnaleźć sens takiego kroku - kroku desperackiego, spowodowanego może nie swoją nieudolnością, ale przede wszystkim w jakimś stopniu zmuszeniem do takiej decyzji. Nie wiem, czym kierują się ludzie podejmujący taką decyzję - wyrzeczeniem się ciepła domowego, albo co gorsze -  sytuacją, która zmusza do podjęcia tego kroku... Dlatego w wielu przypadkach patrzę na swoich rozmówców nieobecnym wzrokiem. Staram się przy tym mówić powoli, starannie dobierając słowa. Temat bowiem jest w wielu przypadkach drażniący. Był czas, kiedy mnie również takie myśli głowę zaplatały, ale było to tak dawno, ze nawet już nie pamiętam szczegółów, a w tych czasach słowo "bezdomny" było wszystkim nam obce... Czy mam być mało wyrozumiały dla takich ludzi, pusty, niewrażliwy , cyniczny, a nawet złośliwy? Gdybym był bogaty w zasoby materialne na tyle, abym mógł pomóc każdemu, ale tego nie da się zrealizować... Wielu znam z widzenia, bo widuję ich niemal każdego dnia, inni skądś przybywają nie wiadomo skąd. Wiem jedno - może nawet dużo nie brakowało, abym był jednym z nich. Wiem, to może wydawać się śmieszne, ale śmieszne nie jest... Tą samotność, o której tyle się mówi i o której sam piszę często, postrzegam nieco inaczej. Oni mogą czuć się samotni, opuszczeni poprzez decyzję, którą podjęli, którą przemyśleli. Moja samotność w tym wielkim świecie zawsze mi towarzyszyła, od najmłodszych lat. Pisałem o tym obszernie i czasem wracam do tamtych lat.... Samotność na szlaku - właśnie w takim "towarzystwie" czuję się doskonale. W lesie w namiocie, kiedy w nocy słyszę, że coś przechodzi obok mnie. I choć to wyjątkowe okazje, to jednak wtedy czuję się tu kimś. Ale czasem wpadam w ten depresyjny dołek - tak jak każda inna osoba. I chociaż nie mam większych wymagań od życia, choć od siebie na pewno, to czasem wystarcza dobra muzyka, choćby Bach, albo Vivaldi. lub też wsłuchanie się w "odgłos" łąki, szumu lasu lub śpiewu ptaków, tak jak teraz - na wiosnę. Dlatego uciekam za miasto - Kiedy wychodzę z takiego dołka, staram się szybko nadrobić utracony czas. Budzę się w nocy i zapisuję słowa, które cisną się do głowy. Notuję ulotną myśl, która za chwilę może okazać się pomocną.... A co do głównego wątku dzisiejszego dnia..? Ciekawi mnie, co myślą ludzie bezdomni, bo co czują na pewno wiem, choć nie do końca, ale staram się ich zrozumieć. Może kiedyś im także zaświeci jasne słonko i odnajdą swój życiowy sens...?

                                                             Od zawsze byłem inny,
                                             od zawsze wybierałem samotną drogę - 
                                                             swoją własna drogę...
                                                   Nie chciałem nikogo na nią brać,
                                                 nie chciałem nikomu przeszkadzać,
                                                         chciałem być dla innych - 
                                                              dla moich bliskich,
                                                        ale tak, by tego nie widzieli - 
                                                               bym był jak wiatr...
                                                            Tak, jak on żeglarzom
                                                       tak, bym mógł im pomagać
                                                                  nie ukazując się.
                                                    By wyczuwali moją obecność,
                                                    by uznali to za codzienność...
                                                                Ale Oni nie chcieli
                                                 pogrążając mnie w "ciemnościach"
                                                        arogancji i despoty swojej.
                                                            Musiałem wiec odejść,
                                                                by pozostać sam...

                                                                    P  a  p  k  i  n  
                

piątek, 17 marca 2017


Upływ czasu, czyli 

                         "szpiedzy i dywersanci..."

Pamiętam rozmowę podczas której moja Mama opowiadała, jak to nasze mieszkanie na "Serwówce" było powodem zainteresowania wielu ludzi, często tych najbliższych z rodziny zamieszkującej ten sam budynek. Powiem wprost - wszystkich intrygowało. Dlaczego..? Nie wiem, nikt z nas nie wiedział - mogliśmy się domyślać. Myślę jednak, że jedynym powodem była nasza Mama, jej przedsiębiorczość, zaradność, zdolność przewidywania i radzenia sobie w trudnych sprawach, słowem - wyższość w działaniu. W tych sprawach "biła na łopatki" wszystkich, co było powodem zazdrości, złośliwości i intryg. Odczuwaliśmy to na własnej skórze...Dziś historia się powtarza... Drzwi mojego pokoju, a raczej pokój za tymi drzwiami, jest celem "pielgrzymek" i durnego zainteresowania. Ale dlaczego..? Nigdy bym nie odważył się wejść do czyjegoś mieszkania, choćby do pokoju, otworzyć szafę w celu sprawdzenia, co takiego tam jest, czy też zaglądania w każdy kąt! A jednak odczuwam to na własnej skórze, taka powtórkę z przed lat, która w tej chwili dotyka moją osobę. Może nie watro "łamać" pióra i rozwodzić się nad szczegółami, które w gruncie rzeczy niewielką ujmę mi przynoszą, choć gdzieś we wnętrzu denerwują i osłabiają moje libido. Może nikt postronny nie zauważył by niczego zdrożnego takim postępowaniem, ja jednak dostrzegam pewne "zmiany" jakich próbuje się dokonać poprzez nierozważne, czasem tylko dyskretne rzucenie okiem w "otchłań" mojego pokoju. A może to ja jestem zbyt przewrażliwiony..? Takie zachowanie postrzegam jako zachowanie kogoś "tajemniczego" i...tchórzliwego. Bo kiedy zamknę drzwi pokoju, słyszę cichy "tupot" po drugiej stronie. Wtedy się śmieję i sam już nie wiem z czego (?) To chyba największa satysfakcja tego kogoś, kiedy "maluje" klamkę moich drzwi. Mnie jednak ciekawi całkiem inna rzecz: - co takiego można usłyszeć, dowiedzieć się z rozmowy telefonicznej, którą akurat prowadzę? Jak widać, ten "tajemniczy" adorator wybrał sobie jeden cel. A przecież wokół jest tyle innych klamek: od łazienki, od kuchni, innych pokoi... Dlaczego własnie celem jest moja klamka..? Jak bylem małym chłopcem, często bez powodu "wlepialiśmy" swoje nosy w czyjeś okno szukając w danym pomieszczeniu nie wiadomo czego. Przypominam te historyjki ze względu na to, że myśmy byli małymi dziećmi i tak naprawdę o nic nam nie chodziło. Obecnie podgląda mnie nawet mój wnuczek. Często widzę jego oko w otworze drzwi łazienkowych, na co zwróciła uwagę także jego Matka. Dzisiaj nikt mi w okna nie zagląda (za wysoko), ale te drzwi, to co innego. W większości dnia stoją otworem, bo nie posiadam żadnych skarbów, jedynie stos papieru wykorzystywanego do notatek, dokumenty i inne, które służą do Genealogii... Przypomina mi się film o "Dobrym Wojaku Szwejku," który miewał podobne "prześladowania." Ale to był ktoś, któremu nic, a nic nie przeszkadzało. Podobno trudno znaleźć w historii - tak twierdził zresztą Jarosław Haszek, autor książki o Szwejku - monarchię również skretyniałą jak Austria pod panowaniem Franciszka Józefa. Osobliwie tego skretynienia doświadczył na sobie sam Szwejk, zresztą uznany oficjalnie za matołka, padając ofiarą szpiegowania żandarmów z Putimia. W miejscowości tej odbyło się słynne alkoholowe przesłuchanie szeregowca Józefa Szwejka z 91 regimentu, domniemanego rosyjskiego szpiega... Co ma wspólnego owa historia ze Szwejkiem, choćby z dniem dzisiejszym? Otóż prawie nic! Nie sądzę, aby te "podglądy" były kurtuazyjne. Wszyscy, których tak bardzo intryguje to, co znajduje się w moim pokoju, mogą po prostu zapytać, a jeszcze lepiej - wejść, rozejrzeć się i stwierdzić, ze nic tu ciekawego. Gdy jednak zdobędę się na czyn desperacki, któregoś dnia opuszczę spodnie i pokażę tyłek. Myślę, że będzie to skuteczny sposób na ciekawskich. Ktoś kiedyś zasugerował mi założenie zamka. Może to dobry pomysł, ale nie realny. Nie mam zamiaru zamykać się na dziesięć spustów po to tylko, aby być samym sobą we własnym pokoju. A ja - czy chodzę do kogoś i wlepiam oczy w czyjeś mieszkanie...?
Miłego dnia życzę...
                                                                    P  a  p  k  i  n

czwartek, 16 marca 2017

                          D  y  n  a  s  t  i  a.... (?)

                         Nic bardziej mylnego...
Tak intensywnie kartkowałem swój notatnik, że w końcu wszystko mi się pokiełbasiło i tak na prawdę nie znalazłem nic, co byłoby godne odnotowania. Zwróciłem jednak uwagę na kiczowatość  "Dynastii," którą kiedyś pisałem, nie mając nic lepszego do roboty. Tak, czy owak, jak pierwotnie zanotowałem - "miała się nijak do tego, co wokół mnie się dzieje, a zajmuje się raczej tym, czym nie powinna..." A jednak to nie prawda. Wokół nas dzieją się sprawy, które pochłaniają nas do reszty i czasem trudno zdystansować się od nich. Co do Papkina, jak wcześniej informowałem, to skutek udzielania się w szkolnym teatrzyku. Najwyraźniej rola Papkina była aż tak doniosła, że przez to "coś" na całe życie nim zostałem...
                             "Diabeł nadał tryumf taki! 
                              Coraz głębiej lezę w biedę,
                              w moim jeńcu mam rywala -
                              przykro z bliska, gorzej z dala,
                              tamten zamknie, ten zastrzeli - 
                              a bodaj cię diabli wzięli..."
                             "W skrytym toku tego dzieła
                               tak postąpię, jak należy,
                               nie zważając na przymówkę - 
                               ale, Waciu, jak mnie kochasz,
                               dzisiaj jeszcze spal wiatrówkę."
                                                                                                ("Zemsta," akt II, scena 2)


środa, 15 marca 2017


                       Co po mnie zostanie...? (4)

Może tylko jakieś znamię, którego trzeba będzie szukać...? Jeśli mnie spopielą, będzie trudna sztuka, raczej nie do odgadnięcia - każdy o tym wie...! Jeśli mnie pochowają w trumnie, w zimnym grobie - pozostaną kości - czaszka i piszczele, otwarte usta z wystającym uzębieniem - może nawet nie pełnym...(?) Ale gdyby tak było, czemu się sprzeciwiam - nie liczę na łaskę tych, co mnie chować będą. Powiem wprost, jak mój Dziadek - to co będzie ze mną, kiedy już odejdę, nic mnie nie obchodzi. Mogą zrobić wszystko, wrzucić do....i tak nic już nie czuję. prócz "bólu" makówki.... 
Co po mnie zostanie, kiedy już odejdę...? Czy cieszyć się będę? Tak! Na pewno tak będzie..!
                                                                       P  a  p  k  i  n

wtorek, 14 marca 2017


                     Mała ciekawostka...

Jakiś czas temu przechadzając się alejkami starego cmentarza w Rzeszowie przy ulicy Targowej, wsłuchałem się w rozmowę dwojga starszych osób, które zastanawiały się, podziwiając przy tym obelisk ze śpiącym dzieckiem na poduszce, kogo kryje mogiła. Ten obecnie skromny grobek, na którym napisy dawno już się zatarły, a które można odczytać, "biorąc oko do garści." To wyjątkowy nagrobek na cmentarzu, choć wokół jest wiele podobnych...Osoby lubiące spacerować w tym miejscu z całą pewnością zwróciły uwagę na wzruszający dziecięcy nagrobek, znajdujący się przy końcu głównej alei. Mogiła ta skrywa trzy małe dziewczynki, córki znanych w Rzeszowie kamieniarzy i rzeźbiarzy - Franciszka i Leokadii Janików, właścicieli zakładu kamieniarskiego, który usytuowany był po drugiej stronie ulicy, gdzie znajduje się cmentarz. Dziewczynki w wieku od dwóch tygodni do dwóch lat zmarły na szkarlatynę w odstępie dwóch (2) lat. Z inskrypcji wypisanej kaligraficzną kursywą emanuje wielka miłość rodzicielska i ogromna rozpacz po stracie dzieci. Oto fragment: "Tu śpi mały Aniołek - Wandzia, moja miłość, śmierć mi Cię Skarbie Drogi na wieki uśpiła.."
            Halinka Janik ur. 13.07.1897 zm. 14.09.1899
            Wandzia Janik ur/zm. 22.05.1900
            Bronia Janik ur. 23.03.1901 zm. 27.05.1901

   
Przełom XIX i XX wieku był dla Janików wyjątkowo tragicznym okresem. W latach 1899-1901 zmarła trójka małych dzieci, a w roku 1902 ojciec rodziny - Franciszek. Miał zaledwie 42 lata. Wdowa po Franciszku - Leokadia Janik pozostała sama z kilkuletnim wówczas synem - Tadeuszem Norbertem. Z powodzeniem prowadziła rodzinny zakład kamieniarski aż do roku 1920, gdy przejął go dorosły już syn. 


Nawiasem mówiąc, Tadeusz Norbert Janik, to postać niezwykle barwna. Oprócz tego, ze prowadził znaną firmę kamieniarską, to również aktywnie działał w środowisku rzemieślniczym. Był znanym z wybitnych osiągnięć sportowych, został zakwalifikowany do olimpijskiej ekipy kolarskiej na igrzyska w Antwerpii w 1922 roku. Jednak z powodu wybuchu wojny polsko-bolszewickiej, start polskiej ekipy został odwołany. Współorganizował rzeszowski etap pierwszej edycji Tour de Pologne. Był żołnierzem dwóch wojen światowych, legionistą im. Piłsudskiego,a w czasie okupacji hitlerowskiej żołnierzem Armii Krajowej. W jego domu przy ulicy Targowej znajdował się konspiracyjny punkt kontaktowy, a w pomieszczeniach firmy ukrywany był przed Niemcami orzeł ze szczytu rzeszowskiego ratusza....


Bardzo lubię podobne cmentarze jak ten nasz. Tutaj czuje się ducha tego miejsca. Wczytując się w daty, przeskakujemy wiele lat wstecz do czasów, kiedy tych ludzi tu chowano, a także do czasów ich życia. Taki spacer cmentarnymi alejkami to swoista podróż w czasie. Wyjątkowe miejsce, gdzie można


cofnąć się nie tylko myślami wstecz, ale też zadumać się nad naszym życiem... A ja pamiętam pracowników tej firmy pracujących pod gołym niebem przy obróbce skalnych bloków z piaskowca i nie tylko. Dziś pozostał tylko dom, który ma nowego właściciela (zdjęcie powyżej). Cała reszta spoczywa na cmentarzach - dziewczynki na starym, Tadeusz Norbert z ojcem na cmentarzu Pobitno...

niedziela, 12 marca 2017

                    Tragedia  "Titanica..."

             (zdj. powyżej - pierwsza strona z "Genealogii Rodziny" nawiązująca do zdarzenia z przed 105 lat)
        (Kilka słów wyjętych z kontekstu "Historii Rodziny" - 
                           tom uzupełniający, strony 2-14)

Za miesiąc, 12 kwietnia br minie sto pięć (105) lat od tragedii na północnym Atlantyku, która wydarzyła się w odległości 600 kilometrów od wybrzeży Nowej Fundlandii. Ostatecznie mógłbym nawet nie wspomnieć o tym wydarzeniu, gdyby nie fakt, że z zatonięciem "Titanica" rodzina mojej Babci ma coś wspólnego. Od wielu już lat znane są fakty powiązania tej tragedii z rodziną, a bezpośrednio dotyczy ona jednego z członków rodziny - Nataniana s. Celestyna i Marii (nazwiska pozostają do wiadomości rodziny), zmarłego po zatonięciu "Titanica," nie jak wcześniej podałem na początku "Genezy Rodu," lecz 22 kwietnia 1912 roku. Natanian zmarł z powodu niewydolności krążenia (zawał serca) na wieść o śmierci sąsiada i przyjaciela płynącego "Titanikiem" do Nowego Jorku. Wcześniej, z powodu nie do końca sprawdzonych informacji i jej błędnej interpelacji mojej Babci zapisałem, że Natanian zginął na statku, co zostało zakwestionowane przeze mnie po dokładnym sprawdzeniu historii tamtego okresu. W tamtym bowiem czasie (lata 50-te i 60-te XX wieku), kiedy informacje na ten temat otrzymałem w rozmowach z Babcią, Ona sama nigdy nie użyła określenia nazwy statku mówiąc jedynie, że był to ogromny statek. Kojarząc daty doszedłem do wniosku, że chodziło właśnie o "Titanica." Natanian według wcześniejszych relacji, miał także udać się do Ameryki, lecz nie znana była data jego wyjazdu. Wcześniej wyemigrował do Anglii i zamieszkał w Southampton - w mieście, z którego "Titanic" rozpoczął tragiczny rejs... Na "Titanicu" było najprawdopodobniej kilku pasażerów polskiego pochodzenia. Wśród nich był ksiądz Józef Montwiłł z Suwalszczyzny, który utonął ze statkiem rezygnując z miejsca w szalupie ratunkowej. Do końca udzielał ostatniego namaszczenia pasażerom III klasy, którym nie udało się wydostać z niższych pokładów. Ks. Józef Montwiłł płynął do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał objąć parafię w Worcester w stanie Massachusetts. Na liście pasażerów "Titanica" jest kilka nazwisk polskiego pochodzenia: Ostrowska, Kozłowski, Pawłowicz - to pasażerowie najtańszej, trzeciej klasy, której cena wynosiła 8 funtów. W klasie pierwszej cena ta sięgała gigantycznej kwoty jak na owe czasy - 250 funtów. Jedyny pasażer polskiego pochodzenia, który uratował się z katastrofy był polak żydowskiego pochodzenia - Berek Trembecki. "Titanic" wypłynął z portu w Southampton w dniu 10 kwietnia 1912 roku w dziewiczy rejs do Nowego Jorku. Na jego pokładzie było 1324 pasażerów i 892 członków załogi, czyli mniej niż mógł zabrać - 2435 osób. U wybrzeży Nowej Fundlandii (Kanada) - 600 kilometrów od wybrzeży Ameryki, "Titanic" zderzył się z górą lodową i zatonął w przeciągu dwóch godzin przy rozgwieżdżonym niebie. Statek tonął dziobem w dół, po czym przełamał się na dwie części. Wrak statku leży na głębokości ponad trzech kilometrów. Rufa statku oddalona jest od części dziobowej w odległości około 800 metrów....

       

sobota, 11 marca 2017


                     Sobotnie zwiedzanie...

Z pogodą jest jak z małym dzieckiem - nigdy nie wiadomo, co wywinie... Pomimo zapowiedzi deszczu, a więc aury nie zbyt sprzyjającej wędrówkom - dzisiejsza sobota nie jest taka zła jakbyśmy się mogli spodziewać po zapowiedziach w telewizji przez złotowłosa panienkę-pogodynkę. A że trudno "psa" na uwięzi utrzymać - wybrałem się, tym razem na


obchód centrów handlowych i to nie po zakupy bo nie mam takiej potrzeby, lecz aby trochę pochodzić, w związku z dewizą, że od czasu do czasu należy wyjść z domu i być pośród ludzi, aby nie zdziczeć... I cóż można dostrzec w takich centrach? Uważam, że nic! Bo prócz tłumów gawiedzi (większość oglądających niż kupujących, do których ja też się zaliczam), która to gawiedź pląta się w koło bez określonego celu. Ale to taka forma rozrywki. Czasy się zmieniły więc ludziska przeniosły się do marketów, aby pochodzić, zrobić jakieś zakupy, czasem bez celu i na wyrost, bo tylko to im do szczęścia potrzebne, aby wydać pieniądze. Małe sklepy i sklepiki już nie istnieją, wszystkie padły jak cięte kwiaty. Przytulne kawiarenki, gdzie można było spędzić czas w iście swojskiej i kameralnej atmosferze, też odeszły do lamusa, za to są kluby "Gogo" i innej maści rozrywki ciała i...zmysłu. Taki to ten dzisiejszy świat. A ja - cóż... "Upiekłem" dwie pieczenie na jednym ogniu - pospacerowałem i załatwiłem z powodzeniem sprawy duchowe, co najbardziej mnie satysfakcjonuje. Jestem w dobrym humorze i z nadzieją patrzę w najbliższą przyszłość. Pogody ducha wszystkim życzę i miłego spędzenia weekendu. Pozdrawiam...


                                               P  a  p  k  i  n