Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 27 lutego 2017

                      Taka moja refleksja...

Pewnie znajdą się tacy, którzy chcieliby mnie nazwać "śmierdzącym leniem." Piszę tak, bo postanowiłem bardziej niż do tej pory aktywnie uczestniczyć w..."rozrywkach życia." Dzisiaj było tak pogodnie i ciepło, że wszystkie "głupoty" cisnęły się do mojej głowy. Ale czy ja jestem w stanie zmienić poglądy moich ewentualnych "opiniodawców"? Nie tak dawno odkryłem, że mój brak ochoty i siły na pewne rzeczy, nie bierze się z tego, że jestem "przemęczony" (no niby do cholery czym?), tylko z mojego czasowego rozleniwienia spowodowanego...zimą! (?) Może to mieć szersze podłoże...To tak, jak człowiek jest chory i musi leżeć w łóżku, a potem się okazuje, że ma jeszcze mniej sił niż przedtem - jak to kiedyś mawiała moja Mama - "łóżko wyciąga.."  Okazuje się, że zima ma te same tendencje... Dzisiaj życzę sobie wytrwania w dwóch postanowieniach na nadchodzący tydzień - wstawać o wschodzie słońca jeśli takowe zauważę w oknie i każdego dnia przejechać kilka kilometrów więcej niż do tej pory na swoim wehikule, gdzie oczy poniosą... 
Wszystkim życzę zdrowia....


                                               P  a  p  k  i  n

sobota, 25 lutego 2017


                Marzy Wam się wiosna....?

                                    Warto jest się śmiać,
                                    a nie warto smucić,
                                    taka to zasada,
                                    by do formy wrócić.
                                    Zostaw wszystkie troski,
                                    odrzuć je od siebie,
                                    śmiej się  wniebogłosy - 
                                    jesteś w siódmym niebie...!

Nareszcie pojawiło się słonko. Cztery dni z rzędu szaruga, deszcz ze śniegiem - przedwiośnie...! Dusza się raduje, kiedy zza brunatnych chmur wychodzi słonko na błękitnym niebie.
W ostatnim czasie dużo rozmawiam na ten temat. Tak po prawdzie, powoli trzeba czynić przygotowania do wypraw w plenerze. Wstępne założenia już są, należy je jeszcze zweryfikować - najlepiej przy porannej kawie, na którą zapraszam.

Wszystkim życzę pogodnego weekendu i dobrego poczucia humoru przy kawie i piosence.  Pozdrawiam.
                                                                            P  a  p  k  i  n

"Zakapiorskie Bieszczady" Przemyslaw Chmielewski - Andrzej Szal, tekst ...

piątek, 24 lutego 2017

Zetknąłem się z sytuacją, która dotykała mnie przed wielu laty i tak naprawdę ciągnie się po dziś dzień. Mój charakter ma to do siebie, że potrafi bardzo szybko wymanewrować wszelkie myśli dołka psychicznego, aby nie powiedzieć wręcz - myśli samobójczych. Wiem - ktoś powie zaraz, że upadłem na mózg i pletę trzy po trzy...Bardzo dobrze rozumiem osobę, która zainspirowała mnie do zmiany dzisiejszego tematu, ale cóż...Nie mniej problem jest zwłaszcza, gdy zostaje się sam z takim "żywiołem," bez pomocy ze strony najbliższych. Mnie jakoś "udało" się wyjść z tego dołka, z tej traumy, jaka dopadła mnie po śmierci żony. Ale obojętność, brak duchowego wsparcia ze strony własnie najbliższych, najbardziej daje się we znaki do dzisiaj. Ale życie toczy się dalej, obojętnie co nas po drodze spotyka - żyć trzeba dalej.

 Nie można się go bać, choć jest ono w wielu przypadkach okrutne. Myślenie o samobójstwie niczego nie rozwiąże, tak samo jak sam czyn. Co do mnie - takich myśli nigdy nie miałem, a nawet gdyby, to nie pozwoliła by mi moja religia, a co ważne - do takiego czynu trzeba mieć odwagę, a ja jestem tchórzem... I druga sprawa nie mająca wspólnego z powyższą choć nie tak do końca. Zaledwie kilka dni temu spotkałem się z sytuacją, która nie tylko mnie zbulwersowała, ale rozgniewała do tego stopnia, że w danej chwili bylem zdolny do pobicia...kobiety. Moja wnuczka w obecności całej klasy została ośmieszona przez nauczycielkę tylko dlatego, że czegoś tam nie umiała. Wnuczkę poprosiła do siebie stawiając ja pod tablicą, wymyślając jej, a klasa ryczała śmiechem. To co działo się już w domu wprost mnie przeraziło. Zastanawiam się, co to za koledzy z klasy, którzy potrafią parskać śmiechem nie zastanawiając się, że tym sposobem narażają swoją koleżankę na szwank? Kto w zasadzie ich wychowuje? Jakim prawem pedagog stosuje takie praktyki?  To takie dwa skrajne przypadki sytuacji, która w jakimś stopniu mogą doprowadzić do skrajnych zdarzeń. I takie pedagogiczne badziewie ma czelność powiedzieć, że jej nikt bać się nie musi, a już na pewno nie uczeń? Czy ta pani nie pomyślała, że powinna siebie kontrolować, czy nie wywołuje stresu u innych? I kto to robi - pedagog...? A teraz coś co obrazuje tego typu stany wywołane stresem, a nawet strachem...
Wiele osób sądzi, ze jestem bardzo wesoły, pewny siebie
i zadowolony z życia. Niektórzy znają mnie lepiej, lecz nikt
nie wie, ile smutków, obaw i tęsknot czai się we mnie.
                                                               Może są tacy, którzy podziwiają coś we mnie,
                                                               choć jedyne, co można by we mnie podziwiać,
                                                               to fakt, że wciąż jeszcze nie odebrałem sobie                                                                        życia i nawet to wynika tylko z tchórzostwa.
Czuję się jak głośny kolorowy pusty sześcian z papieru
na wystawie sklepu papierniczego,
który zwraca uwagę wszystkich ludzi,
a niektórzy patrzą nawet z zazdrością.
                                                               Lubię moje wnętrze - jest tak puste,
                                                               a mój płacz cichnie nie słyszany w dali,
                                                               gdyż w środku mojego życia jest luka głęboka
                                                               i od dawna już próbuję ja wypełnić wszystkim:
                                                               tańcem, muzyką, zgrywami, śmiechem i płaczem..
Czasami buduję z tego mosty,
które jednak znów szybko się walą,
bo to tylko iluzje.
A kiedy stoję na nich spokojnie nachodzi mnie strach
i czuję głęboko pode mną wir nicości,
co stale i wciąż wyrywa kawałek mej duszy,
a ja nie mogę wypełnić tej luki.
                                                                Każde słowo, które do mnie mówisz
                                                                jest mi pomocą, a pocałunkiem 
                                                                mogła byś mnie wybawić
                                                                nie na zawsze, ale na długo... 
                                                                             (Erwin Ringel)



                                                              Miłego dnia
                                                                  Papkin

    

czwartek, 23 lutego 2017


Zapewne znowu coś mnie "ugryzło," bo tym razem sięgam do swoich zakamuflowanych, kiczowatych strof. Wygrzebałem z zakamarków wierszyk, który w zasadzie aktualny jest każdego roku, o zwykłej porze - czy to moje urodziny, dzień ojca...(?) A podobnych znalazło by się więcej, gdyby zrobić większy remanent. Dziś będą dwa, ten wspomniany, datowany na 25 lipca 2014 roku. Ten drugi dedykowany zmarłej Ani Przybylskiej z dnia 8 października 2014 roku....
Dzień Ojca minął, 
wcześniej Dzień Urodzin,
nikt nie pamięta, 
nikogo nie obchodzi,
po co sobie głowę głupotą zaprzątać,
lepiej żyć swoim życiem,
o nim nie pamiętać.
I tak jest każdego roku, 
gdy dzień ten przychodzi,
a ja w Dniu Urodzin
jechałem do Łodzi - 
zawsze gdzieś wyruszam
poza dom - daleko,
albo siedzę w ciszy,
w naturze, nad rzeką.
Najlepiej być z sobą,
sam na sam - samotnie,
sprawdziłem tą przypadłość wiele - 
wielokrotnie,
najlepiej tak z daleka
patrzeć na te sprawy,
nie przejmować się niczym,
jechać do...Warszawy.
Dzień minie tak jak każdy,
w miarę się obróci,
wbrew wszystkim pozorom,
Staszka nie zasmuci,
bo Papkin to jegomość,
nikomu się nie kłania,
tak jest i teraz - 
było od zarania.
I tak sto lat radości,
sam sobie chcę życzyć,
by od nikogo 
nic więcej nie słyszeć.
Sam więc świętuję
urodziny w ciszy,
na łonie natury
i w najdzikszej dziczy...


                                          Echa już nie ma -
                                 nie wezwie go żaden głos
                                        i uszy już ogłuchły
                                  i oczy straciły wzrok....
                                Ani śladu dawnej postaci,
                              nic już po Niej nie zastanie,
                            a gdy zasypią studni pamięć,
                            świat zamieni się w kamień...
                        Lecz nigdy o Niej nie zapomnimy,
                              pamięć o Ani będzie trwać,
                        odwiedzać grób zawsze będziemy
                                        tam na Oksywiu - 
                                         na warcie stać...!
                                                              (8 października 2014)

                                                                                                                          P  a  p  k  i  n





środa, 22 lutego 2017


                            Co po mnie zostanie...? (3)

Co za dzień - psa na dwór trudno wypędzić, co dopiero człowieka... Wszystkie plany zniweczone... Leje i wieje, mgła - taka jesień u schyłku zimy (?) Ciekawe, jaka wiosna będzie..? Nic specjalnego do głowy nie przychodzi - może jutro? A dziś trzecie pytanie z cyklu "co po mnie zostanie." Przy takim dniu nic, tylko się położyć....
Co po mnie zostanie..?
Mała chmurka, mgła, albo tylko pył... Pozostanie niepamięć i nieodparta myśl, że go już nie ma, choć kiedyś był... 
Co więc po mnie pozostanie - 
czy ktoś pomyśli, wspomni, albo nie (?)
Nic po mnie nie zostanie, nawet wiatr nie powie nic...!

wtorek, 21 lutego 2017

                        Wielce Szanowny....Dobrodzieju...
Ile czasu upłynęło od mojego urodzenia...? Długich lat wspomnień, spokoju, krzyku, ukojenia, "wojen" roztargnień, ile lat świetności, ile w zatraceniu - czasu wyniosłości...?
Ile wierszy napisanych - prozy i...głupotek, ile słów zapomnianych, sprośnych - dziwnych zwrotek....Takich co od ręki, na kolanie piszę, nie tych z poetyckiej ręki, lecz zwykłych, prostych dziwotek. I cieszy mnie moja świadomość, bo piszę jakby dla siebie, a jeśli je ktoś przeczyta, to będę w siódmym niebie. A może je oceni i wyda opinię chwalebną, to radość mnie ogarnie - tak w słowie było niejednym. Bo tych, co je już czytali, ocenić mnie zdążyli, za wszystko im dziękuję i oby długo żyli....


                         Wstać wczesnym porankiem
                         wraz z poranną rosą,
                         przejść się po zielonej łące
                         bez butów - tak na boso.
                         Zanucić wesołą piosenkę,
                         rozkoszować się wolnością,
                         odrzucić wszystkie smutki
                         i cieszyć się radością.
                         Ze słońcem pójść na kawę,
                         jak z przyjaciółmi pod rękę,
                         załatwić słuszną sprawę,
                         z uśmiechem oraz wdziękiem...
                                                       (12 kwietnia 2003)

                   Moim przyjaciołom życzę miłego dnia.

                                          P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 20 lutego 2017

SDM - Niebo Sierpniowe


                           T a r n i c a

Do kalendarzowej wiosny jeszcze miesiąc, do lata jeszcze dalej, a ja już umówiony jestem z przyjaciółmi na bieszczadzkie szlaki. Spotykamy się na przełęczy pod Tarnicą (termin jeszcze do ustalenia), a następnie przez Krzemień, Kopę Bukowską, Halicz i Rozsypaniec udamy się na Połoninę Bukowską. Zdecydujemy, jaka trasą pójdziemy dalej - przez Wołosate do Ustrzyk Górnych, czy bezdrożami, szlakiem do Sianek. Mamy czas do zastanowienia...Oby jak najszybciej do wiosny... Pozdrawiam.

Przełęcz pod Tarnicą


niedziela, 19 lutego 2017

Chopin Nocturne E Flat Major Op.9 No.2

        Znowu nabrało mnie na sentyment...

Czy pogoda ma wpływ na nasze zmysły? Jeśli tak, to jestem meteopatą, a skoro nim jestem, wszystkie z tym związane stany są moim udziałem... Dzisiaj znowu popadłem w sentyment, ale nie w najgorszym stylu. Zaczynam tęsknić za ciepłem i sprzyjającą aurą, kiedy znowu mógł będę ruszyć w "szeroki świat," gdzie mnie oczy poniosą. Mam już nowe buty, lekkie i zwiewne oraz moją koszulę od wędrówek - taka niby specjalna, normalna, którą można zwinąć, a ona się nie pogniecie i pozostanie jaką była... 


                                                               "...Są takie miejsca ciszą związane..."

Lubię chodzić po cmentarzach, kiedy jest ciemno. Kocham panującą tam atmosferę, specyficzny zapach, tajemniczość...
i ten widok palących się zniczy. Przebywanie na cmentarzu sprawia mi przyjemność - czuję się tu swobodnie i rozluźniony, pozwala na chwilę spokoju, odizolowania... Cmentarze mają w sobie coś pociągającego.... Mam też dziwny sposób uczucia, gdy znajduję groby małych dzieci. Wtedy wpadam w smutny nastrój. Czuję się okropnie, a nawet ogarnia mnie złość, że temu dziecku nie było dane nacieszyć się życiem tu na ziemi. Wtedy boleśnie sobie uświadamiam, że dla śmierci wiek nie jest żadną barierą...

                               Jak ja uwielbiam takie miejsca - ciche, spokojne,
                                                            gdzieś na uboczu,
                                              gdzie nie dociera miasta gwar
                                        i gdzie rzadko przechodzień zboczy...
                                            Jak ja uwielbiam spokój, ciszę
                                                i ptaki śpiewające w polu,
                                              te nekropolie w kępie drzew
                                                 lub gdzieś daleko w polu.
                                               I tylko smutne myśli płyną,
                                        jak białe chmury na błękicie nieba
                                              do tych, co kryje kępa traw
                                          tym, którym nic już nie potrzeba....
                                            Jak ja uwielbiam tak wędrować,
                                       zostawić wszystko w gwarnym mieście
                                        i tak wędrować w siną dal myślami - 
                                                zapomnieć o Bożym świecie...
                                         Tęsknię za wiosną, tęsknię za latem,
                                             by móc to wszystko zrealizować,
                                              zostawić dom i być w plenerze,
                                      a smutki wszystkie w sercu schować...
                                                             (17 lutego 2017)
          
Aby do wiosny...A dziś troszkę sentymentalnie i okolicznościowa nutka na wstępie - tak na dobry dzień, którego wszystkim życzę.

                                                                                             P  a  p  k  i  n



sobota, 18 lutego 2017

Andrzej Cierniewski - Dwie morgi słońca Słowa


                               Smog....

Ale wymyślili...? Uważam wszystkie informacje dotyczące czegoś takiego jako zwykłe dyrdymały i ogłupianie ludzi. Kiedyś paliło się w piecach, pod kuchenkami węglem i drzewem. Kto kiedy słyszał o jakimś smogu..? Ale w obecnych czasach wykociło się wielu cwaniaków, którym wydaje się, że na wszystkim można zrobić interes. Nie twierdzę, że w obecnych latach stan przejrzystości powietrza jest na pewno inny niż kiedyś, ale trudno tu obwiniać ludzi oraz...węgiel, na którym kraj nasz stoi. Nie będę komentował, bo nie ma sensu. Jedno jest pewne - kompletna bzdura. A jeśli ma nas coś trafić, to trafi nawet bez tego smogu... A dzisiaj deszcz siąpi od samego rana, jakby nic innego nie miał do roboty. Niebo zasnute chmurami i nie wiadomo, kiedy przestanie padać. Wiosna to, czy jeszcze zima, bo jej oznaków nie ma. Jednak, czy z tego powodu należy się smucić? I nie martwcie się jakimś smogiem, bo jeśli powietrze jest czymś zanieczyszczone, to na pewno nie tym, co ktoś tam chciałby nam wcisnąć w nasze umysły. Widziałem właśnie taką jedną panienkę w masce i okularach - wyglądała jak małpka wyróżniająca się pośród tłumu ludzi, który to tłum skrzętnie i z politowaniem kiwał głowami....Życzę udanego weekendu.
                                                               P a p k i n
   

czwartek, 16 lutego 2017

DUCHY Janusz Hryniewicz, wykonanie autorskie - ORYGINAŁ !

                               Moja dusza śpiewa - czyli...

                                      słodkie nieróbstwo.
Dzisiaj słucham muzyki. Nabrało mnie na sentyment muzyczny. Odtwarzam stare utwory z przed lat, wracają wspomnienia tamtych chwil...Każda nuta jest jak przyprawa, każde słowo jest jak kęs soczystego pokarmu dla duszy. Gdy siedzę w swoim fotelu, gdy przymknę oczy, wtedy mnie tu nie ma - jestem tam, gdzie nie czuję nic prócz słodkiej euforii wywołanej każdym kolejnym dźwiękiem i tego niezbywalnego posmaku tęsknoty. Wtedy przypominają mi się lata dziecięce i te późniejsze lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte - to wszystko, co mnie kiedyś otaczało, atmosfera jakże inna niż ta dzisiejsza, tamten świat, ludzie, zdarzenia... Oto masz do czynienia z osobą, dla której muzyka, zwłaszcza klasyczna jest życiem.... Jedynie ta muzyka, która koi moje zmysły i w żadnym przypadku nie pozwala na zajęcie się czymś innym. Do sezonu jeszcze daleko, więc muzyka prowadzi mnie każdego dnia. Bo czym miałbym się zająć..? Swoje odpracowałem, czas na wiekowy weekend. A ktoś złośliwie jeszcze nie tak dawno kazał mi się zająć jakąś pracą: "weź się do roboty!" A ja słucham muzyki i mam gdzieś ten cały dzisiejszy zgniły świat...! Dzisiaj dwa utwory, ten poniżej i ten powyżej. Dwa różne - ten starszy i młodszy... Z  a  p  r  a  s  z  a  m!
                                                                                  Papkin

Paul Simon - Under African Skies (Live from The African Concert, 1987)

środa, 15 lutego 2017


               Wsparcie bliźnich - czyli...

              dobroczynność wymuszona.

Nie ma miesiąca, nie ma dnia, by na skrzynkę mailową, tudzież w samej telewizji, czy radio, nie trafiał jakiś apel o pomoc. Rozsyłają znajomi, administratorzy portali i innej maści cwaniacy. Skąd znają mój adres...? W niemal każdej gazecie jest stroniczka, na której zawsze są ramki prośby o pomoc. Wykonane profesjonalnie. Fotki takie, że chyba na zajęciach z marketingu, albo psychologii stosowanej student dostałby szóstkę z wykrzyknikiem... Serce stoi na sztorc..! Kto prosi...? Rodzice chorych dzieci i tych urodzonych gorzej, którym potrzebna kosztowna terapia, by ich życie nabrało jakiegokolwiek sensu. Ludzie po wypadkach i nagłych zachorowaniach. Zawsze odpowiednia fotka - prawdziwa parada dzieci, kobiet w chustach na głowie, uśmiechniętych i tak szczęśliwych do niedawna.... W Internecie na różnych portalach ikonki i teksty, że wystarczy kliknąć w słoneczko, pajacyka, śledzika, że to tylko 3, 50 lub 100 groszy... Na ulicy często "mrowie" żebrających, naszych rodzimych i tych mówiących inaczej. Pod kościołem starszy gość powiedział do mnie wprost: "nie stać Cię na 50 groszy....?"  I co ja mam z tym zrobić? Przecież gdybym odpowiadał na każdy taki apel, szybko sam musiał bym taki anons zamieścić. Nim umarł bym z głodu, wyrzucono by mnie z mieszkania za niepłacenie czynszu. Mieszkania zimnego, bez prądu, gazu i wody... Ilu żebrających na ulicy obsłużyć... Wybrać jednego...a kogo? Według jakich kryteriów...? Taki system zbierania środków na cokolwiek - leczenie, rehabilitację, leki - odbieram jako nadużycie, jako świadome budowanie we mnie  poczucia winy..!  Jestem zdrowy, szczęśliwy, planuję sobie to czy tamto - wyjazdy, wycieczki (kupiłem sobie nowe buty wędrowniczki i spodnie - wszystko z myślą o letnich wojażach). Żyję z emerytury. Nigdy nie zarabiałem dużo, zawsze poniżej średniej krajowej - za komuny i później też. Zawsze w dołku, zawsze pod prąd, zawsze brakowało mi do następnej wypłaty. I nie starałem się pożyczać, aby nie popaść w długi - lubię pożyć i nie uprawiać wyścigu szczurów. Staram się też oszczędzać jak mogę - dosłownie we wszystkim. Rezygnuję z pewnych wydatków, by mieć na inne. Wspomagam od czasu do czasu kogoś proszącego o datek... Kolejna zawsze dramatyczna prośba o pomoc okraszona fotką i numerem konta, zawsze wytrąca mnie z równowagi.... Ja rozumiem, tylko czy inni mnie rozumieją...?
                                                                      

                                              P  a  p  k  i  n

wtorek, 14 lutego 2017


                       Z a m y ś l e n i a...

            czyli: fikcja i fantazja (por. notka z dnia 9 lutego)
Szare chmury nade mną zawisły
i nieruchomo rozpościerają swoją grozę...
Jak horoskop lub przepowiednia.
która prześladuje umysły ludzi, 
nadaje sens istnieniu - dobra i zła.
Oczekiwanie na deszcz w tym kontekście
mieni się złowrogą wróżbą
i całkiem realnym spojrzeniem
na to, co może się zdarzyć.
To miejsce pod zwisającym niebem
wygląda na nieckę,
pośród której stoję ja!
                                    A przecież nie mam odgromnika - 
                                    piorunochronu uwalniającego siłę 
                                    tego strasznego żywiołu...
                                    I można by tak prawić
                                   o losie innych lub własnym.
                                   lecz co to da, 
                                   jeśli nie mamy antidotum 
                                   na siły nadprzyrodzone,
                                   chroniące nasze umysły...?
                                                                   Można by tak stać w nieskończonym geście
                                                                   w pozycji na baczność,
                                                                   czekać na coś,
                                                                   co z nóg powala i pozbyć się nadmiaru zmysłu - 
                                                                   utraty kontaktu z tym światem.
                                                                   Można by lecz po co,
                                                                   skoro życie biegnie dalej
                                                                   i  nic nie stoi na przeszkodzie,
                                                                   by bawić się dalej życiem?
Lecz czy jest to życie i jakie - 
wielka próżnia,
czasem potrzebnym do przetrwania, egzystencji,
czy może tylko do przetrwania,
ot tak sobie - bezmyślnie, beztrosko?
Ten piorun na nieboskłonie daje życie
w beztroskim uścisku śmierci
i prowadzi ścieżką prosto w niebiosa-
ponad czasem, gdzieś wysoko,
za nisko zwisające chmury...
                                             Kosmos - kraina wieczności
                                             oddalona niewyobrażalną dalą - 
                                             ile lat świetlnych trzeba pokonać,
                                             by znaleźć się tam,
                                             gdzie odchodzą najbliżsi,
                                             Ci wszyscy, co już odeszli
                                             i nadal odchodzą...?
                                            Gdzie jesteś Boże,
                                            który w swej łaskawości
                                            rozdzielasz nasze ciała od dusz
                                            i zabierasz je do siebie 
                                            nam zostawiając popiół i udrękę
                                            pod tym czarnym niebem?
                                                               Gdzie jesteś Boże, który ogarniasz wszystkich
                                                               swym łaskawym spojrzeniem
                                                               i miłością tak silną, że mdlejemy,
                                                               umierając na zawsze dla ziemi...?
                                                               I cóż nam wtedy począć - 
                                                               tylko usiąść i zapłakać,
                                                               bo jakże życie jest krótkie
                                                               i jakie szkaradne, 
                                                               wręcz odrażające...
                                                              A mieliśmy iść i się rozmnażać,
                                                              czyniąc sobie Ziemię poddaną...
Ileż łez wsiąkło w ziemię od nieszczęść,
które stały się domeną naszą?
Ile łez i smutku, zhańbienia
doznaje człowiek od człowieka..
Czy to nie wyraźny powód
do skończenia świata i rozgromienia zła.
które jak szatan rozpościera swe plugawe skrzydła
nad światem naszym...?
Szare chmury nad moją głową
rozpostarły zasłonę niepewności
w oczekiwaniu na coś,
co wydarzyć się może w każdej chwili.
                                             Ciekawe - ile tych chwil mam jeszcze
                                             i co przyniosą w ostateczności...?
                                             Czyżby taki marny mnie czekał koniec,
                                             bez zastanowienia się, zrobienia...(?)
                                             Rachunku Sumienia, rachunku z życia
                                             i tego wszystkiego, co mnie przygniata,
                                             jak tona czegoś,
                                             do tej czarnej i twardej ziemi,
                                             a która to ziemia ma być tym antidotum
                                             dla mojego zmęczonego ciała...
                                                      Deszcz uwalnia moje zmysły powodując otrzeźwienie
                                                      i refleksję zarazem.
                                                      Przemoknięty - nie czuję, 
                                                      jak spływają po mnie krople wody,
                                                      bo też czuć nic nie mogę.
                                                      Woda zawsze będzie wodą,
                                                      a ona jest dobrym przewodnikiem prądu.
                                                      Błyskawica oślepia, huk się rozpościera,
                                                      a ja stoję nieruchomo, jak ten kołek w polu
                                                      od stracha na wróble
                                                      i nic się nie dzieje,
                                                      nawet nie doznałem drgawek.
Szkoda - bo tak byłem blisko kosmosu
i tych, którzy gdzieś w zamyśle
"fruwają w obłokach" ponad rajskim światem.
Mam w tytule nazwę: "Fikcja i fantazja,"
ale myślę czasem,
jak wielka musi być nagroda dla tych,
co Boga słuchają, dla których Bóg
tak wspaniałe miejsce przygotował.
"Fikcja i fantazja" w moich słowach - 
ziemskim niezrozumieniem faktów,
"Księgi Wielkiej" - przepowiedni.
                                          A przecież wystarczy się tylko pozbyć
                                          wszelkich nieprawości
                                          i żyć według tych przykazów
                                          zwanych "przykazaniami."
                                          Świat nieziemski nad nami roztacza Ten,
                                          który nas stworzył i wszystkie inne stworzenie,
                                          a nagród będzie bez liku - 
                                          niewyobrażalnie pod dostatkiem....
                                                                                           A teraz jestem tu,
                                                                                           na tym ziemskim padole
                                                                                           i stoję w strugach deszczu
                                                                                           spływającego po mnie
                                                                                           z siłą wodospadu.
                                                                                           Grzmot się oddala - 
                                                                                           jaka szkoda, że nie trafił 
                                                                                           w mój umysł zniewolony,
                                                                                           zapatrzony w zło tego świata.
Czy nie byłoby przyjemniej
spocząć w spokoju w czarnej ziemi
i mieć wszystko poza sobą w nadziei,
że udam się w wielką podróż do tych,
których kochałem, których kocham
mimo dzielącej nas przestrzeni...?
Jakże byłoby pięknie widzieć z góry
krzątających się ludzi i czasem dać im radę,
jak żyć mają, by nie popaść w zło
i służyć Temu, przez którego
dano nam życie?
                                                 Bo żyć na tym padole trzeba umieć,
                                                 od początku zrozumieć,
                                                 że życie nie jest nam dane na zawsze,
                                                 że przyjdzie czas, kiedy nas opuści,
                                                 a my pogrążymy się w otchłani Kosmosu... 




                                                            P  a  p  k  i  n 




poniedziałek, 13 lutego 2017


                          Wkurzyłem się...

Nie trzeba wytrwałego obserwatora życia w obecnych czasach, gdy "walą" się nam na kark różnego rodzaju paradoksy cywilizacyjne i wtedy zaczynamy zastanawiać się nad ich sensownością. W porównaniu z minionym czasem (mam na myśli czas, kiedy uczęszczałem do podstawówki), zwłaszcza tymi, o których wspomniałem, obecne czasy, to jakiś "wyjątkowy luksus." Tak powiedzą Ci, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, jak to kiedyś bywało, czyli w połowie XX wieku i nieco później. Trapią nas różne problemy, choćby zdrowotne typu grypa, jakieś przeziębienia, które nijak mają się do tych z mojego dzieciństwa i wielu innych "stworów" obecnych czasów. Myślę nawet, że dzisiejsi ludzie zwariowali na punkcie "poprawności cywilizacyjnej." Kto kiedy w czasach mojego dzieciństwa nosił w zimie kurtkę, a zimy były nie takie jak dzisiaj, a drzewa nocami pękały z mrozu. Gile wisiały aż do brody, szalik pod szyją i gruby sweter. Tak wyglądał dzieciak końca lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych... W szkole było "dożywianie," czyli ciepły posiłek (kawa zbożowa, mleko, pajda chleba z masłem i...czosnkiem oraz musowo łyżka tranu z chlebem na przekąskę). Nikomu nie zagrażało przeziębienie, a moja wychowawczyni, którą do dziś rzewnie wspominam, pani Maria Potępowa, tuliła nas opiekując się i troszcząc. To byli nauczyciele z prawdziwego zdarzenia. Kto słyszał o jakimś ADHA? Co to w ogóle jest? Dziś pseudo psychologowie i "znawcy," lekarze i innej maści "dewiaci" "rozczulają się" nad czymś czego nie ma. Bo ktoś, kto ma większy temperament od dziecka wychowanego pod spódnicą mamy, jest już beeee...!?  



Podstawówka była siedmioklasowa, potem ośmioklasowa, były licea i technika oraz szkoły zawodowe. Zdanie matury było czymś prestiżowym na równym poziomie, nie jak dziś rozszerzonym, a po zawodówce miało się wyuczony zawód. Można było kształcić się dalej
na Wyższych Uczelniach pozbawionych kumoterskim i politycznym zabarwieniem profesorów i wykładowców akademickich mimo, że był to czas głębokiej komuny... Fartuszki i tarcze szkolne na rękawach - czerwone szkoły ponadpodstawowe, niebieskie podstawówki i numerem szkoły. Też rozrabialiśmy, ale nie było tego draństwa co obecnie pod Gimnazjami. Kto odważył by się zapalić papierosa, wypić piwo zwłaszcza w miejscu publicznym? Nauczyciel cieszył się szacunkiem, uczeń mógł oberwać drewnianym piórnikiem przez łapy albo cyrklem na geometrii i żaden rodzić nie miał pretensji do szkoły.
Nie było mody w szkołach, bo zasobność rodzin była jaka była. Lakierowanie paznokci - kto by o tym pomyślał...? Wesoły tłum wychodzących po ostatnim dzwonku uczniów oznajmiał koniec lekcji na dziś, które kończyły się wraz z godzinami południowymi. Kto widział uczących się popołudniami i wieczorami? Owszem, tylko szkoły dla dorosłych, a w soboty i w niedziele szkoły systemu korespondencyjnego... Obecny tzw, "weekend" był "świętem" dla wszystkich. W soboty pracowało się tylko do godziny 13-tej, sklepy kończyły pracę około godziny 14-tej. Nie było marketów i "wojny" o prestiż sklepu. Wszyscy zdążyli się zaopatrzyć w potrzebne produkty. Ferie zimowe były jednolite czasowo dla wszystkich w miesiącu lutym, a koniec roku szkolnego zawsze był 21 czerwca - nie było żadnego odstępstwa od tej daty. Szkolne kolonie obejmowały wszystkich bez wyjątku, bez żadnych kryteri. Nie było problemu, że ktoś nie ma pieniędzy - jechali wszyscy, którzy wyrazili chęć...I można byłoby wymieniać jeszcze wiele innych atutów tamtych czasów, bo wtedy nikt nie znał pojęcia, "że się nie da." A dziś? Nie ma pieniędzy dla dzieci, szkoły nie organizują kolonii dla swoich uczniów. W wielu przypadkach rządzą mafijne układy, korupcja, draństwo i...nauczyciele, którym się wydaję, że ich wygodnictwo jest najważniejsze. Oczywiście, że nie dotyczy to wszystkich. Większość nauczycieli boryka się z układami w szkołach, Kuratoriach i nie są w stanie przebić się przez ten gąszcz nieprawości. Szkoły nie uczą historii, tej historii, którą mnie uczono, a patriotyzm jest wyrywkowy. Nie wiem dlaczego w dzisiejszych szkołach ktoś robi kokosowy interes każąc płacić za drożdżówkę aż trzy (3) złote, gdy taka sama tuż obok szkoły kosztuje o połowę taniej? Kto prowadzi te sklepiki szkolne z wygórowanymi cenami? Dlaczego Ci, którzy powinni dbać o dobro dzieci i uczniów, udzielają się na czarnych marszach i nie ponoszą żadnych konsekwencji? Dlaczego deprawują swoim zachowaniem młodzież? Dlaczego ten świat tak nisko upadł i dlaczego na siłę wciska nam się kit w oczy...? Dlaczego się wkurzyłem? Bo jak usłyszałem, że prezydent Poznania, nijaki Jaśkowiak, zwany "facetem z pod tęczowego parasola" wraz ze swoimi poplecznikami chce torpedować zmiany w edukacji i nadal protestować przeciwko likwidacji zgniłych gimnazjów - wylęgarni wszelkiego zła i praktycznie szkoły, która niczego dobrego nie wnosi (to strata trzech lat po których niczego się nie osiąga) - to mnie totalnie zniewala taka postawa. Jakim prawem samorządowiec wypowiada posłuszeństwo  rządowi centralnemu? Gdzie byli wszyscy Ci dzisiejsi obrońcy, kiedy likwidowano kilka tysięcy podstawówek, przedszkoli, żłobków? Gdzie Oni wszyscy byli...? 
I tak jest niemal w każdej dziedzinie naszego życia. Oto cywilizacja zaprzańców...!