Szukaj na tym blogu

piątek, 21 lipca 2017

               Czas wyruszyć na wakacje...

Kanikuła jest jaka jest...Słyszałem, że lato nam się nie udało. 
Ale po co psioczyć? Przyjdzie jesień, i zima, będzie gorzej i co? Znowu przyjdzie nam narzekać - na chłód, deszcz, śnieg, mróz.... Żyjcie chwilą i tym, co nam natura daje, cieszmy się latem i tym, co mamy. Wszystkim życzę udanych wakacji. Wszędzie gdzie będziecie niech się Wam wiedzie. Pozdrawiam wierszem i klipem muzycznym. Ja także wyruszam przed siebie. Do usłyszenia około 10 sierpnia...
Zapuść się do lasu - 
tutaj spokój, cisza,
nie ma miejskiego hałasu,
tu czasem ptak zaśpiewa,
huknie sowa,
deszcz popada z nieba,
a pośród błękitu w górze
słonko ujrzysz w chmurze - 
radość w pełnej naturze...
                                         Tylko tutaj w takim lesie,
                                         spotkasz echo co niesie
                                         wszystkie głosy natury,
                                         chóry ptaków co z góry
                                         świat ten wielki oglądają....
W takim lesie, w gęstwinie,
życie wolno nam płynie,
strumyk piosenkę przygrywa,
ciepły wiatr twarz nam obmywa
i...swobody przybywa -
tutaj czuje się wolność...
                    (17 lipca 2017)

                                                                P  a  p  k  i  n

Avicii - Wake Me Up (Official Video)

środa, 19 lipca 2017

D y n a s t i a  P a p k i n a...(14)

Jak to dobrze mają dzisiejsi dziusy... Nie obowiązuje ich służba wojskowa, mogą pławić się beztroską i dorastać pod matczyną spódnicą... Ubierają się w damskie ciuchy, albo w spodnie "rurki" rodem z Chin, wykształcili w sobie zachowania przypominające balansujące lalki, skaczące na sznurka w teatrze lalek... Tak, tak - ich chód przypomina tańczące afrodyty i zachowują się jak panienki. W ostatnich czasach - zapewne pod wpływem fali, upodobniają się do beduinów i arabów zapuszczając brody - wyglądem przypominają najgorsze skojarzenia.... lalusie nie umiejący się zachować, zdziczała hołota, która poza afiszowaniem się z piwem na ulicy, niczego nie potrafi. Zdziczenie obyczajów i świadomość, że mogą wszystko, bo im wolno. Bezkarność, brak wychowania i zdyscyplinowania, ordynarność i...fizyczne fajtłapy. Wysokie to jak tyka na działce fasoli, a w środku puste jak bambus - obraz dzisiejszego młodzieńca, który w czasach Papkina brany był "siłą" do woja na dwa bite lata. Po takim "odosobnieniu" młody mężczyzna był zaprawiony niemal we wszystkim, nie wspominając o kondycji fizycznej. Nie potrafił wymyślić głupot. lecz był gotowy sprostać wyzwaniom jakie życie niesie. 
A dzisiaj to badziewie wygląda jak rolka papieru toaletowego...
Papkin wspomina tamte czasy z nostalgią, choć wtedy nie było mu do śmiechu, ale to już inny temat na inny czas i tak jak szkołę się wspomina, tak też i czas obowiązkowej  służby wojskowej. Bo mimo wszystko, były to czasy...! A dziś spotykamy niedorajdy wałęsające się bez celu, zachowujący się jak przysłowiowe panienki (bez urazy dla naszych dam), którzy w wieku 30 lat mają mleko pod nosem. Ni to chłop, ni baba, bo jak widzę tych durni w kolorowych gaciach tulących się w miejscu publicznym do siebie - bierze mnie obrzydzenie. A pogonić to draństwo, wyczołgać w transzejach, niech który z nich wykona 50 pompek, podciągnie się na linie i zaznajomi z bronią, bo jak widać, gdyby takiemu dać broń do ręki (nie daj Boże w potrzebie), to by się sam zastrzelił nie wiedząc, jak się z takim sprzętem obchodzić... Takich dziś mamy przedstawicieli tej rozkrzyczanej i ordynarnej nacji zwanej młodymi mężczyznami. Oczywiście, tak jak zawsze - nie dotyczy to wszystkich. Ale niestety - gro tego warcholstwa utrudnia życie innym. Należy tylko ubolewać, że obowiązkowa służba wojskowa została zlikwidowana na pohybel tym, którzy to uczynili. Wielka szkoda, bo byłoby to z pożytkiem dla nas wszystkich...
Milego dnia.
                                                                  P a p k i n
   

poniedziałek, 17 lipca 2017

17 lipca br...

W poprzedniej notce wyraziłem swoje zdanie, a właściwie wątpliwości co do tego, co piszę na blogu, czyli w pewnej mierze - pamiętniku. Być może wszystko to tylko tak mi się wydaje i z całą pewnością tak jest... W ostatnim czasie zdarza mi się wiele "przypadków" zdarzeń, na które nie mam wpływu, ale muszę w jakiś sposób reagować, często podświadomie.Co do samego pisania, to zapewne wszystkim wiadomo, że taki blog, czyli pamiętnik, można pisać bez końca, zamieszczając w nim wszystko co na język wlezie...Mam jednak wątpliwości, czy jakiekolwiek "dzieło" niekoniecznie literackie, ale takie proste jak ten blog i moje kiczowate wierszyki, poddaje się określeniu, że jest o tym, czy o tamtym...Oczywiście - taki blog nie jest książką - bynajmniej, ale mógłby być, gdyby się okazało, że spełnia wszystkie warunki określające go jako książkę. Bo ja sam najmniej wiem o tym, co sam napisałem 😃  Fakt - wiem może co nieco o intencjach, które pchnęły mnie do pisania. Opisuję w nim "dzieje" przeciętnego faceta w kontekście pewnych doświadczeń nabytych w ciągu lat swojego życia. A było w tym życiu wiele nadziei i wielkich upadków. I może dlatego poprzez pisanie staram się pokazać swoje dzieje poprzez głębokie przemyślenia, czasem słuszne, czasem banalnie przedstawione - dzieje przedstawione na swoim przykładzie, mój los na przestrzeni lat, te skromne, bo o tych tragicznych nie wspomnę...I zapewne jestem "bohaterem" tego eseju, jakim jest mój pamiętnik pisany od wielu lat, a jakby równolegle do niego są opisane Dzieje rodziny i cała Genealogia. Nie wstydzę się powiedzieć, że byłem sierotą (to czasy domów dziecka i nie tylko), bo tam spędziłem część swojego dzieciństwa. W późniejszych czasach także zasługiwałem na miano sieroty, ale o tym może kiedyś wspomnę... To nawet nie są dzieje jednego żywota, ale "biografia" symboliczna, czyli historia mojego życia. Oczywiście sam pamiętnik nie jest powtórką "Historii Rodziny." choć przewijają się tam wątki zaczerpnięte z Genealogii i dlatego od czasu do czasu przywołuję tamte tematy. Czasem pochodzą one z najniższego piętra istnienia, gdyż nic w nas, ani wokół nas nie jest jednoznaczne - żaden przedmiot, gest, zachowanie. Może dlatego słowa, którymi opisuję mój świat, również nie mogą być jednoznaczne, choćby dotyczyły najbardziej zwyczajnych, wręcz domowych rzeczy. Tak więc zdanie nie może być jednoznaczne. Czasami muszę się przekonywać, że to ja, że to ja jestem, że wszystko co przeżyłem, było moim przeżyciem. Nie mam się za coś (za kogoś) i piszę posługując się prostymi słowami, które składają się na całość. Nie jestem ani mądry, ani głupi, jak chcieliby mnie niektórzy widzieć. Wtedy powiem im (już nie pierwszy raz), że mądrość jest absolutnym darem, natomiast wykształcenie i wiedza nie mają tu nic do rzeczy i nie zawsze przekładają się na mądrość. Prawdziwą bowiem mądrością nazywam zdolność odczuwania swojego istnienia, a tym samym - świadomość swojego istnienia i wśród innych (niekoniecznie tylko pośród tych dobrych), w historii i w samym sobie. A zło - nawet nie chcę wspominać. Tak więc, na ile dobrym jest to co i o czym piszę i czy właśnie w taki sposób powinienem zastanawiać się nad tym problemem..? Ale czy naprawdę ocena należy wyłącznie do mnie...?
PS.
Powyższa karykatura była "milion" razy powielana na mój użytek i nie należy do mnie. Wstawiłem to "coś" dla "upiększenia" tekstu, choć może tak własnie powinienem wyglądać? Niestety - spóźnienie o co najmniej kilka dobrych lat. Czy szkoda? Nie wiem...!
Miłego dnia...
                                             P  a  p  k  i  n
   

sobota, 15 lipca 2017

                                           Weekendowo....


Zadałem sobie trud przeczytania wszystkich notek na blogu, bo za miesiąc będzie rok, kiedy w tym miejscu zamieściłem pierwszy mój wpis. Stwierdziłem, że zapewne wszystko schodzi na psy. W treści za mało jest głębi, za dużo mówienia o niczym - opisywanie bezsensownych przemyśleń czy zdarzeń. Ale zapewne na tym polegają treści pamiętników, blogów itp..? Czy będę musiał to zmienić, a może właśnie nie, bo zdarza mi się w tym wszystkim "zagubić." Dziś największym dylematem jest zmiana moich planów i muszę się do tego przyzwyczaić. Tak więc powrotu do przeszłości ciąg dalszy... Dziwne uczucie dowiedzieć się kolejnych rzeczy, o których chciało się wiedzieć jeszcze dziś rano lub jakiś czas temu. Skoro więc przeczytałem te notki, w oczy rzucił mi się jeden wierszyk - taki bardziej współczesny, choć stary z przed laty. "Bo wszystko przemija, jak woda w Wisłoku..." Ta z tamtych lat już dawno w morzu, albo wyparowała w chmury... My też przemijamy, by na końcu zgasnąć, jak świeczka zapalona przy naszych urodzinach...
Serwowska studnia, po której tylko to zdjęcie pozostało, kuzyn ze swoim synem - też już po tamtej stronie i inne
wspomnienia w myślach pozostałe.... Ot i cały "problem" z tym pamiętnikiem, którego fragmentem jest ten oto blog. Miłego weekendu życzę z dedykacją Nokturnu - tak na odmianę nostalgii - niech będzie wesoły - Chopin zawsze żyje!  P o z d r a w i a m....
Cóż pozostało po serwowskich klimatach,
obraz jakich mało w pamięci się zatarł,
poblakłe już zdjęcia i dzieciarni kupa
dzisiaj już dorosłych -
swego miejsca szukaj...
                   A czy znajdziesz choć dzisiaj sielankowy widok?
                  Wszystko się zmieniło, płynie tylko Wisłok.
Rozjechała się ferajna 
po światowych katach,
a tego co już nie ma,
nikt już nie "posprząta..."
                                               Dzikie uroczysko, 
                                               w tle kamienna hala,
                                               dziki też parking
                                               mój umysł zniewala.
Nie przychodzę tu często,
choć mam parę kroków,
łza się w oku kręci,
wolę zostać z boku...
Na balkonie starej "Serwówki." Mój najmłodszy brat w zdziwionym ukłonie rozmawia z synem gospodarza Kazimierzem Serwą.
Moja kuzynka Jadwiga (córka mojego chrzestnego). W tle dom pana Szeligi na Podpromiu i niezbyt przyjemny śmietnik. Dziś to już ponad sześćdziesięcioletnia kobieta.
Wszystkie te zdjęcia są autorstwem mojego kuzyna na motocyklu wraz ze swoim synem
Zbigniewem.
Pozostaje mi nic więcej, jak raz jeszcze życzyć wszystkim udanego weekendu.
                                                             P  a  p  k  i  n



Chopin Nocturne E Flat Major Op.9 No.2

czwartek, 13 lipca 2017

               Zmiana planów wakacyjnych...


Często mówi się, że nie warto wcześniej czegoś planować z uwagi na niespodziewane okoliczności. Jak widać, mnie dotyka podobna zmiana decyzji wcześniej zaplanowanych. Dobrze, że udało mi się zrealizować po części z tego, co było zaplanowane i być z grupą przyjaciół w Bieszczadach. A na te zmiany zapewne maja wpływ: pogoda, która nas nie rozpieszcza, "zastraszanie" mnie plagą niedźwiedzi tego roku, ale ta zdecydowana decyzja o zmianie swoich planów, to prośba córki, aby tegoroczne wakacje spędzić razem. To oczywiście wiąże się z udaniem się do Poznania i powrót samochodem przez Polskę do Rzeszowa, a potem objazd województwa Podkarpackiego. Cóż nie robi się dla najbliższych. Zastanawiałem się, jaką trasę obrać - autostradą z Wrocławia, czy w poprzek kraju? Wybrałem jednak drogi wojewódzkie i wytyczyłem trasę przez Jarocin-Ostrów Wlkp-Kępno-Wieruszów-Wieluń-Pajęczno-Radomsko-Włoszczowa-Staszów-Nowa Dęba-Rzeszów. Mogę jechać cały dzień, nikt mnie nie goni - mam dużo czasu, a reszta gawiedzi mimo zmęczenia, na pewno będzie miała satysfakcję, że przejechała swój kraj w poprzek, czyli od północnego zachodu na południowy wschód. A jak będzie - zobaczymy. Tak więc, jak bym nie zaplanował swoich wakacji, nie będę obecny od końca lipca do połowy sierpnia.
Wszystkim życzę udanego dnia.
                                                                       P  a  p  k  i  n
   

wtorek, 11 lipca 2017

Dynastia Papkina...(13)

Papkin urodził się w pięknym kraju nad Wisłą. Mieszkał w starej "Serwówce," a potem w epoce Gierka... Gdy przyszedł na świat, wtedy wszystko było prawie inne - prawie i inne niż obecnie, bo jak mógł wiedzieć, jak naprawdę jest? Nie wie, czy gorsze, czy lepsze... Będąc dzieckiem na tyle rozumnym (musiał szybko dorastać), Papkin starał się nie oceniać z wielu powodów. Dzisiaj jednak na pewno bardzo
by mu brakowało wielu swobód obywatelskich, których nie było w PRL-u. Papkin nic nie może na to poradzić, że uwielbia pławić się wolnością... Papkin zna takich ludzi, którzy jedynie wiecznie narzekają (czasem też mu się to zdarzy z innego powodu), że jak to źle jest w naszym kraju. Bo jeśli politykom nie można odmówić dobrej woli, może to wynika z prostego faktu, że istota ludzka nie jest chodzącą doskonałością. Stąd być może ten polityczny jazgot, goniące się afery, beznadziejne pomysły, opluwanie innych, itp... No, ale... Papkin mimo wszystko kocha swój kraj, który dokładnie leży w Europie Środkowej, jest więc Europejczykiem i to na pewno i nie musiał do niej wchodzić... Chciałby Papkin do końca życia mieszkać w swoim kraju nad Wisłą, chciałby w nim przeżywać swoje smutki i radości, czyli tak, jak do tej pory bywa. Chciałby w nim codziennie budzić się z rana, a w wolnej chwili pić swoją ulubioną kawę... Papkin nie wyobraża sobie, żeby nie odwiedzać znajomych księgarni, w których nie ma książek znanych poetów, Szczypiorskiego, czy Sienkiewicza...(?) lub innych w ojczystym języku. Nie wyobraża sobie tego po prostu, że po jego śmierci nie zostanie pochowany w swoim kraju i że to tutaj zjedzą go robaki... Papkin na pewno przyzwyczaił się do tych klockowych blokowisk. Nie będąc "tu i teraz," na pewno tęskniłby za tym brudnym w prawdzie Wisłokiem, jako symbolem jego miasta. Brakowałoby mu uśmiechniętych i pogodnych ludzi, którzy wiecznie za czymś gonią. Nie widział by pijaków i zbieraczy wszystkiego, co się da uzbierać na śmietnikach, którzy wtopili się w pejzaż naszej współczesnej rzeczywistości, czasami żebrząc na ulicach od przechodniów jakieś drobne na cienkie piwo... Papkin nie widywał by tych, co rano gonią do skupu złomu, a wcześniej plądrują śmietniki... Ktoś powie, że Papkin jest głupkiem, ktoś inny nazwie go patriotą z powodu przywiązania do swojego kraju, jako do miejsca, do ludzi i własnej przyjemności..(?) Papkin nie lubi tego słowa - nie rzuciłby kamieniem w w geja, czy feministkę, choć tak na prawdę jest im przeciwny. Każdy jest bowiem inny, ale wszyscy równi i każdemu należy się szacunek z powodu jego ludzkiej godności. Ale tolerancja kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda innego człowieka. Tak myśląc i tak żyjąc, Papkin kocha ten kraj, ale.... W końcu starzejąc się powoli, na pewno chce latem podziwiać urok zachodzącego słońca. D  l  a  c  z  e  g  o ?  Bo Papkin kocha ten kraj, ale mniej jego wady, które to co bywa dobre, często deformują w coś zupełnie niepotrzebnego - niestety...!

                                                                             P  a  p  k  i  n

piątek, 7 lipca 2017

AFTER PARTY - Nie daj życiu się (Official Video)


                     "Martwy sezon" czyli...

                     o wszystkim i o niczym...

Tak mimo woli natrafiłem na swoje wypociny z przed lat. Pękałem ze śmiechu czytając problemy 17-to latka. A teraz, jako dorosły mężczyzna czuję wewnętrzną potrzebę pisania o swoim życiu... I piszę o tym co mnie cieszy, a nawet smuci. Piszę o podróżach, wędrówkach i o tym co przeminęło... To co było najważniejsze z przed lat zamieściłem w "Kronice rodzinnej," bo teraz to już coś zupełnie innego. Ciekawe, czy ktoś kiedyś zechce mnie czytać...?
"Ja uśmiechnięty, pełen życia,
otwarty, szczery...
Taki byłem, ale czy nadal jestem?
"Zabiła" mnie przeszłość,
zabiły wspomnienia - zamykam się w sobie,
każdego dnia zakładam maskę,
by nikt nie wiedział, co się ze mną dzieje..."
W szamotaninie własnych uczuć toczę walkę o każdy dzień. Najgorsze, co można zrobić, to zniszczyć dwa światy. W tej gmatwaninie tłoczą się miliony myśli, tysiące słów tych wypowiedzianych i tych przemilczanych. Tych, co dają radość i tych co ranią - słów, których nie sposób cofnąć i słów, których się pragnie, potrzebuje, na które się czeka... Co tu jawą, a co snem, kto tu istnieje...a kto nie..?

... I znowu coś wyciągnąłem z zakamarków życia, coś na papierze spisane, schowane głęboko... Papier już wybladły i żółty ze starości, słowa skrzętnie pisane na swej stronie gości... Nie...Nie wrócę do wiersza, który mówi o człowieku jako postaci tragicznej. Jeszcze mnie ktoś posądzi o samobójcze zamiary...? 
                   "W czarnej pustce, za szybą, zjawia się i znika,
                    jakby zarys postaci w sukience dziewczęcej...."
Nie, to byłoby zbyt proste...A pogodę mamy dziś wręcz "radosną." Leje jak cholera...Wiadomo dlaczego. Dzisiaj piątek, a więc weekend - normalka. Smętnie się snuję z kąta w kąt, znowu układa mi się rymowanka... Więc jak jest z tym archiwum na pożółkłych kartkach papieru, w rozlatującym się zeszycie w komody szufladzie..? Jest taki wiersz, który bardzo lubię, wiersz z przed laty pisany w Krakowie....
"Czasem, gdy siedzę na łące,
patrzę w niebo, oglądam chmury,
przypominają mi się sny sprzed miesiąca
i chcę lecieć wysoko do góry....
Kładę się wtedy w wysokiej trawie,
zamykam oczy, myślami błądzę,
uciekam w świat mych najskrytszych marzeń,
ten kolor moich snów nigdy nie zblednie...
Tu wiatr gra swoją melodię,
do których ptak śpiewa swe słowa,
szum liści i wody brzmią dziś podobnie,
to właśnie jest moich marzeń mowa...
A kiedy leżenia już mi się znudzi,
otworzę oczy i na trawie stanę,
wrócę do miasta, do domu, do ludzi,
lecz marzyć już nie przestanę...
I pewnie długo mógłbym pisać, o tym, że lubię zapach lipy, o robaczkach świętojańskich, które wyglądały jak małe latarniane punkciki z seledynowym światełkiem na tle nieba.... To są takie małe wspomnienia z dzieciństwa... Ale dość już tego sentymentu. To zapewne wpływ pogody? Pewnie pójdę na piwo pod wieczór, spotkam przyjaciół i jakoś to będzie. A skoro weekend, to życzę, aby był on dla wszystkich pogodny mimo deszczu. Pozdrawiam i zapraszam na klip muzyczny na wstępie.
                                                                                   P  a  p  k  i  n

   

środa, 5 lipca 2017

Mamy sezon ogórkowy, a skoro tak, to powspominajmy troszkę...


                    Czar starych jarmarków...
Jutro jadę do Dynowa - to małe miasteczko na Pogórzu Dynowsko-Przemyskim leżące nad Sanem. W każdy czwartek odbywają się tu jarmarki - pewnie jedne już z nielicznych, a które były słynne kiedyś w podobnych miejscach w Polsce. Jadę - może uda mi się coś kupić taniej, coś nadzwyczajnego, czego w sklepie obecnie się nie dostanie (?) Wspominam czasy, gdy jarmarki były czymś powszednim... Byłem gówniarzem, kiedy życie jarmarkowe tętniło swoim rytmem.... W moim opracowaniu dotyczącym biografii rodziny (nie mylić z Genealogią) - na bąknąłem nieco o takich jarmarkach i targowiskach, na które zabierała mnie moja Babcia. Taki jarmark odbywał się na wielkim placu Rynku) pod Ratuszem. Plac ciągnął się po osi dzisiejszej ulicy Słowackiego. Był ogromny, na którym handlowano czym kto mógł. A błoto było tak niesamowite, że po wyjściu z tego placu, człowiek wyglądał jakby wytarzał się w błocku. Ale to była specyficzna atmosfera - tajemnicza i za każdym razem inna. Sam też w latach późniejszych, już na obecnym placu targowym i hali, wraz z kolegą z "Serwówki" sprzedawałem młode buraczki, oczywiście zrywane z ogrodu jego dziadka, czyli gospodarza... Wykrzykiwaliśmy: "buraczki ćwikłowe na żołądek bardzo zdrowe..." I szły jak woda. Tak - to były czasy! "Kupcie ode mnie to co sprzedaję - owoce, pończochy, paczkę fajek. U mnie warzywa i słodycze, u mnie kurze jaja wielkie jak indycze..." Krzyczało się, krzyczało... To czasy, kiedy straganiarz potrafił przez wiele godzin, prawie nie oddychając - zachęcał rymem do zakupu u niego. To była prawdziwa poezja miejska. Dziś trudno uwierzyć, że wokół najlepszych zawsze gromadziły się tłumy ludzi zasłuchanych w głos, jak w największy przebój jakiegoś idola. I tak w transie podchodzili kupując wszelakiej maści dobre na wszystko, (a wiemy, że jeśli na wszystko, to znaczy na nic), czy środki na porost włosów. mało tego - absolutnie nie miało to znaczenia, że dany środek okazywał się nieskuteczny. Tak więc włosy nie rosły, mahoniowa opalenizna po godzinie schodziła z całą skórą, a pies po spożyciu cudownej karmy śpi czwartą dobę... Bo w tym rytuale najważniejsza była sama prezentacja produktu, potem moment zakupu, a sam towar był najmniej istotny. Wszystko to, ta atmosfera, ludzie, gwar - był dla mnie tak ekscytujący, że wypatrywałem sposobności, aby powtórnie znaleźć się w tym miejscu, oczywiście z moją Babcią. Dziś niestety o taki spektakl niezwykle trudno. Widuję je w czwartkowe targi w Dynowie i własnie jutro tam się udaję.
Szkoda tylko, że nikt już nie mówi wierszem...
Pozdrawiam....
                                                                        P  a  p  k  i  n
   

poniedziałek, 3 lipca 2017

Ach te dawne czasy...

W "Historii Rodziny" nie znalazło się miejsce na pokazanie sekretnego miejsca kobiecej prywatności - tajemniczych schowków, szuflad, mebli kryjących kosztowności i tego wszystkiego, co stanowiło tajemnicę ich image... Owszem, jest opis dworku - rezydencji w Krakowie, ale nie ma żadnych informacji związanych z dzisiejszym tematem. Wielka szkoda... Nie mniej interesowały mnie sprawy innej wagi, toteż nie zwracałem uwagi na szczegóły. Mebel, którym zachwycała się każda kobieta w tamtych czasach, mogła być toaletką. Była synonimem pewnego rodzaju celebracji własnej kobiecości, świata perfum, biżuterii czy też tajemnic przechowywanych w szufladach, zwłaszcza tej sekretnej, o której wiedziała tylko użytkowniczka mebla... Widziałem taki mebel u mojej Babci, w jej pokoju na "Serwówce," do którego zaglądać nikt nie miał prawa. Takich mebelków było więcej, choćby bieliźniarka, czy stylowe lustro z rozmaitymi schowkami. Miejsca to tajemnicze, niedostępne... Ile takich być musiało we dworach i w miejscach, o których pisałem i które opisane zostały w "Historii Rodziny." O czymś takim mówi wierszyk "Skarby mojej Babci," w którym mowa o zielonym pudełeczku, a w nim to, co stanowiło "skarb" ówczesnej kobiety. Podobnie było w dworku moich dziadków w Marianówce koło Horochowa i z tego miejsca zachowało się kilka zdjęć. Nie wiem jakim cudem, gdyż banderowcy nie pozostawili niczego, a dziadków zamordowano... Ale raz udało mi się dotrzeć do takiego miejsca, o czym tylko ja wiem i do dziś była to wyłącznie moja tajemnica. A było tam co niemiara różności ze starymi fotografiami na czele. Dzisiaj z rozrzewnieniem oglądam stare fotografie pięknych dam z podpisami, lecz nic o nich nie wiem, (nie mam ich nawet w Genealogii) z wypracowanymi lokami, w koronkach, jedwabiach, z biżuterią, z piórami w kapeluszach i wachlarzami... Tak, tak, to rok jak w podpisie 1873 i dalsze... Podziwiam fantazję z jaką podkreślały swoją urodę. Zazdroszczę czasu, który kiedyś kobiety miały dla siebie, na zgłębianie własnej kobiecości. My żyjący w obecnych czasach wciąż się śpieszymy, toniemy w obowiązkach, wpadamy w utarte schematy, chodzimy tymi samymi ścieżkami. Niewiele rzeczy już nas zachwyca, po prostu - świat się zmaterializował... Ale są takie miejsca, które zachęcają do otwarcia tej najbardziej sekretnej szufladki - miejsce, w którym można się zatrzymać i przenieść w świat zmysłów i przyjemności. Jest to "sklep," który można byłoby nazwać "Zapachem kobiety." Tak myślę, że powstał z myślą o kobietach, o ich erotyce, choć widuję tam również mężczyzn. Sam czasem wchodzę do tego świata tajemnic, by nacieszyć umysł wonią, którą nigdzie indziej nie znajduję. Jest taki sklep w moim mieście i są tam przedmioty subtelne, delikatnie pobudzające. Kosmetyki, czekolady do malowania na ciele i do jedzenia także. Kremy, olejki do masażu, do kąpieli, feromony, afrodyzjaki. Wszystkie pudełeczka, buteleczki, puszki są niezwykłe. Pięknie stylowo opakowane - ekskluzywne... Inspirowane są kulturami wschodu, japońską shungą, czyli tradycyjną siedemnastowieczną grafiką: Kamasutrą i baśniami z tysiąca i jednej nocy... Wystrój sklepu łączy klimat damskiego buduaru z końca XIX wieku z barokowym blichtrem i stylistyką Orientu. Zapach jaki unosi się w sklepie jest niezapomniany. Toteż odwiedzany jest przez ludzi młodych, jak też starszych - ludzi zupełnie zwyczajnych. Kobiety i mężczyźni kupują dla siebie i swoich bliskich krople pachnideł, gdyż są niestety drogie. Tu można otworzyć się na własną erotykę i zmysłowość. Wszystko to jednak w sposób delikatny, jak muśnięcie piórkiem... To jest właśnie taki moment, kiedy mam ochotę zwolnić i zachwycać się chociaż przez chwilkę, poświęcić więcej uwagi detalom. Każda kobieta może przecież sprawić, by jej noce były ekscytujące i niezwykłe, a poza tym schematem są aromaty, smaki, wrażenia, które tylko czekają, by je odkryć i zaznać... Czarujący dawny świat zamknięty w czterech ścianach, który gdzieś odszedł w zapomnienie. I tylko dzięki wytrwałości i pamięci odkrywany jest ponownie.
Jak długo jeszcze z nami będzie.....? 
Serdecznie pozdrawiam.
                                                                          P  a  p  k  i  n