Szukaj na tym blogu

wtorek, 27 września 2022

 

                                                N i e m o c....

Staram się myśleć daleko do przodu z dużym wyprzedzeniem. Ale są sytuacje, kiedy nie da się przewidzieć  pewnych zjawisk tym bardziej, że często trudno liczyć  nawet na osoby , co do których ma się zaufanie, nawet pełne. Nawet człowiek jest zawodny, choć nie należy do "martwej natury," a ja być może zbyt wymagający, niecierpliwy, jak mówią co niektórzy....Hej - ja nadal mam dobre "hamulce"  i taka oprawa jest mi zbyteczna....Ale to prawda - jestem osobą niecierpliwą w sprawach, które wymagają pilnego załatwienia lub podjęcia wiążących decyzji co do ich realizacji. Najbardziej jednak są stresujące oczekiwania na odpowiedź  przesyłanych zapytań w sprawie....Brak tych odpowiedzi, bądź co bądź od osób posiadających decyzyjność budzi przynajmniej dla mnie pewien niesmak. Zastanawiam się co można zrobić w sytuacji takiej niemocy? Czy można egzystować w spokoju wiedząc, że coś idzie nie tak, a konsekwencje mogą być dotkliwe również dla mnie...? Kto powiedział (z resztą), że muszę brać w czymś udział? Staram się być lojalnym wobec sprawy i ludzi, jednak to trudna decyzja (pomijam w tym miejscu brak czasu lub inne zajęcia uniemożliwiające podjęcie takich czy innych decyzji). Czy muszę się tłumaczyć ze swojego zniecierpliwienia, a może nie pasuję do chorągwi, bo i takie coś można mi zarzucić? Może można, ale to kosztuję moje zdrowie i w takiej sytuacji, aby powstrzymać swój gniew, pozostaje nic innego, jak tylko włożyć granat w spodnie i się wysadzić z...radości!  Albo kupić flaszkę i z tego "nieszczęścia" dać sobie czadu, bo to jedyne logiczne wyjście!
Bywajcie!
                                                                        P   a   p   k   i   n

sobota, 24 września 2022

 

  

                                      Wolna sobota z Papkinem...

                                  Spacerkiem po moim mieście...

                                                  A ja chodzę spacerkiem ulicami,
                                                  zaglądając w każden zakamarek,
                                                  mijam ludzi zabieganych
                                                  w ten jesienny, słoneczny poranek.
                                                 Jeszcze kwiaty na klombach się złocą,
                                                  czuję zapach minionego lata
                                                  i szczęśliwy jestem, że mieszkam,
                                                 w tym spokojnym i pięknym mieście....
                                      
                                          Dzień dobry moje miasto...
Mamy dziś drugi dzień tegorocznej jesieni. Wybrałem filmik, jeden z wielu, które przewijają się w Internecie. Myślę, że przypadnie do gustu. Jestem dumny, że pochodzę właśnie z tego miasta, tak prężnie się rozbudowującego. Wszystkim życzę to co najlepsze, przede wszystkim dobrego humoru, uśmiechu i zadowolenia.
Pozdrawiam.
                                                     P   a   p   k   i   n









wtorek, 20 września 2022

 

Za każdym razem, kiedy podejmuję ten temat mam obawy, że znajdzie się ktoś, kto będzie miał nie tylko inne zdanie, ale zacznie wytykać mi przeszłość i powrót do czegoś, czego za kilka lat nikt pamiętał nie będzie...Tak - z tym mogę się zgodzić, bo sam dochodzę do podobnego wniosku. Ale ja jestem człowiekiem "starej daty," jak to jest określane i tą osobą, która kultywuje tradycje rodzinne, również te z przed lat. Nie będzie dziś żadnych żalów, choć to akurat prześladuje mnie od lat i do tej pory nie zostało wyjaśnione, nie było jak dotąd żadnych przeprosin. Za naszą wschodnią granicą trwa wojna, ukazywane są zbrodnie na ludności - to haniebne i przykre. A ja pytam, kiedy ofiary  Pogromu Wołyńskiego doczekają się prawdy o tym, co stało się w czasie wojny, choćby w 1943 roku...? Zamiast wstępu kilka urywkowych zapisów w Genealogii z czasów, kiedy "sielankowe" życie pod Horochowem toczyło się normalnym trybem....Ta Kolegiata w Horochowie z całą pewnością była odwiedzana przez mojego Ojca , Dziadków i rodzinę....

                                                           *******

                                        Przed dworkiem na podwórku 
                                   Marianówka k/Horochowa 
"Był rok 1943 - niedziela. To wtedy, gdy ludzie gromadzili się w Świątyniach, aby dzień święty święcić, banderowskie hordy przekształciły ten region Polski w pożogę, łuny pożarów, w niezwykle wyrafinowanych metodach zbrodni na niewinnych ludziach..."
Jest rok 1999 - sierpień. Po intensywnym przygotowaniu ryzykuję wyjazd na Wołyń, do miejsca, które odwiedzę po raz drugi, gdzie znajdowała się posesja i gospodarstwo Dziadków - dom rodzinny mojego Ojca, jego rodzeństwa, rodziny. Ogarniam też myślami pozostałe miejsca, których w tej podróży nie odwiedzę: Stanisławów, Krzemieniec, Równe, Sarny, Łuck...Zatrzymałem się w miejscu i dzięki osobie, która wskazała, gdzie, w którym miejscu znajdowały się poszczególne zabudowania rozległej posesji. Zastałem dziko zarośnięte miejsce, gdzie stał dom - dworek, podwórko, ogrody. Z pod trawy wygrzebałem fragment cegły z podmurówki domu i do dziś przechowuję ją jako relikt dawnej świetności tego miejsca....Krótki opis błądzących myśli i strach, który przeszywał mój umysł - trudno nie myśleć, że za plecami nie stoi ktoś, kto nie jest mi przychylny. Bo choć nie zauważyłem wokół żywej duszy, to czułem wzrok innych na moich plecach....W tym domku pod kolumnami kryły się marzenia i to wszystko co związane było z jego okolicą. Tajemniczy ogród, słońce zaglądające pod każdy listek drzew, studnia i ten wielki dąb rozłożysty w przestrzeni prowadzącej z podwórka nad rzekę. A Zboryszówka to jakby inna historia, to kąpiele w leniwie płynącym nurcie wody i krowy  będące nieodzownym zbiorowiskiem przy wodopoju. Ten dom, ten dworek, girlandy kwiatów o które dbała Babcia, białe okiennice i cała atmosfera beztroski, choć trudnego życia na wsi tuż obok miasta, które wyrastało zza szpalerów drzew i w oddali majacząca wieża kościelna....Dziadek - botanik zajmujący się swoją profesją, pochłonięty pracą nad roślinami, krył się pośród nich, a sam ogród był wyłączną jego domeną. Nikt z nas bez potrzeby nie zaglądał w te tajemnicze zakamarki, choć podziwialiśmy białe tabliczki z nazwami roślin wypisane po łacinie. Dziadek tłumaczył ich znaczenie snując opowieści o ich właściwościach....Był też ogród, również tajemniczy z owocami, a prym wiodły jabłonie i grusze, z których najbardziej lubiłem klapsy - miękkie, soczyste, zrywane prosto z drzewa. Te opadłe rozbijały się i pozostawała po nich plama miąższu, którą żywiły się pszczoły i osy. Na końcu ogrodu rosła soczysta czereśnia i te "straszaki" przed szpakami....Wszystko wkomponowane było w jedną harmonię gospodarskiego organizmu, któremu ton nadawali "Starsi...." Ojcowizna, jak mawiał mój Tata, która nawet daty swojego powstania nie pamięta (mieszkali tu rodzice Ojca, ich Dziadkowie i kto wie, czy nie jeszcze ktoś) leżała nad Zboryszówką - rzeką wolno płynącą, nawet zbyt leniwie, nad brzegami której zbierała się nie tylko rodzina (ten brzeg łączył się z posesją), jak również cała śmietanka okolicznych sąsiadów, w tym również Ukraińców. To był również wodopój sąsiedzkich zwierząt domowych - krów, koni i psów fikających radośnie wraz z dziećmi.
 
To nie tylko w zaciszu domowym, również tu biesiadując nad wodą, snuto opowieści o starych dziejach, czasach, historii nie tylko rodziny, o Polsce i jej dalekich obrzeżach Podola, skąd ród się wywodzi....Życie w tym klimacie było radosnym dzieciństwem wielu pokoleń, nawet w dni niepogodne, gdy na dworze szalały ulewy, śnieżyce, mróz, czy upalne letnie dni. Życie kwitło spokojnie wśród zielonej przyrody i łanów złocistego zboża. Wieczorami siadaliśmy w salonie, Dziadek wyjmował z futerału skrzypce, na których wygrywał melodie tłumacząc wcześniej ich znaczenie w sensie muzycznym i....historycznym. Grywał utwory polskich kompozytorów, a Babcia wtórowała na pianinie stojącym w głębi salonu pod wielkim oknem z którego rozciągał się widok na podwórko i dalej na okazały dąb. Stylowe latarnie naftowe (kaganki) dawały blasku i tajemniczej atmosfery, gdy za oknami zapadał zmrok - wtedy muzyka rozchodząca się po całym domu stawała się "mgłą" otulającą  wszystkie zakamarki. Melodie wpadały w ucho i długo w nocy spać nie dawały....Wśród burz dziejowych, jakie targały naszą kresową ziemię, przechodziliśmy przemiany nie tylko dziejowe, lecz także, a może bardziej osobiste. Walki plemienne (tu wspominam opowieści przekazywane wcześniej przez samego Dziadka i nie tylko przez niego, a słowa były przekazem jego Ojca i rodziny - wywózka na Sybir po Powstaniu Styczniowym i inne opowieści). Jak to na Podolu bywało, o powstaniach zbrojnych i tych, którzy nigdy do domu nie powrócili, czy też innych zmaganiach i o tej rodzinnej historii, która szła równolegle w parze, jak panna do ślubu wraz z dziejami Polski. O Tatarach, Mongołach, dalekich stepach, po których tylko wiatr hulał, czy zagubionych jeźdźcach pośród wysokich traw i...bandach czyhających na podróżnych. O łunach pożarów wywołanych ludzką ręką czy przez naturę, o zbrojnych potyczkach i niezrozumiałej polityce tamtych czasów, o terytoriach bez granic, które były widokiem walk, zbrodni i innych śmierci, często niepotrzebnych. Opowiadano też o wcześniejszej krwawej potyczce wywołanej przez Książęta Ruskie i krwawą łaźnię zgotowaną im przez Mongołów, jakby na własne życzenie w bitwie nad rzeką Kałką....Licho wie, czy aby ktoś z naszych nie brał w tym udziału....?Osłuchałem się tych opowieści, podobnie jak tej z najbliższych dziejów historii tego miejsca, również niesamowitych, jak te staro dziejowe. Moja głowa z trudem mieściła wszystkie wydarzenia związane z opowiadaniami, ale jednak pomieściła więcej....Bo gdybym ponownie powrócił do swoich czasów, a robię to z bólem, to musiał bym zwrócić uwagę na zagadnienie "Idei tłumu" - tej ludzkiej masy dominującej we wszystkich tych opowieściach w kontekście "sztuki walki" gdzieś z Dalekiego Wschodu, bo jest ona jakby pod skórą, a natłok wszystkich zdarzeń jest wyczuwalną obsesją....Ale nie - nie chcę wrócić do swoich czasów - jeszcze nie teraz. Chcę pozostać w tej sielskiej" atmosferze IX i początku XX wieku, bo historia dzieje się tu i teraz oraz wcześniej na przestrzeni wieków, co nie znaczy, że była to sielanka jaką można by nam "nowoczesnym" przypisać....Szlachectwo zobowiązuje. We mnie jak widać płynie odrobina jeszcze błękitnej krwi i nie zapominam o tym. Dziś wspominanie, mówienie o tym spotyka się z kpiną, wyśmiewaniem, a nawet pogardą. A ja jestem wtopiony w historię z herbem i pochodzeniem rodu, który rozlał się na Kresach jak wody wielkiego oceanu, na najdalszych rubieżach Rzeczypospolitej od Podola przez Wołyń i Roztocze....A teraz znowu siedzę na pustym zarośniętym "placu," na podwórku przed nieistniejącym dworkiem z kolumnadami, z szeroko rozwartymi okiennicami, pod starą lipą tuż opodal ogródka z którego wyglądają śmiejące się żółte słoneczniki....W ten letni dzionek z bezchmurnym błękitnym niebem...i to słonko udzielające się ciepłymi promieniami. To wszystko sprawia, że czuję się lekki, pogodny, szczęśliwy, ze jestem w tym miejscu, ale też przygnębiony. Wszystko co tu było radością rodziny Ojca zostało spalone, zniszczone, nawet drzewa wycięto, aby wymazać polskość w tym miejscu....Życie w zaciszu, wspaniałej oprawie wielkiego Wołynia - ziemi Ojców naszych i ich przodków....Ta ścieżka wydeptana na łące i leniwie płynąca woda w rzece, ten nastrój nadaje wrażenie bycia w...Raju. Ten niewielki niski plotek tuż przed gankiem nieopodal lipy, która żyła brzękiem pszczół zbierających nektar, bo czemu miał służyć, który można było przekroczyć jak skakankę rozłożoną na trawie - bardziej ozdobny, z kunsztem wykonany, wypleciony z ogarków wystruganych z drewna. Kto wykonał tak mozolną rzecz, która służyła jako ozdoba? Wszystkie te myśli tłoczące się w przestrzeni, nie dające spokoju i brzmienie skrzypiec, klawiatury fortepianu, głosy i okrzyki dzieci, śpiew ptaków pośród drzew, to wszystko tak ulotne umyka do tyłu, zamiera w najdalszych zakamarkach umysłu...."Jak dobrze moja skołatana duszo! Zbawco oczu moich, mojego umysłu przyswajającego to wszystko co widzę w jego przestrzeni dziś - tu na tym pustkowiu, a widok wcale nie jest pusty....Białe ściany, biały sufit, te drzwi wejściowe tak charakterystyczne przy wysokim progu i...podłoga w izbie w tarasobiczowe paski. Całą podłogę w salonie pokrywają poprzeczne "rowki", jakby ręcznie malowane w ten sposób, aby z jednego konca salonu kolor przechodził z indygo w pomarańcz i na odwrót. Na ścianach cenne obrazy i relikty historyczne - szable i pukawki, jakieś ryty i oszczepy, trąbki myśliwskie, a na korytarzu trofea wcześniejszych polowań....
"Kiedy bierzesz do ręki "Zarys biograficzny rodu," tam znajdziesz kilka odpowiedzi oraz szerszych opisów - tutaj w tekście wykropkowanych (....) A może nadal poszukiwał będziesz tego, co uciekło z dziejów historii - dziś trudnych do odtworzenia...?"
"Ze stepów Podola, z gór Podkarpacia, z rozwianych prochów historii narodów, wracają Oni, wszyscy dziś zapomniani, z komnat pałaców szlacheckich, dworów chłopskich, omszałych progów. Wracają Ci, których dziś trudno odnaleźć, zakatowani, umęczeni i tylko ich kości bieleją w nieznanych "mogiłach...." Jest też przepowiednia, która rujnuje sielską atmosferę. Bo choć lat temu - raczej wieków miało miejsce, to jednak piętnem się odbija w naszej rodzinnej społeczności. Ująłem to zagadnienie po swojemu dawno temu, jak napisałem: - "bez znaczenia nie naciskając na sprawę..." "Znaleźć w tej kałabani jakie bądź wyjście, znaczyło dla nich "być, albo nie być...." Takoż i wtedy brat rękę na brata wyciągał, aż do tragedyji doszło...Ano i na ten czas naszym familijnym druhom zasobności w gotowiźnie cało stoi na majątkach w Podle tylnej pod  - to tu rozegrała się tragedyja. Co i pomiarkować teraz łacno, że od prosperity żeglugi dniestrowej (rzeka Dniestr), to jak i reszty galicyjskiej szlachty była zawisła, tak i samego księcia naszego i króla późniejszego - Michała Korybuta Wiśniowieckiego....A było to u schyłku tegoż i od tej pory jakieś fatum ciąży nad familiją naszą...." 
"Budzę się ze snu," który ujawnił po raz któryś tamten czas spokojnej i niespokojnej "sielanki." Widzę całe obejście wołyńskiej posiadłości, dzieci (tudzież mojego Ojca i rodzeństwo), zwierzęta kapiące się w rzece. Ten gwar i śmiech dzwoni mi w uszach. Ten czas przed zbliżającą się "burzą,"która zakończy historię zakończoną Tryptykiem...."
I ta herbatka dla "głupców," którzy stali się niemymi świadkami przez przypadek nie znając szczegółów. Kto wie, czy mnie też to nie dotyczy? Ale to własnie ja tymi słowami poniżej wyciągam na światło dzienne tamten świat...
Patetyczna tuba patefonu w zaciemnionym kącie salonu, w jego głębokim zakamarku. Słoneczny stok porośnięty trawą i jegomość siedzący przy stoliku na jasnym tarasie i to wszystko z dziejów w kolorze czerni - nad jegomościem, nad stolikiem, nad tarasem....
Melodia śpiewa wypuszczane przez usta słowa -
Babcia "wbita" w seledynową połyskliwą suknię 
(zapach płowych włosów).
Dziadek - kwartet smyczkowy siedzący w wyplatanym fotelu - 
(brak czasu - nie ma czasu)....
Punktualnie o siedemnastej czasu Greenwich pokojówka w białym fartuchu roznosi herbatę...
Biesiadnicy z salonu wyciągają węźlaste szyje czując zapach brązowego płynu (lub lury, jak wieść niesie)...
Nozdrza rozdymają się zapachem,
a Oni wykonują ruch do przodu, aby sięgnąć po filiżankę.
Dama - dostojna Babcia o pełnym podbródku mówi z uśmiechem 
i lekką ironią - 
"Milordzie...." (do Dziadka), podając skrzypkowi filiżankę popołudniowego napoju.
Obraz sielskiej atmosfery dnia, który chyli się ku zachodowi.
Nastaje cisza i ciche pochlipywanie - 
pokojówka znika za zasłoną kotary....

                                       *******

"Gdzieś za Marianówką, od strony Piskora,
pędzi po bezdrożu jeździec zadyszany,
koń zapieniony, w pocie cała głowa,
rzeź i pogromy - płoną wszystkie domy.
Cała wieś w ogniu, czuje się swąd dymu,
dziadek Franciszek zabity, czy ranny?
Wszystkich Polaków tam rżną dzikie bandy,
śmierć i pożary w całej okolicy....
A dziś tu spokój - wszystko zamarło,
po ziemi ojcowskiej nie zostało śladu,
ta cisza tak ciąży i krew mi się burzy,
a złość moja wielka - siłą wodospadu. 
Moja wyprawa mi się nie udała,
większość mieszkańców zukrainowana,
naszego powrotu się nie doczekała,
ta ziemia nasza z dziada pradziada
na wieki pozostanie tylko w sferze marzeń.....

Udanego tygodnia życzę. 
Pozdrawiam.
                                                        P   a   p   k   i   n


sobota, 17 września 2022


                                                      Ostatni tydzień lata....

Telewizyjni meteorolodzy nie napawają nas optymizmem. Czeka nas pogoda wietrzna i deszczowa, czyli jesień w pełni z przygruntowymi przymrozkami. Jeszcze chwila i nastąpi zmiana czasu, choć dzień krótszy już o cztery godziny.
Ale można spędzić czas w...lesie. I proszę, wystarczyła chwila i taki efekt. To był czysty przypadek, bo idąc do lasu nie miałem na myśli rozglądania się za grzybami - jakoś samo się tak nazbierało....Można więc spędzić czas daleko od spraw codziennych, z dala od ludzi, bo jakoś nikogo też nie spotkałem na swojej drodze prócz grzybów. 

Miłego po piątku w zdrowiu, swobodzie i spokoju życzę.
Pozdrawiam.
                                                                            P   a   p   k   i   n

czwartek, 15 września 2022


                                                        Siła Wspólnoty....

Muszę się pochwalić, że jestem bardzo zadowolony. Cieszę się, choć sam nie wiem z jakiego powodu - ot tak po prostu....I chyba dobrze, że to pozytywne myślenie mnie nie opuszcza, pozwala na optymistyczne zachowania wobec stojących przede mną wyzwań. Jak to możliwe, że jeszcze wczoraj borykałem się z własną słabością? Jak widać jest to możliwe dzięki jednej osobie - takiemu doradcy duchowemu, który zwykłą rozmową zmienił mój dotychczasowy tok myślenia. Wyrażam nadzieję, że będzie to długotrwała odmiana. Ale to też wymaga pracy nad sobą, których to czynności praktycznie uczę się całe życie i nie zawsze się udaje. Są bowiem sytuacje, które potrafią człowieka zdołować, sprawić brak chęci do dalszego działania....Te mobliwe słowa wyznaczają styl funkcjonowania naszej Wspólnoty Parafialnej, a ważną kwestię jej funkcjonowania jest to, że to my zespołowo prowadzimy życie parafialne. To taka studnia do której przychodzi się o każdej poprze dnia, gdzie można zaczerpnąć wody i nią się posilić, nabrać sił i orzeźwienia. Życie wpółnotowe musimy tak budować, aby było one miejscem duchowego wzrostu i aby Pan Bóg mógł na nas zawsze liczyć i abyśmy mogli na siebie liczyć, a świadectwem swojego życia umacniali siebie wzajemnie na drodze ziemskiego pielgrzymowania...Wiem - słowa zawarte dziś może zdziwią wielu moich komentatorów, ale i te sprawy muszą czasem wybrzmieć, aby dać świadectwo wiary....Mamy połowę tygodnia. Wielu z nas oczekuje wolnych dni, aby zaczerpnąć odrobinę wytchnienia. Jeszcze dwa dni i znowu po piątek. Niech ten wolny czas skłoni nas do refleksji, abyśmy ten czas wypełnili dobrem dla siebie, zwłaszcza dla drugiego człowieka. 
Pozdrawiam.
                                                             P   a   p   k   i   n
 

sobota, 10 września 2022

 

                                   Wolna sobota z Papkinem...

"Zamiast cieszyć się wolną chwilą zwaną po piątkiem (celowo nie używam  określenia "weekend"), "On" znowu wymyśla coś co nie pasuje do tej chwili..." I być może wszyscy, którzy tak myślą będą mieli rację, ale czy do końca...? Być może nawet to sobotnio niedzielne oderwanie się od spraw, które dotykają nas przez cały tydzień, będzie czasem refleksji i zastanowienia się  - jak zminimalizować wszystko to co nas trapi. Bo mimo upływu czasu, w dalszym ciągu nie potrafię "oswoić" się z wydarzeniem, które zdmuchnęło z mojego oblicza uśmiech, zapał, entuzjazm i inne cechy świadomej radości życia, pogrążając w niemocy nie tylko mnie. To wszystko ciągnie się za mną jak jakieś fatum, aby nie użyć określenia: jak flaki z olejem i nie będzie to żaden banał. Następują na krótko chwile zapomnienia, a potem wkradają się w moje życie chwile, które mnie dołują i w żaden sposób nie potrafię wytłumaczyć sobie motywu tej "odwagi" i tego co potem nastąpiło, czyli głupoty, może nawet złośliwości...Mimo to staram się optymistycznie patrzeć do przodu myśląc innymi kategoriami. Ale to zdarzenie z lipca br. wzbudza złość, gniew, bo problem pozostał dla nas żyjących. Nie mniej cały czas stawiam sobie pytanie: "Jak żyć pomimo rozczarowań."? Bo coś się skończyło, nie wiadomo (choć wiadomo) co będzie....? Moje życie w jakimś zakresie legło w gruzach, choć nie do tego stopnia, abym rwał włosy na głowie. Ale na horyzoncie nie zauważam nikogo, kto mógłby je poukładać na nowo...Przez ostatnie kilka lat była jakaś nadzieja, coś się tliło na lepsze, czasem nawet rozwijało (tak myślałem), komuś nawet zaufałem - i tak nagle z dnia na dzień to wszystko zgasło, prysło jak mydlana bańka...Jak żyć? Co robić? Czy jest sens cokolwiek robić? Kolejny raz zaczynać od nowa Takie rozterki jak zarysowane powyżej, są teraz moim i nie tylko moim udziałem na co dzień. Myśląc o tym zjawisku swoistego życiowego "zawieszenia w próżni," uświadamiam sobie, że w mniejszym czy większym , a i chyba każdy z nas ma takie chwile, czasem nawet miesiące, gdy obarczeni jesteśmy jakimś wielkim znakiem zapytania....Coś się skończyło, nie wiadomo co będzie i jak będzie, co robić w takich sytuacjach, jaki jest sens tego wszystkiego, co było, co jest....?
Ale skoro mamy te wypoczynkowe dni, zapomnijmy o tym co nas trapi, co ugina. Czas zrobi swoje, choć on sam ran nie leczy, o czym przekonuję się od wielu lat.
Życzę optymizmu mimo wszystko. Dziś deszczowa aura, ale nie zmienia to poczucia humoru. Dobrej zabawy i wypoczynku życzę.
Pozdrawiam.
                                                                P   a   p   k   i   n

  

wtorek, 6 września 2022


                          Wspomnienie lata (podsumowanie)....

Co tu dużo mówić - lato mamy za sobą, ale to nie znaczy, że tacy "wariaci" do których sam się zaliczam tak szybko nie odpuszczają. Co prawda noce są zimne - tak, tak zimne, nie chłodne, bo ten chłód inaczej odczuwa się w środowisku w którym przebywamy na co dzień, inaczej jest w plenerze zwłaszcza w górskim. I chciało by się powtórzyć słowa każdego roku o tej porze - jak zabezpieczyć się przed utratą ciepła lub w ogóle o nie zadbać? A pamiętam, kiedy znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia...(?) W końcu poszedłem po rozum do głowy, a po podszepcie dobrej rady przez podobnego do mnie "wariata" - stanąłem na wysokości zadania i od tamtej pory chłód jest mi obcy....
Bieszczadzki świat o tej porze roku jest bardzo ciekawy - szorstki, "odludny," cichy i spokojny. Mam na myśli wędrujące jeszcze grupy turystów, ale jakby bez specjalnego wyrazu, choć uśmiechnięci lecz małomówni....Temat poświęcony moim wędrówkom, już wcześniej gościł na blogu, zresztą jest to temat, który bardzo często poruszam, Temat o tyle wdzięczny, ze zawsze budzi we mnie szacunek, gdyż pobyt w dzikich częściach Bieszczad (rzadko korzystam w tras turystycznych), zawsze pozwala czuć się wolnym, niezależnym człowiekiem, zdanym wyłącznie na własne siły. Trudno mi powiedzieć ile kilometrów przeszedłem dzikimi "szlakami" po gęstwinach, zaroślach, lasach nie spotykając po drodze nikogo kogo mógłbym pozdrowić. W tej dziedzinie nikt w rodzinie mi nie dorównał, co potwierdzają liczni rozmówcy. Są też tacy, którzy określają mnie pędziwiatrem, że zawsze coś mnie gna, a także dziwakiem nie potrafiącym usiąść na miejscu.
Dziwne to trochę skojarzenia porównujące mnie do dziwaka i szczerze mówiąc, wolę na swojej drodze spotykać takie oto zwierzęta niż ludzi - mam spokój i mogę skupić się wyłącznie na sobie i na tym, co mnie otacza. Przynajmniej przez to wędrowanie poznaję, zwiedzam i posiadam wiedzę na sprawy, o których własnie tym osobom nic nie wiadomo. Cóż - różnych dziwaków spotykamy na swojej drodze, mogę też takim być także ja....Spotykam na swojej drodze coś, czego w normalnych warunkach, w środowisku miejskim trudno napotkać. Tylko taki jak ja wariat wie, co staje przed moimi oczami, ile mrówek chodzi po moich plecach, tych prawdziwych i tych ze strachu. Bo chociaż się nie boję, to jestem tylko człowiekiem, a ten ma gdzieś w sobie ukrytą bojaźń - to normalne. Uważny czytelnik przeglądając moje wcześniejsze relacje znajdzie opisy różnych sytuacji w jakich się znajdowałem - noce pod namiotem w głuchej ciszy, o zwierzętach przechodzących tuż obok...Naprawdę ciekawe są to chwile na łonie natury.
Jeszcze chwila i takie obrazki będzie można śledzić na bieżąco, zmierzyć się z trudnościami "lodowej pustyni," czy też z obecnością wszędobylskiej zwierzyny...
"Wędrowałem polną ścieżką pomiędzy polami,
a horyzont jest tak nisko styka się z chmurami,
łany zboża złotem błyszczą - chabry i kąkole,
a ja idę taką ścieżką przez to wielkie pole.
Wielka "chata" pośród pola, kto ją tu postawił,
nic nie widać dookoła, domek wzrok mój zwabił,
ani drogi tylko ścieżka, jak się tutaj dostać,
a wędrowca nogi bolą - oto moja postać!
Tylko świerszcze pobzykują, w górze skowron śpiewa,
jak zmęczona moja postać, ależ mi się ziewa?
Gdzie tu spocząć, jak się dostać
do środka tej chaty,
nie zamierza moja postać wąchać chabru kwiaty.
Noc się zbliża, a ja "błądzę" dookoła domku,
patrzę - dziura, deski nie ma i jestem już w środku.
Olaboga, trochę siana leży na klepisku,
dobra nasza, chata pełna, 
choć ma sucho w...pysku.
Zaraz wyjmę coś z plecaka - buteleczkę wody
i pokropię moją głowę, zwilżę także nogi.
A jak słonko znowu wzejdzie z ponocnej chmureczki,
wtedy ruszę w dalszą drogę, wypoczęty, rześki.
Teraz usnę na tym sianku i głowę ułożę,
kilka godzin do poranka - strzeż mnie Panie Boże....!
(mój wierszyk z roku 1973)

Życzę udanego tygodnia, zdrowia i wypoczynku.
Pozdrawiam.
                                                P   a   p   k   i   n





sobota, 3 września 2022

 

Ostatnie wędrowanie....

"Lato - świeci słońce nad nami, ogrzewa nasze nagie ciała  promieniami...." Jakoś  tak brzmią  słowa  piosenki nadawanej w ostatni dzień  "Lata z radiem" w radiowej jedynce. Odnosiłem  się  już do jesieni, choć  Lato jeszcze trwa. Widziałem  sznur turystów  idących  szlakiem na Połoniny Wetlińskiej. Smerek (1222m. npm) gdzie można  chwilę odetchnąć,  by nabrać  sił  do dalszej wędrówki,  ominąć  Roha (1255 m.npm) i udać  się  do Chatki Puchatki w nowej osłonię. Dalej to gdzie oczy poniosą, albo na Połoninę  Caryńską, albo zejść  na parking w Brzegach Górnych.  A więc można jeszcze wędrować, cieszyć się  widokami, zaliczyć Tarnicę i inne bieszczadzkie szczyty, mieć satysfakcję, że coś się osiągnęło. 

Pozdrawiam życząc  udanych wojaży. 
                                 P  a  p  k  i  n