Szukaj na tym blogu

czwartek, 29 września 2016

                                    (Nie) polemizuję...

Napisała do mnie pewna pani odnosząc się do ostatnich notek dotyczących wędrówek po Bieszczadach. A mnie się wydaje, że pani ta dotyka podobnej sprawy, która była szeroko opisywana przeze mnie na nie istniejącym już Netlogu. Kilka lat minęło od tamtego czasu, ale popróbuję pani odpowiedzieć. Otóż - ja nie przypominam sobie, kto i kiedy nazwał mnie włóczykijem (patrz notka na wstępie), ale jak wyraziłem kiedyś opinię o sobie, że jestem osobą kontrowersyjną i zawsze chodzę własnymi drogami. To często nie podobało się innym, nawet członkom mojej rodziny. Bo czy to źle, że jestem sobą? Przydomek ten próbuję wytłumaczyć (nie sobie) tym, że włóczyłem się po obcych progach, nie ze swojej winy, ani też dlatego, że tak chciałem, często i wyłącznie wbrew mojej woli. Wspominałem już o Domach Dziecka i to chyba wyraźnie tłumaczy ten stan. Dzisiaj to włóczęgostwo ma inny wymiar i charakter, bo włóczyłem" się po różnych urzędach, parafiach, archiwach, cmentarzach (może dlatego lubię cmentarny spokój i atmosferę?), kiedy pozyskiwałem materiały dla genealogii rodzinnej. Kiedy "wypraszano" mnie z jednych drzwi, wchodziłem drugimi, a nawet wlatywałem kominem. Sprawy te wymagały skrupulatności i dokładności. Podróżowałem zajmując się powyższymi sprawami, a przy okazji zwiedzałem poszczególne miejsca. Tak, włóczyłem się po Bieszczadach, choć to już inny temat, Tatrach, Beskidach, po Roztoczu i wielu innych. Nie widzę w tym nic, co mogło by zadziwiać. Co do zarzutu narażania zdrowia czy życia, trudu i niewygody, to nie jest tak, jak pani to widzi. To nie jest żadne narażanie się czemukolwiek czy też komukolwiek. Zawsze mam świadomość tego co robię, z kim mogę obcować, kogo spotkać, choć w większości spotykam ludzi, a jak pani zapewne wie (a może nie wie), że łatwiej i bezpieczniej jest obcować z braćmi mniejszymi niż z ludźmi. Miałem już okazję przekonania się o tym. Nie narażam swojego zdrowia, gdyż zawsze jestem odpowiednio przygotowany jeśli idzie o aurę. Co do reputacji, to nie rozumiem na czym miała by ona utracić? Dla mnie taka wędrówka po bezdrożach to satysfakcja i radość, bo ten, kto choć raz był na takiej wędrówce wie, ile satysfakcji z czegoś takiego i świadomość wolności, że dokonało się czegoś samemu, pokonało trudności, że było się tam, gdzie czasem ludzka stopa jest rzadkością.Zapraszam Panią na taką wędrówkę, bo bez bycia w tej przestrzeni trudno jest o czymkolwiek dyskutować. Proszę popatrzeć na zdjęcia - czy to nie piękno natury? Serdecznie pozdrawiam....  

Papkin

poniedziałek, 26 września 2016

                          Świadomy wybór...(epilog)

Tu jestem - na polanie śniegiem zasypanej, w słońcu świątecznego poranka, w mroźnej rzeczywistości, gdzie cisza tak przejmująca, że w uszach dzwoni...Gdzie świat podziwiać można w innym wymiarze. Tu jestem - gdzieś na końcu świata, w krainie marzeń, w rzeczywistości, która tylko tutaj ma wymiar boskości - srogiej zimy, mokrej wiosny i ciepłego lata. Dziś w tym dniu wyjątkowym , kiedy pod niebiosa  wyśpiewują Anieli -  cieszyć się trzeba z każdej chwili, które życie niesie....
                                                                       A tutaj cisza - 
                                                       śnieg się bieli, słonko świeci,
                                                 nie słychać nawet leśnego hałasu,
                                                    biały dywan śniegiem utkany
                                                  po próg chaty, od granicy lasu....
                                                                                                     Papkin

                                                            K  O  N  I  E  C

niedziela, 25 września 2016

                             Świadomy wybór....(12)

Lubię zimę za jej nieskazitelność...Za oknem czapy - metr śniegu, cisza i biel, aż w oczy razi. Kominek od świtu współtowarzyszy moim marzeniom, jakby czuł, że dziś wyjątkowy dzień. Wszystkiego mi się chce i czuję wewnętrzną radość, nawet tego co nie wolno...(?) Tylko czego tu może być nie wolno, co może być zakazane...? Dzisiaj świat pachnie jedliną i...Wigilią.... Około południa miałem pana leśniczego (że też chciało mu się w taki dzień plątać po lesie?)... Dostałem zaopatrzenie - jest super. I tak z życzeniami odprowadziłem go wzrokiem dopóki nie zniknął pomiędzy drzewami. Za parę godzin w moich myślach zabrzmi kolęda: "Bóg się rodzi moc truchleje..." Posiedzę przy kominku, bo za drzwiami tą wyjątkową atmosferę tworzy zimowy krajobraz. Niekończące się kobierce z bieli pokrywającej cały świat, aż po horyzont lasu. Puch osadził się na drzewach i dachu chatki, a nawet na mojej głowie, kiedy dekorowałem choinkę w pobliskiej szkółce, jakbym chciał ubrać wszystkie elementy krajobrazu w identyczny, nieskazitelny strój. Dopełnia go sino-szare niebo, z rzadka odwiedzane ostatnio przez nieśmiałe słońce. Ostatnia zadymka wyraźnie to pokazała zasłaniając światłość ołowianymi chmurami.... Zwierzątka też będą miały swoje "święto" przy udekorowanej jodełce. Obawiam się jednak, że jakaś sarenka posmakuje smakołyku i w taki sposób ogołoci całe drzewko. I takie jest prawo natury.... Siedzę przy kominku....Moja chatka zasypana śniegiem jest oazą ciszy. Trzymając opłatek w dłoni podchodzę do okienka. Czynię to z uniesioną głową mając w myślach wszystkich, których znam, których znałem i tych, których nie ma już pośród nas. Wzrokiem obejmuję biały świat rozpościerający się za oknem. Niczego nie widać jedynie zarys drzew i ciemno-białego obrazu w polu widzenia. Woń kadzidełka rozchodzi się po całej izbie. Jest przytulnie i ciepło. Jedyna myśl, która mnie nachodzi to ja sam... Jest samotność, na którą się "skazałem," która czasem "niszczy"  ale jest też taka, bez której nie ma dojrzałej osobowości. Nie podejmuję się dziś wyjaśniania tych kwestii - będą one być może tematem kolejnych refleksji. Bo jeśli nie potrafię być sam, nie będę umiał być z nikim innym....(?) Jest przytulnie i swojsko. Czerwony barszcz z torebki smakuje jak prawdziwy i chałka, która dzięki panu Wojtkowi gości na moim stole - ulubiony aspekt dziadkowej Wigilii. Nabieram dystansu do wszystkiego, potem będzie już tylko błogi sen.... Ciemna noc i cisza. Wyjątkowy wieczór, wyjątkowa noc. Nawet watahy wilków rozpłynęły się po nocy. Czyżby i one wyczuły ten niezwykły czas? Anioły wstały, a ja rozpłakałem się jak dziecko... Tak - to tylko sen....Kolejny raz przekonuję się, że słowa zapisane w dzienniczku mają magiczną moc.... "Cicha noc, święta noc..."
  (cdn)
   

sobota, 24 września 2016

Świadomy wybór...(11)

Urokliwy spokój, jaki mnie otacza, ciepełko i trzaskający płomień w kominku, dają poczucie bezpieczeństwa, swobody i nadzwyczajnego zadowolenia, także z dobrze spełnionego "obowiązku."  Troszkę się natrudziłem przy odgarnianiu śniegu robiąc sobie ścieżkę aż do strumienia. Chciałem zapuścić się w zasypaną ścieżkę leśną, ale zrezygnowałem - ona sama się wydepta... Dobrze jest tak być u siebie tym bardziej, że pojawił się szaraczek. A już myślałem, że go wilki zjadły. Zauważyłem, że w pobliżu "grasuje" inny osobni mi nieznany. Obawiam się też, że grupa tutejszych "rozbójników" da mu nauczkę, aby nie wchodzić na obce terytorium. Póki co, żadnych wspomnianych ruchów nie zauważyłem, ale kto wie...?  Dzisiejszej nocy chcę mieć spokój więc na noc rozstawię kilka pochodni. Będą paliły się do rana. Leśne towarzystwo nie podepcze mi obejścia, a wyć to one mogą sobie gdzieś dalej ode mnie, choć mnie to nie rusza. Aby tylko harców nie urządzały... "Są różne odcienie szarości, od czerni do białości," a pomiędzy nimi jestem ja "porzucony." Zaniedbałem się tak okropnie, że praktycznie nic mi się nie chce. Mam kilka flaszek nalewki i inne specjały pomagające mi funkcjonować w razie, gdyby coś mnie "napadło" ze zdrowiem. Wszystkiego czego potrzebowałem, zostało wykonane. Teraz nic, tylko się nudzić. Raz do roku trzeba generalnie posprzątać w tym grajdołku. Mechanicznie łupiąc kolejne oddechy, po omacku pokonuję metry podłogi, z zamkniętymi ustami wchłaniając "kalorie codzienności," z pauzą w myślach zapadając się w sny bez znaczenia. Gdyby nie ciepełko z kominka, moja podłoga wyglądała by jak lodowisko. Jestem żądny zmian - natychmiastowych, od czubka głowy po koniuszki palców u stóp. Żadnej świeżości, od pojedynczej myśli do rodzącej się w głowie epopei... 
                              "Może powinienem świata swego drzwi zamknąć,
                                   wpuścić świeży wiatru przemiany powiew...?
                              Może przyjdzie do mnie ten, co mnie wielce zdziwi,
                                że tak łatwo jest powiedzieć "dość" im i sobie..." 
Dlaczego ja narzekam...? Jest mi chłodno z własnej przyczyny. "Rozwalone" drzwi na oścież wpuszczają do wnętrza tony mrozu. A jeszcze chwile temu było tak przytulnie...(?)
Na dworze szaro i tylko drzewa pięknie "wygadują" obsypane śniegiem. Kawa wypita rano nie zadziałała tak jak powinna. Najchętniej położyłbym się spać, ale obowiązki skutecznie mi to odradzają - przecież trzeba jeszcze narąbać drwa... A jutro Wigilia wiec pracy troszkę jest...! 
(cdn)

piątek, 23 września 2016

Świadomy wybór...(10)

A jednak coś przeczuwałem... W nocy zaczęło mocno wiać. Za oknem wiatr wył, jakby mścił się nade mną za nieswoje winy i słychać go było w każdym zakątku izby. Wiało tak przez całą noc i dzień, a padający śnieg otulił białym puchem wszystko dookoła. Rankiem trudno było drzwi otworzyć z powodu zaspy, którą wiatr nawiał pod próg. Leśna dróżka znikła pod śniegiem i nastała nostalgiczna sceneria. Jak to dobrze, że w drodze z Sianek nie zaskoczyła mnie taka nawałnica (?) Dziś nadal wieje wiec pozostanę w domku. Jest troszkę zaległości, a poza tym trzeba będzie odgarnąć nawiany śnieg, bo nawet trudno dojść do strumienia po wodę... Mój przyjaciel mieszkający o dwa dni drogi stąd powiedział mi kiedyś: - "Każdego ranka stań pewnie na nogach i poczuj, jak ziemia daję energię i siłę..." Kiedy to było - zaraz na początku mojej drogi w tych ostępach, kiedy "uczyłem się" nawet samego siebie. Kurcze - ja co rano wstaję pewnie na nogach, bo inaczej bym się chyba przewrócił, ale też  prócz energii czuję chłód podłogi i myśli w głowie: " ja chcę jeszcze spać..." Oczywiście, że żartuję...Wstaję do dnia, czasem później, ale zawsze jest to moja decyzja nie mojej głowy. Tak źle jeszcze ze mną nie jest, bo kto rano wstaje, temu....
Własnie! "Najłatwiej nauczyć się żyć teraźniejszością niż czekać na szczęście w...przyszłości." A ja cieszę się tym co mam, przejmuję się tym, co było wczoraj i nie myślę o tym co będzie jutro. Jestem optymistą na co dzień i lekarstwem swojej duszy. Biorę głęboki oddech i staram się wejrzeć w głąb siebie. O matko...! Aż w głowie mi się kręci, kiedy wspominam wszystkie te porady, jakimi mnie częstowano. Fakt, wtedy były one na wagę złota, ale dziś? A każda jedna mądrzejsza od drugiej... A może wszystkie mądre?
Czasem zastanawiam się, czy gdyby można było cofnąć czas do jakiegoś danego momentu,
w którym wszystko się zaczęło, a może w którym wszystko się skończyło, to czy postępowałbym tak samo...? Czy może uniknąłbym popełniania błędów już raz popełnionych, a może popełniłbym jakieś inne...? Czy gdybym nie osiadł tu, to czy odnalazł bym się w tym zagonionym i zwariowanym świecie...? Tyle pytań i myśli o tym poranku, co by było gdyby..? Nie znajduję na nie odpowiedzi, a może po prostu nie chcę ich słyszeć? Ale jedno jest pewne w tej kwestii - raz podjęta decyzja owocuje w tradycji postanowienia i tego stanu nie zmienię.... A we mnie nagromadzone jest tyle energii, o której wspominał przyjaciel, że nawet On sam nigdy by tego nie przewidział, ale i ten sam dopowiedział takie zdanie: "pisz, przelej swoje myśli o ile chcesz i potrafisz, swoje emocje na papier. Znam takich, którzy to robili. Wylej swoje uczucia, a poczujesz ulgę..." Robię to, choć nie wszystko znajduje swoje miejsce w notatniku. Czy przynosi ulgę - nie wiem, ale czasem lubię poczytać wcześniejsze "zwierzenia" mojej duszy. Śmieję sie wtedy pod nosem i dziwię, jak to możliwe i że teraz mógłbym o tym czy tamtym napisać lepiej, dosadniej....Nie jestem pisarzem i to o czym piszę nie jest rewelacyjnym dziełem. To raczej coś "bez przekonania," czasem "na siłę," a już na pewno nie na miarę nagrody Pulitzera. Ot takie sobie bochumazy i kicze, choć czasem udaje mi się naprawdę w miarę dobry wierszyk. Nie zależnie o czegokolwiek i kogokolwiek, są moje, choć kiczowate... Los i życie piszą różne scenariusze i przyznają rolę dla każdego. Wyrzucam z siebie słowa i czuję ulgę. Bo kim jestem - facetem, który dokonał świadomego wyboru. Tu przyszło mi żyć w samotności i zmierzyć się z surowością otoczenia. Radzę sobie, ale musiałem przebyć długą drogę nim odnalazłem się w tej rzeczywistości, zanim zaakceptowałem to swoje nowe miejsce na ziemi. Musiałem nawet pokonać strach, bo mówiąc: "nie boję się,"  tak faktycznie jest, ale gdzieś w głębi duszy człowiek ma ten strach zakodowany. Życie uczy wszystkiego, a to miejsce - pokory...! No dobrze, na dziś koniec tych wylewności. Teraz odgarnę śnieg nawiany przez wiatr, bo nikt tego za mnie nie zrobi. Pomyślności....!
                               PS.
                                     Piękny basior na drodze rozjechanej przez leśnych.
(cdn)

czwartek, 22 września 2016

Świadomy wybór...(9)

Wiele wydarzeń zachowuję dla siebie, nawet w głębokiej tajemnicy, skrywam w sobie. Tutaj nie ma z kim podzielić się czymkolwiek, chyba tylko z samym sobą. Ale są w mojej pamięci te, o których staram się zapomnieć, nie pamiętać, ale one wracają, czy tego chcę, czy nie. Od pewnych zdarzeń życiowych nie da się uciec... Zmęczony trudami wędrówki, siadam wieczorem do pisania kolejnej relacji w dzienniczku. Potem opuszczam sztalugę zabezpieczając drzwi, "klucz" do przeszłości chowam głęboko w sobie i poddaję się kojącemu snu. Jutro znowu nowy dzień... Szczerze mówiąc - "nie potrafię" zrobić rachunku sumienia. No cóż, nie ja pierwszy jestem taki, jaki jestem i nie ostatnim, który postąpił tak, jak postąpił - czyli co...? Stereotyp...? No, może nie tak do końca, ale właściwie ewenementem nie jestem. Ostatnio doświadczyłem złości w czystej postaci. Dostrzegłem ją w oczach, słyszałem w słowach, widziałem w ruchach. Wkurzyłem się na wilki, które wydeptały mi całe obejście, wyjąc jak najęte nie pozwoliły spać. Zmuszony byłem je przepłoszyć. Biedne zwierzątka, jak ja je teraz przeproszę..? Zastanawiam się, czy był wśród nich mój "szaraczek" - tak nazywam wilczka, z którym się zaprzyjaźniłem? I coś mi się wydaje, że nie, a może się mylę? Nie ma go już drugi dzień... Ale dość tych smutasów. Kopniak by mi się przydał i taki porządny w ta moją szanowną dupencję, albo porządne walnięcie w łeb. Może to własnie "postawiło" by mnie na nogi.(?) Bo ja ciągle zapominam, że to ja tu jestem intruzem. Nam ludziom się wydaje, że wszystko co dzieje się na tym świecie, dzieje się dla nas, ale to nie tak....Dopadło mnie dziwne poczucie, ze jestem dobrym człowiekiem. Jak to możliwe, skoro we wszystkich relacjach z otoczeniem mam sobie wiele do zarzucenia?! A może zbyt wiele od siebie wymagam?  Sam już nie wiem. ..! Tu daleko do wszystkiego lecz blisko do Nieba i to jest największym pocieszeniem. Bo staniesz sobie w głębokiej dolinie, a gdy spojrzysz do góry wiesz, że za chwilę wejdziesz na szczyt i ręką dotkniesz chmury...Nie jestem ideałem - nawet bym nim nie chciał być, bo to by mi w życiu przeszkadzało. Czasem też nie jestem sobą, ale to już inna bajka. Gdzie więc mam szukać tego dobrego mnie, może właśnie w...Niebie...?  Kolejny dzień umyka mi pod powiekami. Nawet nie staram się  go zatrzymać, jak ten wczorajszy, ubrać w konkretne fakty, zapachy i zapamiętać. Zająć czymś myśli, uśpić serce, aby nie krzyczało... Jakaś złowieszcza cisza nastała dzisiejszego wieczoru. Mam dziwne przeczucie, że coś się wydarzy...Ale co? No tak, jutro zacznę przygotowania do Bożego Narodzenia. Z zeschłych traw i słomy zrobiłem kilka ozdób, które zawieszę na najbliższej sosence, ale powyżej, aby jakieś licho je nie dosięgło. Przyozdobię kolorową bibułą i te czerwone wstążki zawieszone na gałązkach "odstraszą" wilczych intruzów. Miałem nawet zamiar posłużyć się starym garnkiem wieszając go na gałęzi, ale na wietrze, jego odgłos przeszkadzał by również mnie.... A ja tak myślami powracam jeszcze do nie tak dawnej jesieni, bo tegoroczna zima tak szybko nastała... Lato jakoś przeminęło, jesień ukazała swoją barwną paletę, przepiękne kolory. Pani jesień rozpostarła swoje ramiona tuląc całą przyrodę słońcem i barwami, które tylko tutaj można podziwiać. Bukiet kolorowych liści zawieszonych pod powałą, teraz stał się szary i brunatny. Pewnie jeszcze obsypany kurzem, nie podobny do kolorów jesieni. Niech tak "przenocuje" do wiosny, póki nowe życie nie zacznie się budzić...Przytulnie tu i miło. Ogień w kominku migocze, ciepło rozchodzi się po całej izbie... Pora na odpoczynek...!
I oto zima...
Jakże pięknie na dworze,
cieszyć się, radować - 
dziękuję Ci Boże
za wszystko co mi dajesz:
zdrowie i pociechę,
modlitwę do Ciebie,
zanoszę pod strzechę.
Prowadź mnie Panie,
przez te piękne łąki,
dziś śniegiem zasypane,
ale gdy skowronki
znowu wiosnę oznajmią,
słońca będzie w koło,
znów wstąpi nadzieja,
bo wiosenny kwiatek
smutek rozwesela...
                             Papkin
(cdn)


środa, 21 września 2016

Świadomy wybór...(8)

"Drogą "donikąd"  wybrałem się idąc do Sianek, traktem dzikim, a właściwie bez traktu, znanym tylko mnie i może zwierzętom. Stromym uboczem pomiędzy lasem i dziką olszyną zalegającą tu na całym zboczu. Świeży śnieg, po którym w zasadzie nie da się iść zapadając w głębokie zaspy po pas. Tu się można utopić, a z drugiej strony, to właśnie w takich warunkach terenowych jest nie tylko bezpiecznie, ale też skrótowo. I tak brnąc w tych zaspach zastanawiam się, czy to skrót, czy tylko się wydaje. Poruszam się po tym stoku już któryś raz i nigdy nie zgłębiłem tej wiedzy o szybszym przejściu. Latem, - owszem, zawsze jest łatwiej, zimą wiadomo...Ciekawe, gdybym miał narty lub jakieś szłapy do chodzenia po śniegu, coś na wzór tych, które używali traperzy na bezkresnych połaciach Kanady, Alaski...(?) Nie są to marzenia ściętej głowy, jak mawiała kiedyś moja mama i w żaden sposób nie da się dokonać porównania z rzeczywistością. Fakt pozostanie faktem - tutaj trzeba umieć sobie radzić... Od ostatniej mojej wizyty u pana Wojtka ciągle "narzekam" w zasadzie tylko na siebie. Zły jestem, bo nie udało mi się zrobić tego, co sobie zaplanowałem. Zrzędzę i mruczę pod nosem, czasem mówię do siebie jakbym był brzuchomówcą. Co prawda mówienie do siebie nie jest niczym złym, czasem dodaje pewności siebie, pozwala na "dzielenie" się tym czymś z drugą osobą, czyli ze mną. Ciekawe, jak można dzielić się z samym sobą?  A jednak w praktyce tak to wygląda. No cóż, z czasem człowiek się starzeje i być może to właśnie jest powodem tego brzucho mówienia...? Brnę w tym śniegu wijąc się w zaroślach, potem lasem do traktu siańskiego prowadzącego "Hrabiny." Trakt dostępny latem, teraz widać wydeptaną ścieżkę nogami leśnych...Natrudzą się nie mało przy wycince chaszczy i samosiejek, a wiosną, kiedy trawy pokażą swoją dzikość, trzeba je będzie kosić, aby oczyścić cmentarz z zarośli. Dowiaduję się, że ścianka z łupków będzie wyremontowana i wykonane zostanie nowe zadaszenie. To dobra wiadomość dla tego opuszczonego miejsca, niegdyś tak światłego uzdrowiska, z którego pozostało tylko to miejsce. Przy "Hrabinie" śnieg wydeptany jakby przeszło tędy stado bawołów, a zaraz dalej słychać pracę drwali. Moje pojawienie się nie zrobiło na leśnych specjalnego wrażenia. Oni wiedzą, że mnie poniesie nawet dalej, tylko to dalej jest już poza pobliską granicą. Ale przewidzieli moją obecność, bo mieli w zanadrzu dla mnie to, co niezbędne w tych warunkach. Oczywiście nie zgodziłem się na powrót z nimi. Zostanę tu na noc osłonięty prowizoryczną ścianką z gałęzi i starej deski, która nie wiadomo skąd tu się znalazła. Przy ognisku, podobnie jak kiedyś Włodek przenocują w towarzystwie Klary i Franciszka Stroińskich oraz ich córek....Będę wracał tym samym przejściem co wczoraj, a ponieważ śnieg nie pada, jest cisza i bezwietrznie, ślady będą widoczne, co pozwoli na pewniaka wracać tym samym szlakiem. Myślę jednak, co z tym szarym wilczkiem, który nie pokazuje się od trzech, czterech dni. Może czeka w pobliżu chatki...?  No proszę...a jednak nie bylem tu sam, choć tego nie zauważyłem. Są ślady wilków i szczątki łani z czerwonymi plamami na śniegu. Urządziły sobie niezłą ucztę. Biedne zwierzę, ale taki już los natury, ktoś musi oddać życie, aby inni mogli żyć. I choć ciągle nie mogę skończyć z tym podważaniem porządku świata, to żal mi każdego zwierzęcia. Taki jest ze mnie "furiat...."
(cdn)

wtorek, 20 września 2016

Świadomy wybór...(7)

Dwa dni temu odwiedziłem pana Wojtka. Poszedłem po zapałki i inne pierdółki, które mi się pokończyły, a także, aby spotkać się z innymi przyjaciółmi. Poszedłem, bo długo nie widać leśnego, który co jakiś czas przechodząc obok, podrzucił pudełko ogarka. Pewnie zajęty swoją pracą... W Mucznym poczułem się jak tak, jakbym znalazł się na planie jakiegoś filmu, bo mój "anioł" jest lekko mówiąc od jasnej cholery...o jego "poczytalności" umysłowej wolę sie nie wypowiadać. Czego ten człowiek nie wymyślił, aby "przyczepić" się do mnie? Wciąż zadziwia mnie jego pomysłowość w "utrudnianiu" mi życia. Dziś prócz zapałek wpakował mi do plecaka chleb, smalec i wiele innych produktów. Fajnie, ale czy tak do końca...?  A potem jeszcze te zdjęcia. Bo przecież nie ogolony facet z tygodniowym zarostem jest atrakcją niewielkiej rzeszy turystów o tej porze roku. Raczej odstraszacz, nie człowiek, bo to ani broda, ani zarost. On i jego nieodłączny aparat. Niedługo będzie mnie prześladował w snach... O ile pan Wojtek zmieści się do mojego snu, bo jego brzuszysko jest tak ogromne, że bardzo w to wątpię.... Wiem, wiem - jestem złośliwy...Nic na to nie poradzę, może mam dziś gorszy dzień...? Wracam do siebie, bo nikogo dziś nie zastałem z tych "tułaczy" - szkoda...! Nawet sobie podskoczyłem z radości, bo wiadomo - takie specjały w plecaku zdarzają się nie zbyt często.... A tu zza plota zostałem obfotografowany przez jakąś parę. Zapytałem, czy będę wystawiony na jakiejś wystawie, a może na sprzedaż, ze tak zacięcie mnie "obskakują."  Na co szanowny pan sapiąc z wysiłku i pokazując mi uśmiech powiedział, że pierwszy raz widzi prawdziwego bieszczadnika. Uśmiałem się w duchu nawet nic nie mówiąc. Ciekawe, skąd mógł wiedzieć, że mieszkam gdzieś w głuszy. Może mój wygląd na to wskazuje, albo to sprawka brzuchacza?  W każdym razie dobrze jest....Święta za pasem, które dla mnie są dniem normalnym bez specjalnego znaczenia, jedynie z głęboką świadomością, że są. Gdybym nie odfajkował dnia na prowizorycznym kalendarzu, nawet bym nie wiedział jakiś dziś dzień, bo tak naprawdę niczego nie liczę, ani nawet nie myślę. Haha, ale śmieszne...(?) Wiem tylko jedno - w Nowy Rok zawsze jest jakoś "inaczej," dziwniej i spokojniej. Wszędzie biało i głucho, nawet drzewa nie szemrają. Na pewno coś przygotuję wilczkowi o ile przyjdzie. I tak powstał pomysł na spędzenie tego wieczoru. W ciszy, ale na wesoło, kiedy stare się kończy, nowe rozpoczyna. Zaraz po Nowym Roku wybieram sie do Sianek. Tam leśni wycinają chaszcze i samosiejki na starym, zapomnianym cmentarzu, tuż obok Grobu Hrabiny. Łatwo nie będzie, wszystko zasypane śniegiem, pewnie po pas lub lepiej i przyjdzie mi przebijać  się kilka godzin. W końcu "chwila" oddechu i relaksu jest potrzebna. W tym bajkowym lesie czuję się tak dobrze, że nawet nie myślę o bożym świecie. Dzień za dniem mija i ani się obejrzysz - znowu noc. Dni takie krótkie, zwłaszcza tu. Czasem to nawet dzień cały jest "ciemno..." Spacer ma być wyciszeniem, oddechem, relaksem, wytchnieniem. W wysiłku trzeba wydalić z siebie wszystkie toksyny. Ostatnim razem na tym szlaku było jakoś tak niesamowicie. Słonko przyświecające pomiędzy drzewami i oświetlające  jak dywan ze śniegu, dawało taki bajkowy efekt. Skojarzyło mi się to z bajką o Jasiu i Małgosi, tyle.....że akurat chatki w tym miejscu nie było... No cóż, żaden ze mnie Jaś, a Małgosi brak.....
(cdn)
 

piątek, 16 września 2016

Majster Bieda

Świadomy wybór...(6)

Późna jesień....Listopadowy wiatr wdziera się w każdy zakamarek...Rozpaliłem kominek i specyficzne ciepło wdarło się w mój maleńki domek. Żyję tu jakby pomiędzy dwoma światami, albo może w dwóch jednocześnie. Pierwszy to ten za drzwiami, zimny, mroźny ze śniegiem już niestety i ten tu wewnątrz, gdzie ciepło i przytulnie. Jest intymny i tutaj czuję się "bezpiecznie..." Zastanawiam się, co robi Niebo? Czy mają tam wzmożony ruch - przecież do Świąt Bożego Narodzenia jest już niedaleko. Czy modlą się, czy piją kawę...? Taka poranna kawa smakuje niczym napój bogów! Czy tam w Niebie mają jakieś kawiarenki, czy słuchają muzyki, choćby tej wygrywanej przez wiatr...? Czy ścieżki mają tam jak te tutaj wijące się pomiędzy górami, po leśnych przycinkach i bezkresnych połoninach i czy stopy zostawiają ślad....? A mój tata i inni, czy podjadają Panu Bogu nocą dżem..? Czy tam w Niebie też zbierają grzyby, runo leśne, jak czynię to ja? Czy jest w Niebie....Ech Niebo - ile pytań do ciebie....? Muszę przyznać, że dzisiejsza wyprawa w kierunku potoku Niedźwiedzia, nie udała mi się tak, jakbym tego chciał, ale posłużyła do wyprostowania kości. Nawet nie doszedłem do polowy tego co zaplanowałem - po prostu mi się odechciało. Mam tu na miejscu troszkę innych zajęć. Ale mimo wszystko Wszyscy Święci skuteczni bardzo byli w pomocy, bo choć wynik wyprawy nie był zadowalający, to jednak jest w porządku....Powtarzam sobie to jak mantrę, by mieć siłę, kiedy przyjdzie dzień zwątpienia. A takowe mnie czasem nawiedzają. Wtedy wydaję się sobie samemu śmieszny z tymi wszystkimi "obowiązkami." Czasem chciałbym mieć tyle siły, by móc zamknąć ten kawałek mojego świata. Mieć tyle sił, by na pierwszym miejscu widzieć siebie, a nie człowieka "przysposobionego." Trzeba też, by te literki tu pisane pozamykać, nie dla zamykania i dowartościowania się, lecz po to, by nikt nieproszony nie czytał...(?)
"wilk zawył w pobliżu progu tak blisko, że musiałem sprawdzić, czy to aby nie ten mój szaraczek - może z zimna, może z innego powodu...? Nic nie widać, nawet w dalszej okolicy....Tak - kocham to miejsce i tak mi dziś nie jest dane kolegować z tymi literkami...Na dworze późny listopad, a w głowie wariatkowo i to dosłownie. Miesza mi się wszystko w moim umyśle i...pustka, taka ogromna pustka. Czasem zastanawiam się co tam pod tą moją kopułą mi hula. Zdradzę, że mądre to nie jest..
Do niedawna myślałem sercem, ostatnio poszperałem i "wyciągnąłem"  swój mózg do wierzchu. Troszkę go przetarłem, zdmuchnąłem kurz i mam nadzieję, że zacznie funkcjonować na pełnych obrotach pchając mnie do przodu....
(cdn)
 

czwartek, 15 września 2016

Świadomy wybór...(5) 
Jakoś na początku zimy, gdy pierwszy śnieg oszronił nieco korony drzew, a na polance zrobiło się zielono-biało , w pobliże chatki przyplątał się "zabłąkany" młody wilczek. Takiego osobnika idzie łatwo rozpoznać, choćby z racji jego zachowania. O dziwo, nie był zbyt płochliwy, jednak ostrożny. Zresztą, starsze wiekiem osobniki zachowują się podobnie, o czym mogłem się przekonać spotykając dwa wilki na asfaltowej drodze. Nic wtedy nie mówiłem, zapatrzony w ich zachowanie obserwowałem to co robią, jak mnie próbują "okrążyć" zachodząc raz od przodu, raz z boku. Masywny drążek, który zawsze mi towarzyszy w wędrówkach, przydaje się w każdej sytuacji i nie koniecznie, aby kogokolwiek nim zdzielić, bo to nie o to chodzi. A zachowują się niby z ufnością, na którą raczej liczyć się nie da, ale uważać trzeba. Pan leśniczy swego czasu dał mi kiedyś dwa straszaki, ot tak na jakąś ewentualność. Nawet wtedy nie miałem ich przy sobie...Są sprytne i podstępne, potrafią zaatakować w swój specyficzny sposób, jednak ludzi raczej unikają. Trzeba znać ich psychikę i nie tylko ich, gdyż spotkać tu można żbika, dzika, a nawet niedźwiedzia, którego nie chciał bym spotkać na ścieżce, którą przemierzam... Podszedł więc sporo blisko czając się pomiędzy dwiema sosnami, tuż przy ścianie lasu. Chyba przyswoił sobie to miejsce, bo często przesiadywał właśnie w tym miejscu obserwując to, co dzieje się w pobliżu chatki. Zawsze i z dostojeństwem pokazywał, że to on jest tutaj u siebie. A przecież Papkin nigdy w to nie wątpił. Próbowałem zawrzeć przyjaźń i nawet mi się udało (tak przynajmniej mi się wtedy wydawało) - nie mniej, kiedy robiłem dwa kroki do przodu, on o te dwa kroki cofał się do tyłu. Nie widziałem, aby prócz niego były inne osobniki tego gatunku - może, nie mniej nie udało mi się tego zgłębić. Wilki zazwyczaj są zwierzętami stadnymi. Porą letnią mogą poruszać się samotnie lub w parach. Dużo muszę się jeszcze nauczyć o ich obyczajach, zachowaniu itp. Może trafiłem na osobnika chodzącego własnymi ścieżkami, jak ja...?  Pośród zwierząt też może się znaleźć jakiś odmieniec...? Bo kiedy udaję się na wędrówkę czuję, że to zwierzątko idzie za mną krok w krok. Raz nawet zostawiłem na ścieżce swój kapelusz, aby obwąchał i nabrał animuszu, ale o tym za chwilę. A ponieważ nie zawsze na noc wracam do "siebie," koczuję w lesie, gdy mnie noc zastanie, rozkładam swój mocno sfatygowany pled i śpię pod drzewem do białego rana. CO ta gadzina robi wtedy, czy nadal mnie "pilnuje...?" Bo tutaj w Bieszczadach nawet latem noce bywają chłodne, zwłaszcza na otwartej przestrzeni. Ostatnio zapuściłem się leśnym traktem łączącym się ze szlakiem prowadzącym do Grobu Hrabiny. To spory kawałek drogi,(na noc do chaty się nie zdąży), a ta czworonożna, szara gadzina cały czas za mną szła, raz się pokazując, a raz chowając się w zaroślach. Taki dobry duszek pilnujący mnie na każdym kroku. W tę stronę nikt nie chodzi, turysta nawet nie wie, że można od potoku Niedźwiedzia, poprzez chaszcze i zarośla dostać się tam, skąd przyszedłem, ale to już inna historia i nikomu nie radzę popróbować.... A dzisiaj jak zwykle próg chatki służy do biesiadowania. Wspominam to często spotkania z innymi bieszczadnikami. Do karczmy nie zaglądam, chyba że już muszę. Wtedy dla towarzystwa można poraczyć się piwkiem, porozmawiać. Stasiu z wielkim brzuszkiem na pytanie, skąd u niego taki wacek, do którego czołg by się zmieścił, parsknął śmiechem, a ja już znałem odpowiedź. Bo tu nikt nikogo nie pyta wprost: "kto, co, skąd, po co i w ogóle... Wspominam tego, który utkwił w pamięci wszystkich - Włodka, czyli "Majstra Biedę, któremu poświęcam filmik (w następnej notce) znaleziony kiedyś w sieci. Bo nie da się określić słowami kogoś nadzwyczajnego, a zarazem na wskroś cichego, spokojnego, skromnego, który wszystko co miał - miał na sobie. Nawet piosenkę o Nim śpiewano. Zabiło go zapalenie płuc, zmarł 28 czerwca 2005 roku, a pochowano Go w małej miejscowości koło Ustrzyk - w Moczarach. Zmarł skromnie tak jak sam skromnym był. 
"Aż nastąpił taki rok, smutny rok, tak widać trzeba,
nie przyszedł Bieda zieloną wiosną,
miejsce, gdzie siedział zielskiem zarosło
i choć niejeden wytężał wzrok,
choć lato pustym gościńcem przeszło,
z rudymi liśćmi, jesieni schedą,
wiatrem niesiony popłyną w przeszłość - 
Majster Bieda..."
Wraz z nim zmarła cząstka Bieszczadów, choć z drugiej strony, jak tak sobie pomyślę jestem pewien, że siedzi On sobie gdzieś na połoninie i patrzy, a to na Tarnicę, a to na Rawkę i w duchu się uśmiecha....Podobnie jest z Papkinem. Nosi go po połoninach, chaszczach, przemierza potoki. jak niespokojny duch, który wszedł w niego i nie usiedzi na jednym miejscu zbyt długo. Można go spotkać wszędzie, w jeden dzień w kilku miejscach. Jakby wilkiem był i z nim tańczył i to wszystko, co go otacza chciałby pożreć....! Aha - i ma "kłopoty" z kapeluszem. Każdemu się on podoba, taki spocony, "brudny," chcą mu go buchnąć (?) A Papkin lubi w nim paradować - to nieodzowny atrybut tutejszego środowiska. Chlapie się w potoku z kapeluszem na głowie, pośpiewa sobie pod nosem w kapeluszu i nie odda go nikomu. I można zapomnieć wszystkiego, nawet siebie, jednak nigdy kapelusza. Nawet wilk go obwąchał, jednak Papkin nie wie, jakie wnioski to zwierzę wyciągło z tej lekcji....
(cdn)
        

środa, 14 września 2016

DZIKI ZACHÓD - BIESZCZADY

Świadomy wybór...(4)

Wielki, dobry Boże... Dziękuję za wszystkie dary, łaski, którymi mnie obdarowujesz każdego dnia. Za zdrowie dziękuję, za dzień i za noc. Za słońce i deszcz, za wszystko w czym mi pomagasz. Daj mi siłę wytrwania, radość, a także smutek jeśli to konieczne. Ty jedyny Boże mnie rozumiesz, bo ludzie zapewne mniej.... W swoich rozważaniach zastanawiam się pozwalając myślom wędrować po nieokreślonych dziedzinach hipotecznej przeszłości i zastanawiam się prawie podświadomie, czy urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, jak mawiał mój chrzestny, na parterze czy na pietrze...? Czasem mnie śmieszą te wpisy, bo jedne są autentyczne, inne wymyślonymi historyjkami - ot, tak dla pokrzepienia serca. W otoczeniu przyrody, w ciszy i rozluźnieniu, można zdobyć się na opisy natury, z czym się obcuje. Ale są także chwile zastanowienia się nad sobą, drogą, którą idzie się przez życie. 
Moja droga prowadząca w nieznane,
przez las, pola,
pod ciężkie chmury ołowiane...
W tym miejscu deszczem mnie przywitałaś,
nie było gdzie się skryć - 
drogo prowadząca do nikąd,
jak bez ciebie żyć...?
                                Jesteś wielce tajemnicza,
                                mówią o tym kamienie,
                                drogo traktem bita,
                               jesteś moim sumieniem. 
                                                              I to drzewo przy tobie,
                                                              jak mara strachliwa,
                                                              drogo - co dalej bedzie,
                                                              czy nadal będziesz mi miła....?
                                                                                                    Papkin
(cdn)
 

wtorek, 13 września 2016

Świadomy wybór...(3)

A zajęć jest sporo - gromadzenie drewna na zimę, która przychodzi znacznie wcześniej niż w innych regionach kraju, zbiór owoców leśnych, z których powstają nie tylko smakołyki, ale co ważne - "leki" dla ciała i...duszy. Stąd daleko wszędzie, nawet do dzikiej pasieki, skąd kradnę miód pszczołom - zawsze mocno poddenerwowanym i kąśliwym. Zimową porą dobrze jest dialektować się dobrą herbatką na miodzie. Czasem korzystam ze sklepu w Mucznym, ale tylko w wyjątkowych przypadkach. Droga daleka i mecząca przez knieje i zarośla. W którymś miejscu trzeba skrzyżować dziką ścieżkę z drogą cywilizowaną....
Lubię tak usiąść na progu domu, oglądać rozgwieżdżone niebo, niczym nie zakłócone blaskiem miejskich świateł i spadające gwiazdy, kiedy chłód wieczorny obmywa nagrzane powietrze dziennym panowaniem słońca, przy kubku dobrej herbaty. Ma ona wyjątkowy smak, a przyczyną tego jest czysta, niczym nie skażona woda ze strumienia. Słyszę wtedy szmeranie wody i nadchodzącą noc - cichą i spokojną. Zapytano mnie kiedyś o strach i wszystko co z nim związane. To było dawno i dotyczyło czegoś innego. Nie, ja się nie boją, bo niby kogo i czego? Człowiek lasu nie boi się chyba, że samego siebie...(?) Nim noc nastanie, a tu przychodzi wcześniej, tak jak dzień się spóźnia każdego dnia. Na końcu zapalam kaganek, aby dodał animuszu nocnym ćmom i marom leśnym. Na polanie majaczy samotna topola. Dziwne, że żaden piorun do tej pory w nią nie trafił.Czy to samosiejka,czy ręką ludzką kiedyś posadzona - nie wiadomo...! Wartki potok z czystą wodą jak łza, z którego można pić do woli - szemrze nocną piosenkę. Ciekawe dokąd zmierza, czyim jest dopływem i w ogóle skąd wypływa? Czy kiedyś poznam jego tajemnicę..?  No i ta ścieżka z nieco wydeptana trawą już przeze mnie. Dalej sama dzicz... Nawet nie wiem, jak bym się zachował, gdyby niespodziewanie znalazł by się na niej jakiś zbłąkany turysta?! Ale to nie jest możliwe - chyba nie jest...? Jedyną dotąd osobą, która czasem sie pokaże, to pan leśniczy. Zawsze tu pusto i cicho, w zimie także biało. Życie tutaj nauczyło Papkina pokory, o którą zawsze zabiegał i której chciał się "nauczyć." Daje to niezależność i bycie sobą pisane z dużej litery, czyli jest czymś ważnym w jego życiu, a który każdego dnia przeżywa więcej przygód obcując z przyrodą niż taki fircyk z wielkiej metropolii, gdzie wszystko ma pod nosem.... Po zakończonym dniu zatapia się w myślach i o tym co napisać i jak napisać kolejną notkę w dzienniku... "Wielce szanowny Papkinie - jestem dziś bardzo zmęczony, bo pracowałem przez cały dzień od wczesnego poranka. Pod moją czaszką przesuwają się szeregi małych literek, które tworzą wpis do dzienniczka. Jedna za drugą, jak legiony natarczywych owadów szeleszczących niemal dosłownie, tworzą zdania banalne, czasem sensowne, a czasem nie, połączone szeregiem myślników i odgrodzone wykrzyknikami. A potem te literki znikły, pozostały tylko owady: mrówki, koniki polne i pchły skaczące z rządka na rządek. Aż wreszcie nadszedł łagodny czas snu. Kontury się zamazały, z mrówek pozostały motyle, migotliwe ptaszki i nocne ćmy... Machały skrzydełkami coraz wolniej i wolniej, zataczając coraz większe kręgi... I tak usnął Papkin nad kolejnym wpisem do notatnika przy palącym się kaganku. Ostatnim obrazem, który pozostał w jego świadomości, był widok ciemnej, włochatej ćmy kołującej powoli pośród pomarańczowego półmroku. Nie zdołał obudzić go krzyk puchacza, który jak na złość  usiadł na wielkim drzewie tuż obok chatki. Tak dotrwał do świtu... (cdn)
 

poniedziałek, 12 września 2016

Świadomy wybór...(2)

A przecież wcześniej Papkin marzył, aby uwolnić się od tego "stada," które kłuło go w oczy.a le jak pozbyć się tak nagle, od razu bagażu z wewnętrzna plątaniną myśli oraz świadomością tego, że z jakiejś przyczyny przez lata musiał tułać się po obcych progach - wtedy bez widoku na przyszłość. Może więc teraz spełnią się jego marzenia zamieszkania gdzieś na pustkowiu, daleko od cywilizacji, codziennych zmagań życia w środowisku naczelnych - tu w Bieszczadach ? Na takim odludziu, które sobie wymarzył,bez prądu i gazu,bez wygód, w surowej krainie, ale przy kominku opalanego drewnem buchającym wesołym płomieniem. To zawsze było jego marzeniem. Życie na odludziu bardzo odpowiada Papkinowi. Mieszka teraz w domu pokrytym mchem z domieszką gliny, z małym ogródkiem (zaledwie kilka grządek), które siłą wydarł przyrodzie. Jest sam na sam z naturą i samym sobą, bo jeśli ktoś tu zagląda, to tylko zbłąkany wędrowiec szukający przejścia na skróty, których tu właśnie nie należy szukać z uwagi na swoje bezpieczeństwo.... Siedzę na progu chatki - to wspaniałe miejsce. Cieszę się zachodem słońca, tu pośród lasów, kiedy usypiają zwierzęta dnia, a budzą się ćmy i inni nocni mieszkańcy tych okolic, tysiące bezszelestnych włochatych motyli, które żyją pośród nocy, a zawsze kierują się ku światełku z naftowej lampy. Tu i ówdzie odzywają się zwierzęta nocne - czasem dzik się pokaże, który zapuścił się tak blisko, ale to właśnie on jest tu u siebie. Wilki, które są na porządku dziennym, nawet latem przemykają się pomiędzy zaroślami, nie są takie płochliwe jak się je określa. Nigdy nie wiadomo - to tylko dzikie zwierzęta. Spotykam je, ale trzymam dystans w czasie swoich wędrówek na tych bezdrożach. W zimie, to już całkiem inna sprawa. Do ich bycia w tym miejscu, ich i nie tylko, trzeba umieć się przyzwyczaić, umieć obcować z nimi... A co z tym strachem, który gdzieś w świadomości człowieka jest zakorzeniony? Cóż - w moim życiu bywały chwile, które bardziej przejmowały i naganiały strachu. Bać trzeba się ludzi, a co do zwierząt - mieć respekt. I chyba to cała filozofia, bo nad strachem trzeba umieć zapanować, a w wielu przypadkach właśnie opanowanie daje dużą szansę na wyjście z "kryzysu...."  W taki oto ciepły wieczór odpoczywałem po pracy, po wędrówkach dzikimi ścieżkami. Dzisiaj dotarłem pod masyw Bukowego Berda, pokonując całe kilometry, a nawet udało mi się nieco pobłądzić. Znaczę szlak, po którym się poruszam, ot tak dla samego i pewności siebie. Ludzie odwiedzający Bieszczady, chodzą zazwyczaj utartymi szlakami poruszając się tłumnie lub w pojedynkę, ale są też Bieszczady dzikie i niedostępne, przynajmniej dla większości. Jednym z takich miejsc jest właśnie to.... (cdn)
     

niedziela, 11 września 2016

                                Świadomy wybór...(1)

Porzucił cywilizację i "dobrobyt" w mieście... Miał dość poniżania i bezpodstawnych oskarżeń, obłudy i chamstwa, nawet znęcania się nad nim, co gorsze - nawet przez osoby mu bliskie. Od dzieciństwa skazany na samotność, wychowanek Domów Dziecka. Plątał się po "kątach" szukając swojego miejsca, wreszcie postanowił - od tej pory żył będzie zgodnie z naturą, pełnią życia obcując z otaczającym go światem w głuszy i ciszy. Postanowił uciec "na koniec świata." Nie wiedząc jak będzie i co będzie, udał się po raz kolejny na jedną z pieszych wędrówek po Bieszczadach - miejscu, które odwiedzał wielokrotnie i znał je dosyć dobrze. Tutaj zawsze czuł się jak u siebie. Przemierzał tę krainę latem i zimą, która była  zawsze wyzwaniem -  to lodowa pustynia... Zawsze jednak pamiętał o otaczającej go  przyrodzie i głębokim szacunku dla niej. To właśnie pomagało mu zawsze w osiąganiu zaplanowanych celów. Świat pełen egzotyki, tajemniczości i dzikości. W wielu przypadkach tak dziki, że tylko człowiek o zdrowym umyśle, wielkim zaparciu i...zdrowiu mógłby pozostać tu na stałe i usiąść na tej pięknej i surowej zarazem ziemi... Oczywiście, mieszkają tu ludzie zaprawieni w "bojach" o przetrwanie,a le to zupełnie inny temat. Ileż to wcześniej bieszczadników zapuściło tu swoje korzenie zostawiając wszystko co wcześniej posiadali: wygodne życie w cieple i zaciszu domowym. Ich losy były różne - od zwykłych wędrowców, po tułaczy szukających swojego miejsca. Lato - okres na wskroś szczęśliwy w tych stronach, ale już zimą...?  To prawdziwy koniec świata. Tu diabeł mówi dobranoc i ptaki zawracają o każdej niemal porze roku. Zimą kraina ta "dostępna" jest dla śmiałków, jest wielkim wyzwaniem, odwagą i determinacją, bo tutaj można liczyć wyłącznie na siebie. Nikt w tej głuszy z pomocą nie przyjdzie jeśli sami nie zadbamy o swoje bezpieczeństwo pod każdym względem. nasz Papkin swoje lokum na skraju niewielkiej polanki, na skraju górnej granicy lasu, w pobliżu szemrającego potoku. A wokół tylko las nie do przebycia, cisza i spokój. Od czasu do czasu odgłos jakiegoś ptaka, najczęściej puchacza lub zwierzęcia - wilka przeważnie. Ale to tylko zimową porą, choć właśnie zimą otacza tą krainę przejmująca cisza. Ulokował się Papkin w starej "ziemiance" - domku leśnym, który wcześniej wykorzystywany był przez pracowników leśnych. Teraz opuszczona -  mogła służyć komuś innemu. Jak by na to nie patrzeć, Papkin miał szczęście, w przeciwnym razie czekała go wegetacja w...szałasie. Teraz przy wydatnej pomocy pana leśniczego, stanął nawet stół, co prawda z surowego drewna, ale jaki okazały..? A klocki imitujące krzesło i półki z surowych desek. Ściany utkane mchem i gliną, a właściwie mułem błotnym zmieszanym z trawą, dawały poczucie spokoju i...ciepła. Jednak najlepszym miejscem pod słońcem jest próg tego domku, gdzie można spokojnie usiąść, odpocząć wsłuchując się w odgłosy lasu i szmeru wartko płynącego potoku. Tutaj wieczorami pohukuje sowa, czasem słychać wycie wilka lub ich watahy. Pod domek podchodzą dziki, sarny, jelenie. Tutaj można zauważyć wesołe wiewiórki, żbika, a nawet zaskrońca. Zygzakowate, czarne żmije omijam z daleka. Wydeptana ścieżka w dzikiej trawie, szorstkiej o barwie ciemno zielonej, której nikt nie kosi, nie nosi śladów bytności człowieka - chyba, że jest to tylko Papkin i...leśniczy. To taki mały, dziki skrót poprzez gęstwinę w kierunku "Wysokich Bieszczadów, czyli masywu Bukowego Berda, Krzemieńca, Halicza...Dzika lecz przejezdna droga wije się od Pszczelin do Mucznego.  A jeszcze dalej jest szlak do Sianek i Grobu Hrabiny. W takim miejscu osiadł Papkin - u stóp strzelającej na wysokość 1016 metrów npm - "Widełki," na granicy Parku Narodowego. Wszędzie stąd daleko...I tylko wschody i zachody słońca wskazują porę dnia... (cdn)
 

sobota, 10 września 2016

Podróż do wnętrza siebie...
Poszedłem na spacer w noc bez księżyca, ciemną i czarną jak krew zastygła, przez bagna życia, w stronę krzywd, które wyrządziłem... Las gęsty, bezkresny, pełen bólu i cierpienia...
Zatapiając się w nim czułem, jak otulają mnie gałęzie drzew z rozkoszą wysysając całe moje radosne życie. Brnąłem dalej i głębiej nie potrafiąc znaleźć drogi powrotnej, coraz bardziej słaby i bezradny. Lęki i głosy napawały mnie trwogą, a spojrzawszy w czarne jezioro napotkane po drodze, ujrzałem swoje odbicie i zacząłem się bać siebie.... Człowiek, którego zobaczyłem w lustrze jeziora był przerażony, a pomimo tego nadal zły. Tak - to byłem ja, ale tak niepodobny do tego, którego zawsze znałem. Jeśli tylko uda mi się wydostać z tego lasu, zaszyję się gdzieś głęboko, daleko, żeby już krzywd więcej nie czynić i nie powiększać tego lasu.... Proszę....zamknijcie mnie przed samym sobą, abym nie musiał uciekać, abym miał czas przemyśleć wszystko i spróbować to naprawić...
                                               "....Nie chcę się skarżyć na swój los,
                                                 nie proszę wiecej niż dać możesz
                                                       i ciągle mam nadzieję, że...
                                                że chyba wiesz co robisz - Boże...."
       

piątek, 9 września 2016

Świadomy wybór, czyli....rzecz o jednym z bieszczadników.

Życie na pustkowiu uczy pokory, daje niezależność i bycie Sobą -  pisane z dużej litery, czyli jest czymś ważnym w życiu człowieka, który na co dzień przeżywa prawdopodobnie więcej przygód obcując z przyrodą niż fircyk z wielkiej metropolii, gdzie wszystko ma pod nosem..
A po skończonym dniu, może zatopić się myślami o tym, co napisać w kolejnej notce....
"Wielce szanowny Papkinie - byłem dziś bardzo zmęczony, bo pracowałem przez cały dzień od wczesnego świtu. Pod moją czaszką przesuwają się szeregi małych literek, które tworzą wpis na kolejnej stronie  dziennika...Jedna za drugą, jak legiony natarczywych owadów, szeleszczące niemal dosłownie - tworzą zdania banalne, czasem sensowne, czasem nie. A potem te literki zniknęły, pozostały tylko owady, mrówki, koniki polne i pchły skaczące z rządka na rządek. Aż wreszcie nadszedł łagodny chaos snu, kontury się zamazały, z mrówek pozostały motyle, migotliwe ptaszki i nocne ćmy...Machały skrzydełkami coraz wolniej zataczając coraz większe kręgi... I tak usnął Papkin nad tekstem pisanym przy palącym się kaganku. Ostatnim obrazem, który pozostał w jego świadomości był krzyk puchacza, który usiadł na wielkim drzewie tuż obok chatki...."
(fragment  opowiadania, które publikował będę od nowego tygodnia w odcinkach)
   

Dzień dobry...

Nie było mnie kilka dni..."Biłem" się z własnymi myślami, bo cały czas wydaje mi się, że darmowy mój wysiłek skoro nikogo u mnie nie ma. Ale cóż, może wreszcie kto tu zaglądnie. Życząc wszystkim miłego dnia zapraszam na kawę. Od jutra będę w odcinkach, (bo tekst jest obszerny) prezentował swoje opowiadanie, które tak czy tak dotyczy mojej osoby...A więc miłego dnia.....
 

poniedziałek, 5 września 2016

Mała refleksja...

Papkin, to lud na wymarciu... Na dobry sposób powinienem rozumieć pewne zjawiska zdrowotne, gdyż w tym wieku są one powszechne. Ale ja je nie rozumiem... Nie rozumiem, dlaczego złapałem jakiegoś wirusa, który męczył mnie przez cały wczorajszy dzień i spowodował nocną febrę. Nie rozumiem nagłego wzrostu tętna, które jest zbyt wysokie - dziś 70 uderzeń na minutę. Nie rozumiem tego, że prawdopodobnie mój aparat ciśnieniowy, któremu nie dowierzam - robi mnie w balona (?)... Wiele rzeczy nie rozumiem - nie rozumiem nawet siebie. Bo jak można być takim idiotą, aby każdego dnia pokonywać na rowerze odległości od 50 do 70 kilometrów z szybkością (miejscami) do 30 km/h stawiając sobie to jako normę z możliwością jej przekroczenia...? A potem dziwię się sobie, że wyniki są takie, jakie są. Co do wirusa, to fakt - ktoś smarknął mi prawie w nos (takie chamskie zachowania ludzi pozbawionych kultury osobistej) i....stało się! Że też akurat trafiło na mnie..? Szczerze mówiąc, to nie mam już gdzie jeździć. Pokonałem wszystkie możliwe trasy i zaczynam się powtarzać. Omijam tylko jedno miejsce, gdzie zostałem "napadnięty" przez dziki, ale to już inna historia... I ciągle dziwię się, jak można tak jeździć w koło, podobnie jak z tym "pociągiem," którego napisana treść gdzieś mi się zawieruszyła, ale ją odnajdę... Analizując swoich poprzedników (mam na myśli moją rodzinę), najmłodsza siostra mojej Mamy zmarła w wieku 67 lat, reszta to ludzie długowieczni. Może mnie również uda się dożyć takiego wieku? Dziadkowi zapewne nie dorównam, ten żył nieco ponad sto (100) lat.... Papkin jest ludem na wymarciu z innego też powodu - otóż sam "izoluje" się od świata, od ludzi, woli być gdzieś z dala od cywilizacji. Dlatego wybiera takie miejsca jak Bieszczady, gdzie można obcować z przyrodą, bo z ludźmi nie za bardzo. A dziś pozostaje mi nic innego, jak tylko podziękować Stwórcy za to, że pozwolił mi dożyć do tego wieku. Może pozwoli na dłużej...? 
Dobrego dnia wszystkim życzę.
 

niedziela, 4 września 2016

                                                                                           W zaułku starej Serwówki,
                                                                                 w błotnistych asfaltach dwóch ulic,
                                                                                  w przegniłym zapachu podwórka,
                                                                              gdzie w słońcu się człowiek wygrzewał - 
                                                                                             starych jabłoni owoców
                                                                                           i plątających się zwierząt,
                                                                                       gdzie w atmosferze "rozkoszy"
                                                                                     ród ludzki wzajemnie dojrzewał.
                                                  W zaułku starej Serwówki,
                                               wśród koni potem zroszonych, 
                                               krzątali się ludzie z uprzężem
                                                  kowalskiej pracy - niedoli.
                                                I śniły się świnie niektórym
                                                     i banknot 10-złotowy
                                               ten, który wisiał odwiecznie,
                                               w ponurej kuźni - "niewoli."
                                                                                                                  A gdy minęły już czasy,
                                                                                                               świetności tego przybytku,
                                                                                                               rozeszło się życie Serwówki,
                                                                                                                 pozostał upiór bez czaszki.
                                                                                                             A potem zniknęła nam z oczu - 
                                                                                                                      pozostał pusty plac,
                                                                                                               wspominam teraz czasem,
                                                                                                                 wieczory "kocich mam."
                                                                                                A było tyle tego,
                                                                                   że okiem sięgnąć nie sposób,
                                                                                  do wspomnień uciekam więc,
                                                                                 do moich dziecinnych czasów.
                                                                                   Najlepsze co w życiu mialem,
                                                                                       to atmosfera Serwówki
                                                                                    i łza w oku kręci się czasem,
                                                                           jak w kadzi pod ścianą deszczówka.
                                                                                    Bo były to czasy kochane,
                                                                                    beztroskie lata słoneczne,
                                                                                  więc tylko jechać by znowu,
                                                                               zobaczyć to miejsce - koniecznie.
Łza w oku kręci się znowu,
gdy patrzę na pusty plac jeszcze,
atmosferę tego domu,
zabiorę ze sobą tam - wiecznie.
W zaułku starej Serwówki,
czas się zatrzymał lat temu,
nie ma tu już nikogo,
a było kiedyś tak wielu. 
Życie w błotnistym asfalcie
i kurzu w słonecznej spiekocie,
wśród kaczek - wszelkiego drobiu
i pumsty - ludzkiej głupocie.
                                                                           Podpromie, Lenartowicza - ulice,
                                                                               dostojni dzielnicy obywatele,
                                                                                   ileż zazdrości i śmiechu
                                                                                      i złości było wiele...?
                                                                          A dzisiaj z uśmiechem na twarzy
                                                                                 wspominam stare dzieje,
                                                                              czas minął jak z bata strzelił,
                                                                                       odeszli dobrodzieje. 
                                                                                                                                     W zaułku starej Serwówki,
                                                                                                                                duch się unosi w przestworzach,
                                                                                                                                duch wszystkich ludzi, zwierząt
                                                                                                                                             i...Opatrzność Boża.
                                                     W zaułku starej Serwówki,
                                                     zostały tylko wspomnienia
                                                      i kiedy jestem tam znowu,
                                           mówię im wszystkim - do widzenia...!
                                                                                        (5 lipca 2011)
                                                                             Papkin