Szukaj na tym blogu

niedziela, 31 grudnia 2017

Szampańskiego Sylwestra życzę. Aby nadchodzący Nowy 2018 Rok był lepszy od odchodzącego pod każdym względem. Miłej zabawy i niezapomnianych wrażeń.

                          P  a  p  k  i  n

sobota, 30 grudnia 2017

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO 2018 ROKU

Moi kochani...
Nim gwiazdka rozbłyśnie blaskiem swym na niebie, nim huk petard, szampana i wesołej zabawy nastanie czas, pomyślcie ciepło o...Papkinie, życzenia złóżmy, bo nastanie jutro ten czas... 
Niech przychodzący Nowy 2018 Rok da spokój i wytchnienie po znoju i trudzie, niech szczęści się wszystkim tu w domach naszych i...zagrodzie. Niech przyniesie radość serca i umysłu, niech da nam zdrowie, bo ono ważniejsze od wszystkich bogactw tego świata. Byśmy zawsze szczęśliwi byli, kochali innych i byli przez nich kochani...
Wszystkiego najlepszego na ten Nowy Roczek, by Wam promyk słońca przyświecał i cieszył obłoczek. Byście zawsze byli otwarci dla innych i nigdy nie zapominali o tych, którzy są tuż obok. Pozdrawiam.

                                                               P  a  p  k  i  n

środa, 27 grudnia 2017

                        Święta   jeszcze   trwają....

Nadal pozostaje dla mnie zagadką, jak niektóre drobiażdżki 
potrafią uradować, a nawet uszczęśliwić człowieka. I tak jeśli mogę komuś choć trochę nastrój poprawić: "Wszystkim życzę szczerze, aby dzisiejszy i następne dni mieli udane i wesołe, wszak to jeszcze okres Bożonarodzeniowo - Gwiazdkowy, otrzymali prezenty w ogromnej mierze i już nie powtarzali: "ja w Mikołaja nie wierzę...."  Mam nadzieję,
że komuś sprawiłem przyjemność. Prawdą jest, że czasem dzięki jednemu wydarzeniu znika nasz zły nastrój, staje się weselszy, a humor  zdecydowanie się poprawia. Czasami wystarczy jeden gest, jedno słowo, a człowiekowi robi się milej na sercu.  D  z  i  ę  k  u  j  ę..!
Dzisiaj mam nadzieję, że każdy z Was ma dobry dzień? Oby tak było nadal.  Pozdrawiam.

                                                                            P  a  p  k  i  n

sobota, 23 grudnia 2017

Kolęda góralska.wmv

Adam Chrola - Śpij dziecino (Kolęda) (Official Video) HD

           Jutro czwarta Niedziela Adwentu                                          oraz...

               Wigilia Bożego Narodzenia....

Doczekaliśmy się dnia najważniejszego, na który tak z utęsknieniem wyglądaliśmy od dłuższego czasu. Jutro Wigilia. Wolne miejsce przy świątecznym stole nie powinno pozostać puste - jest zaproszeniem dla samotnych, przyjaciół, sąsiadów. Dzieląc się opłatkiem pamiętajmy, co najbardziej liczy się dla naszych bliskich - nasza miłość, troska, obecność. I tej bliskości wszystkim życzę...

   BÓG SIĘ RODZI, MOC TRUCHLEJE...
Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru przyniesie wszystkim spokój i radość. Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem... Aby te radosne Święta, a także cały nadchodzący Nowy 2018 rok upłynął nam wszystkim w harmonii i radości, by nigdy nie zabrakło ciepła drugiej osoby, a każdy dzień był pełen niezapomnianych chwil. Pięknych, spokojnych Świąt życzę sobie i każdemu z osobna...

                                             
Boże Narodzenie 2017
                              P  a  p  k  i  n


piątek, 22 grudnia 2017


                              Już za trzy dni...

                            Idą Święta wielkim krokiem.
                        pachnie drzewko w Twoim domu,
                        patrzysz na nie ciepłym wzrokiem
                             i życzenia złożysz komuś...
                        Bóg się rodzi dla nas wszystkich,
                         w stajni płacze tak, ukradkiem,
                        znów odwiedzisz swoich bliskich
                           i podzielisz się opłatkiem.... 

Jesteśmy coraz bliżej Świąt Bożego Narodzenia. Dni tak szybko biegną, że nawet czasu nie mam na wykonanie wszystkich czynności, które są przede mną...Chodzę tak pomiędzy dwoma domami i ogarniam wszystko co jest do ogarnięcia. Wkrótce trzeba będzie choinkę przystroić.... A więc już za trzy dni, a świąteczny nastrój już mi się udziela. Usiądę w ciszy własnego sumienia i będę przeżywał ten czas wesołej nowiny. Za trzy dni karp przemówi ludzkim głosem...

Miłego dnia...
                                       P  a  p  k  i  n

Rokiczanka - Pastorałka od serca do ucha (Official Video)

czwartek, 21 grudnia 2017

                       Jedyne takie Święta...(cd)...

Kończył się Adwent - do Wigilii tylko trzy dni. W poszczególnych "domach" trwały końcowe przygotowania do radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Ten "pośpiech" trwający od co najmniej dwóch tygodni, to gorączka z wypiekami, sprzątaniem - wypełniała całą Serwówkę. Poszczególne domy, to nic innego, jak nasze mieszkania... A my mieszkaliśmy w jednym pokoju, który był tak zagracony, że aby przejść, trzeba było przeciskać się wąskim "korytarzem" pomiędzy wielką  i ciężką szafą, pamiętającą lata 20-te XX wieku, a dwoma łóżkami (też wiekowymi). Była też kuchnia kaflowa, mały kredens i...tyle. Na nakasliku (rodzaj szafki nocnej), stojącej tuż przy wielkim oknie (patrz zdjęcie w pierwszej części), zawsze stała pachnąca jodełka pełna ozdób i słodkości. Była skromna w stosunku do innych, jakie były u ciotek i kuzynów. Cała wielka rodzina mieszkała bowiem w starej czynszówce wybudowanej jeszcze przez ojca obecnego gospodarza - Stanisława Serwy w roku 1869. Taka data widniała na sklepieniu tuż nad obszerną klatką schodową, a malowidło stanowiło pięknego orła z rozpostartymi skrzydłami. To malowidło trwało niezmiennie przez lata i przetrwało okres wojny od 92 lat - tyle bowiem liczyła sobie czynszówka w tamtym czasie. Rozebrano ją w czerwcu 1986 roku. Z opowiadań wynikało, że gdy ją budowano na dalekich przedmieściach miasta, wokół nie było niczego prócz hulającego wiatru po okolicznych polach. Z niewielkiej oddali majaczyła jedynie wielka bryła zamku Lubomirskich ze strzelistą wieżą i potężnymi murami (dziś przy ulicy Szopena).Nie było jeszcze
 Podpromia, lecz jakaś błotnista droga prowadząca do Drabinianki (wsi po drugiej stronie rzeki Wisłok) i dwa drewniane domki. Potem stanął dom pana profesora Szeligi, pani Łukawskiej i inne. Ogrody, które założono na poszczególnych posesjach powstających obok. Bardzo fajnie lecz nie do końca opisał to miejsce Franciszek Kotula, autor książki "Tamten Rzeszów." Ale On zajął się jakby inną stroną tego regionu miasta.... Nasza Mama przygotowywała pomadki, czyli czekoladowe praliny owijane w białe serwetki z pociętymi we frędzle końcówkami. Pięknie się one odznaczały na choince. Moje późniejsze (teraźniejsze) daleko odbiegają od kunsztu i precyzji maminych. Nikt bowiem jak Ona niczego tak starannie nie potrafił przygotować. Łańcuchy z kolorowego papieru, nawlekane na nitce kawałki słomy, gwiazdeczki i inne ozdoby sprawiały, że choinka była fantastyczna i zdobiła ponurość pokoju. Jeśli dodać do tego kolorowe, specjalne świąteczne świeczki - było niesamowicie. Ciotka na pietrze kręciła makowce i inne pieczywa - była mistrzem w wypiekach, których zapach wypełniał nie tylko mieszkanie, ale całą klatkę schodową. Zapachy przyciągały całą naszą gawiedź. Plątaliśmy się przeszkadzając, a ciotka "tańczyła" pomiędzy kuchennym stołem, a piekarnikiem, gdzie piekły się pyszności - złote babeczki, placki i zawijańce. Panował ruch jak w ukropie, a po całej kuchni plątali się jeszcze moi dziadkowie, którzy także chcieli mieć swój udział we wszystkich pracach. Doborowe towarzystwo, które z racji ciasnoty, miało wiele sobie do powiedzenia. Jednak po czasie przygotowań, uciążliwości i pośpiechu, kiedy następował ten wielki wieczór - wszyscy zasiadali do wspólnej Wigilii... Zapachy pieczonego ciasta "rozbrzmiewały" na wysokościach, tak jak "Bóg się rodzi, moc truchleje" - kolęda rozpoczynająca Wigilię Bożego Narodzenia... Ale dziś jeszcze trwał Adwent - czas oczekiwania i...nawrócenia, by w sercach naszych narodził się Bóg. Takie były przekazy. Któż z nas wtedy myślał o tym? Beztrosko ganialiśmy po wszystkich mieszkaniach, od drzwi do drzwi (Door to door) ciesząc się tym co miało nadejść, a nasi rodzice w tym czasie uwijali się jak w ukropie, żeby zdążyć. A potem nastawała cisza i spokój, wypoczynek i wytchnienie - Święta i Boże Narodzenie oraz prezenty. I tak aż do Nowego Roku, do "szczodroka," kiedy dostawało się pieniądze jako symbol "obfitości"(zależy jak dla kogo). Dziadek zawsze przygotowywał "grosze" aby nas obdarować. Moja Mama zawsze dostawała sto złotych (na owe czasy była to duża kwota). Za złotówkę można było odbyć podróż autobusem miejskim dookoła miasta i na to zawsze wydawałem swoje "oszczędności." Marzyłem też, aby kupić sobie pomarańcze i najeść się do syta. Spełniłem to marzenie wiele lat później do tego stopnia, że odbiło się to dla mnie czkawką... 
Śnieg padał już trzeci dzień z rzędu. Chodziło się ciężko, ale z zadowoleniem. Nikt specjalnie nie narzekał. Zima zawsze była piękna, mroźna, a po Wigilii zawsze był kulig z pochodniami. Harcowaliśmy do późnej nocy.... Ostatnią czynnością było szorowanie kuchennego stoły. Był to ślubny prezent Dziadków z roku 1906 od rodziny z Krakowa, służący wszystkim na co dzień,a w święta w sposób wyjątkowy. Kuchnia musiała błyszczeć, a stary stół, przy którym wszyscy zasiadali, był wspaniale udekorowany. Ile przeżył Wigilii, Wielkanocy i innych świąt...? Ten sędziwy mebel był tak sprawny (nawet nie wiedział, że jest w podeszłym wieku (40 lat) i nadal służy całej rodzinie. Dziś nakryty białym obrusem oczekuje na wielkie wydarzenie....
Pod obrusem w centralnym miejscu ułożone jest sianko. Białe świece w mosiężnych lichtarzach, stoją pośrodku, a wokół specjały wigilijne: pieczony karp i w galarecie, zupa rybna dla smakoszy, pierogi i kutia, białe opłatki, którymi się łamiemy i składamy sobie wzajemnie życzenia. Doniosła atmosfera radości. Wszyscy obecni łączą się w jedności, odrzucają wszystkie dzienne sprawy, aby choć raz w roku, w taki wieczór, jak dzisiejszy być na prawdę razem. Ilu nas się zebrało wokół tego stołu - można policzyć...22 osoby - ludzi jak mrowie na tak małej powierzchni...Na podwieszonych na nitkach pod sufitem fruwają białe Aniołki, bałwanki z waty i inne ozdoby dające swoim wyglądem radość z nadchodzących Świat...Po posiłku nasz Dziadek tonuje kolędę "Gdy się Chrystus rodzi," którą podejmują uczestnicy kolacji. A potem jakaś inna pieśń z dziecinnych czasów Dziadka: "Weno, weno, słońce świeci, jakieś wojsko z nieba leci..." Niestety, nie zapamiętałem dalszych słów. Przyśpiewki zawsze towarzyszyły opowieściom snutym przez Dziadka - o dawnych czasach z jego młodości, gdy mieszkali w Dylągówce, o przeżyciach z I wojny światowej, które to opowieści słuchaliśmy z zapartym tchem... A kulig wyzwalał w nas energię - zabawy w śniegu, na mrozie. I nikt z tego powodu nie chorował - byliśmy zaprawieni w boju. Takich Wigilii zapamiętałem kilka, a dziś przytoczyłem jedną z wielu, która niczym nie wyróżniała się od pozostałych...Szkoda, że tamte czasy przeminęły, że nie wrócą, bo dziś to już inny czas, jakże różniący się od tamtych lat. Większość z osób tu przytaczanych dawno nie żyje, a Ci, którzy jeszcze pozostali, chylą się ku ziemi i wkrótce też może ich zabraknąć. Czy obecne pokolenie chciałoby kultywować stare obyczaje? Nie sądzę! I tak te Święta się kręcą.... Siedząc "dziś" przy wigilijnym stole, gdzieś w dalekiej przestrzeni, widzę tamten obraz, tych ludzi i improwizuję, aby być również tu i teraz. Jednak sercem jestem tam daleko, w świecie, którego nie ma, który odszedł, jak odchodzi wszystko....Nie ma państwa Feldów, nawet ich domu - nikogo z Podpromia - niczego już nie ma, jest tylko inny świat, bo w tym miejscu stoi dziś hala sportowo-widowiskowa, cała reszta znikła bezpowrotnie....
Serdecznie pozdrawiam.
                                                   P  a  p  k  i  n

      

środa, 20 grudnia 2017

                                      Jedyne takie Święta...

Państwo Feldowie mieszkali na krańcach ulicy Podpromie. Był to ostatni dom przy ulicy, która od tego miejsca zamieniała się w polny szlak prowadzący do Wisłoka i przeprawy pana Stanisława Nitki. Posesja składała się ze wspólnego domu i stajni, w której zamieszkiwały krowy i kozy. Ostatnia posesja nad którą wiał zimowy wiatr z nad rzeki Wisłok i pól przeciwległej Drabinianki. Tu zawsze było ciemno, bo ostatnia lampa uliczna znajdowała się przy domu pana Zelkiewicza, która świeciła, jak "wiatr zawiał." Należało mieć latarki,(popularne były na płaską baterię) oświetlając drogę przed sobą. Było to miejsce ciche i spokojne, jakby na końcu świata. Bo też takim było, daleko od miejskiego zgiełku (haha, po ulicach jeździły konne dorożki), a życie tutejszych mieszkańców zamierało z pierwszym zmierzchem - zimową porą około godziny szesnastej...mała żarówka w lampie
przy suficie świeciła jak kaganek lampy naftowej, powszechnie używanej w tamtych czasach zwanych "knotówką."  Lampy naftowe były częste w użyciu ponieważ notorycznie wyłączany był prąd, a ludzie siedzieli całymi godzinami o ciemku. Jeśli był to wieczór, szło się szybko spać. Kołchoźnik, czyli radio na jedna tylko falę (był to I program PR), albo grało, albo milczało. Popularna audycją, którzy wszyscy słuchali był teatr PR i radiowa powieść "Matusiakowie." Telewizji jeszcze nie było wiec żadna strata. Nie było szklanych niebieskich szyb u sąsiadów lecz ciemne okna. W długie zimowe noce psy wyły w sąsiedztwie starej Serwówki, a okoliczne koty, których było mnóstwo, chowały się po zakamarkach w piwnicy lub stodole. Te domowe były jak hrabiowie: "Rudusie,Świtezianki, Kitunie, Burasy" i inne - miały bycze życie w domowych pieleszach. Tylko wiekowy pan Serwa spać nie mógł, chodząc po obejściu ze świeczką i podpierając się laską, stękał, jak to w jego zwyczaju bywało. Julia - jego żona na odmianę mówiła sama do siebie doglądając swoją trzodę kur, kaczek, a idąc za nią można było wiele się dowiedzieć. Gdy tylko zmrok nastawał, życie zamierało, ale w Adwencie w domach panował nastrój przygotowań: sprzątanie, wypieki, produkcja ozdób choinkowych itp. Tylko nam gówniarzom na zbytki się brało lub inne harce chodziły nam po głowie....Szedłem Podpromiem w zaspach po kolana, bo zadymka była, a wiatr nawiewał śnieg pod nogi, z garnuszkiem przypiętym sznurkiem do spodni. Jedna ręka w kieszeni, w drugiej latarka w dłoni i gile pod nosem. Szedłem do Feldów na ciepłe mleko z pianką od krowy, albo kozy. To na takim mleku się wychowałem - na Serwówce i u Feldów, dlatego jestem dziś zdrowy...Zimy w owych czasach były mroźne i śnieżne. Jak sypnęło śniegiem, to zadymka mogła trwać przez trzy dni bez przerwy. Mróz był taki, że wszystko wokół siniało, a drzewa strzelały pękając. Takie ponure widoki drzewa rozdętego na pół można było oglądać po tym, jak nastąpił świt. Ulice, po których z trudem się poruszało, a na ich brzegach leżały zwały śniegu, wywożone gdzieś poza miasto. Widok przedni jak dla gówniarza w moim wieku (8-10 lat), dla innych uciążliwość. Dziś nie uświadczysz takich zim - wszystko się zmieniło, myśmy się zmienili, świat i nasze życie.... Pani Feldowa kazała usiąść na małym stołku, z którego można było upaść, taki był koślawy. Ale się siedziało. Poszła do stajni podoić krowy i kozy, a ja się grzałem przy ciepłej kuchni pod którą błyskał płomień. Pan Felda zaczytany w jakiejś książce, spoglądał raz po raz z pod wielkich okularów coś tam mówiąc pod nosem do siebie - pewnie przeżywał akcję w książce... Światło z sufitu było tak marne (żarówka pewnie 15-ka), że na stole paliły się świece, aby można było dobrze widzieć literki. Panował półmrok, a zakamarki izby były całkiem zaciemnione...Tak się żyło w tamtych czasach i było klawo. Dziś każdy potrzebuje "reflektora," aby coś przeczytać. W rozmowie, całkiem nie tak dawno, ktoś powiedział mi, że "nie żyje w średniowieczu, aby się męczyć." Przecież nikomu nie nakazuję, aby używał lampy naftowej, choć u mnie w domu mam dwie - tak dla ozdoby i przygotowane na każdą ewentualność...Wreszcie się pojawiło -
moje mleko z pianką, ciepłe i pachnące. Pani Feldowa przyniosła także masło owinięte w chrzanowym liściu. Skąd o tej porze roku liść chrzanowy? Tę tajemnicę odkryłem znacznie później...Weź, przyda się Twojej Mamie i Wam wszystkim. Gest dobroci i wsparcia, bo nam się nie "przelewało." Wracałem zadowolony i najedzony, bo prócz mleka dostawałem kolację - kromkę chleba z masłem z dodatkiem czosnku. Śmierdziałem potem, bo kto to widział, aby na noc objadać się czosnkiem? Dziś też stosuję podobne "kuracje," tylko wtedy, gdy to nikomu nie przeszkadza. A swoją drogą - czosnek, to dobre zabezpieczenie przed chorobami jesieni i zimy - uodparnia organizm.... Brnąłem w śniegu po kolana po ulicy, którą nikt nie przeszedł i nie przejechał (widać byłoby ślady). Poruszałem się traktem podobnym do białej pustyni, gdyż porą zimową ten "zakamarek" miasta zionął pustką. Latem poruszały się tędy wozy ze żwirem wyciąganym z dna rzeki... Żyło się tutaj jak na wsi - piały koguty, gęgały kaczki, psy i koty żyły w dobrej komitywie. Wszędzie cicho i pusto...Przemierzałem drogą do domu. Za zakrętem przy domu pana Zelkiewicza byłem już prawie na miejscu. Śnieg zasypywał twarz, która zlodowaciała, oddech przyśpieszony i ta zmarznięta ręka trzymająca latarkę. Jeszcze parę kroków, które dłużyły się w nieskończoność. Przy domu pana Szeligi wystarczyło pokonać ogród i już nasze podwórko. Blade światła w oknach serwowskiej czynszówki - jeden "skok" i jestem w korytarzu. Otrząsłem się ze śniegu i wytarłem gile wiszące pod nosem. Garnuszek u spodni dyndał wesoło, ze jest już w domu. Powitanie było przednie, bo zamiast cieszyć się, dostałem okropną koronkę od Mamy: - "gdzie się włóczysz - włóczykiju, jeszcze Cię gdzieś wilki dopadną i będzie jednego kujona mniej..." Jakie znowu wilki i skąd by się tu wzięły - no, chyba z bajek, które Mama czytała nam wieczorami. "O kocie Pimpusiu," czy "Pięknej królewnie," jak też wiele innych. A my słuchaliśmy zasypiając pod grubą pierzyną. To były czasy niezapomnianych przeżyć....
(cdn jutro)

       

wtorek, 19 grudnia 2017

                            Jedyne takie Święta...(wstęp)

Czasem przychodzi taki wieczór, gdy siadam z niewidzącymi oczami przed szklaną taflą wyłączonego telewizora i..."uciekam" w przeszłość... Są takie dni, wieczory, gdy w mieszkaniu jest cicho - słychać tylko tykający zegar, gdy otacza mnie nostalgia i przywracam pamięć dawnych lat, nawet te z dzieciństwa. Uciekam do nich, do tych barwnych, beztroskich lat i uśmiecham się pod nosem, bo wtedy wszystko było proste, a podejmowane decyzje nie stanowiły problemu i nie ponosiło się za nie szczególnych konsekwencji. Ta "ucieczka" do starych czasów, to może zbyt dużo powiedziane, ale miłe wspomnienia, do których powracam, bo warto. To barwne życie i beztroska, to ludzie mnie otaczający, których przywołuję we wspomnieniach...i tak siedząc spokojnie w fotelu, przywołuję ich, jak na apelu pamięci. Oni nadal żyją we mnie i przy mnie. Gdzie te czasy, kiedy lody "Cassate" były szczytem szczęścia, a stężona galaretka z cukrem o różnych smakach i zabarwieniu, były ziemskim rarytasem...? Zanurzyłem się w tym moim dzieciństwie - w dzieciństwie bez ponad stu kanałami telewizji, bez komputerów, empetrójek, bez telefonu komórkowego...Wspominam grę w "siedem cegieł," zbieranie kapsli, znaczków i zabawy plastikowymi Indianami czy też ołowianymi żołnierzykami... Jakie to wszystko dalekie! Czas szybko minął i ani się obejrzałem, świat się zmienił... Dziś "stoję na głowie," bo tamtego świata już nie ma, a ja nadal słyszę słowa mojej Babci lub Mamy opowiadających o "płonącym ognisku i szumie wiatru niosącego leśne echa." Kto wie, czy to właśnie nie te opowieści z przed lat, nie przyczyniły się do moich teraźniejszych wędrówek..? I siedzę tak zapatrzony w to, co przeminęło. Wracam do tych wspomnień, do ludzi, do świata, który już się skończył, choć żyje we wspomnieniach. Będzie żył tak długo, jak długo będzie się o nim pamiętało. O Bożym Narodzeniu, jednym z licznych, które przeżyłem...
                        "Świat pachniał, jak po deszczu las - 
                             zatrzymałem w miejscu czas...
                          Pamiętam świat, poranny chłód,
                              kilka spojrzeń, kilka słów...
                     Mały nasz pokoik przed ludźmi nas krył,
                     "krainą czarów" zawsze dla mnie był..."
Mały pokoik na "Serwówce..." Zawsze z dumą podkreślałem. że mimo, iż pochodzę z rodziny raczej biednej, ale o bogatej Genealogii - znam życie od podszewki. I choć wiele zdarzeń znam z opowiadań, które wszystkim nam dzieciom przekazywano historycznie - kultywuję te tradycje, pamięć, również tych tragicznie i bestialsko zamordowanych na Wołyniu...Żyłem w warunkach, czasem arcytrudnych (domy dziecka), szczególnie jeśli chodzi o sprawy materialne. Podkreślam to z dumą dlatego, że traktuję ten czas jako źródło ważnego doświadczenia i wiedzy o życiu, którego ludziom wychowanym pod kloszem zwyczajnie brakuje. Doskonale pamiętam czasy, kiedy nie było czym zapalić pod kuchnia w celu ogrzania się, czy ugotowania marnej zupki. Przyrządzenie choćby tzw. "wodzianki" - (przegotowana, gorąca woda z dodatkiem łyżki smalcu i wrzuconych do wrzątku czerstwych kostek chleba - całość przyprawiona czosnkiem), sprawiało problem. Zbierało się różne rzeczy do spalenia - chrust, kawałki drewna, wszystko, co nadawało się do tego celu. W małym zawilgoconym pomieszczeniu, którego okno wychodziło na podwórko (zdjęcie - okno na parterze), na 15 metrach kwadratowych mieszkało nas sześć osób.
W takim pokoju żyło nam się ubogo, w pobliży tych, którzy mienili się "elitą..." Bo sąsiad był złodziejem, a w sąsiedztwie samej Serwówki mieszkali pijacy i...prostytutka. Wcale mnie to nie dziwi, że Mama musiała zareagować oddając nas do Domów Dziecka, jak tez z powodów materialnych. Ale to wszystko jakoś trzymało się razem, było solidne, dało się z tym funkcjonować i czegoś się nauczyć...Czasem sobie w duchu myślę, że "dzisiejszym" przydałoby się poznać odrobinę życia, bo niestety odnoszę wrażenie, że ludzie Ci łatwo mówią o swoich problemach i chętnie występują w roli mentorów bez znajomości tematu. Mam w tym miejscu na myśli także moje dzieci... Ja rzeczywiście poznałem co to jest problem i jest to mój ogromny dorobek, wielkie bogactwo życiowej wiedzy, do której otwarcie się przyznaję. Później, kiedy sam założyłem własną rodzinę, musiałem tak postępować, aby chronić ją przed wszelką maścią "rewolucjonistów" i żyć zupełnie obok. Niestety - to pokolenie nie było moim i dziś żyje na bakier z wszelkimi prawidłami, a czasem jest wprost nieznośne, delikatnie to ujmując. Bo wszelkie rewolucje robili zawsze wielcy wariaci i narwańcy, a ja musiałem być w stopniu maksymalnie możliwym - normalny, nawet wtedy, gdy za prawdę o Katyniu posadzono mnie w wojsku na trzy tygodnie do paki... To wynikło też z faktu, że musiałem zarabiać na swoją rodzinę, cierpiąc wyrzeczenia, bo na niczyją pomoc liczyć nie mogłem i też nie chciałem. Wychować wraz z żoną dzieci, które dziś nie są zbyt przyjazne, czasem nawet agresywne (nie wiem po kim odziedziczyły swoje charaktery), zapewnić egzystencję i normalność w wychowaniu. Kiedy zabrakło żony i matki, wszystko się zaczęło walić. Dostały wiatr w "żagle"  zwłaszcza po wyjściu za mąż...Nikt z nas ideałem nie jest, każdy ma jak ma...I tylko te wspomnienia jakoś trzymają mnie wyprostowanym...(cdn)
                                              P  a  p  k  i  n

     
  

niedziela, 17 grudnia 2017


                      Trzecia Niedziela Adwentu...

                               (17 grudnia 2017)

           Do Wigilii pozostało siedem dni...
Do Świat Bożego Narodzenia pozostał już tylko tydzień. Równe siedem dni licząc ostatnia Niedzielę Adwentu jako też Wieczór Wigilijny... Tak nam się kończy Adwent, który trwał cztery tygodnie. Nie będę dyskutował nad długością trwania czterech tygodni. Jako katolik wiem, że w naszej religii jest tyle kontrowersyjnych spraw, że o taką drobnostkę nikt nie będzie sobie głowy zawracał... Czyli już za tydzień będą Święta, a więc już za pasem. Wspomniałem o tych czterech tygodniach Adwentu, bo za moich (i nie tylko moich) młodych lat, czas ten był przygotowaniem wszelkich posiłków, wypieków itp. Widzę to wszystko na jaźni do dziś... Obecnie, to nic tylko próba odejścia od tradycji. Nie zauważa się specjalnego nastroju, jedynie tłumy w marketach (szkoda, że małe sklepiki już nie istnieją), to był prawdziwy czar... Tak sobie myślę, czy aby nie warto byłoby "pokłócić" się z całym światem i zasiąść przy stole (sam) lecz z duchem tamtych lat...? Kilka pierogów i uszka do barszczu, karp - symbol Wigilii i wszyscy Ci, którzy "zasiedli by" duchem przy tym stole wraz ze mną... Zastanowię się kolejny raz, ze do dwunastu dań, brak mi dziewięciu w tym dziadkowej hałki....Wariant marzenie - 
Siedzimy wszyscy przy stole i patrzymy sobie w twarz. Powaga, choć nastrój nadzwyczajny. Szukam odpowiedniego fragmentu w Piśmie Świętym...Zasiadamy do wieczerzy, potem wspólne kolędowanie, a o północy idziemy na Pasterkę... Po niej był kulig do rana...Marzenia i tylko marzenia - tego wariantu nigdy już nie będzie. Nie te czasy, nie Ci ludzie...a człowiekowi pozostają tylko marzenia. Oby i one się spełniły. Milego tygodnia życzę...
                                              P  a  p  k  i  n


piątek, 15 grudnia 2017


                                           Połowa grudnia -

                    śnieżnej zimy brak....
Bardzo poważnie zaczynam się niepokoić brakiem prawdziwej zimy - mroźnej i śnieżnej. Co prawda do tej kalendarzowej jeszcze dobry tydzień, ale...(?) Człowiek opanował naszą planetę do tego stopnia, że zmienił wszystko - za chwilę dowiemy się, że kierunek naszej planety zmienił się na...odwrotny. Podobnie jest z porami roku. Nie ma jesieni, ani wcześniej wiosny - są pory monsunowe - brzydkie, nie ciekawe.



O czym tu mówimy - te także jakiś monsun tyle, że zimową porą. Lata także kiepskie. Jakby nie patrzeć - zima niby jest, ale w innych częściach świata. Nie ma to jak kiedyś, gdy synoptyk zapowiadał, że możemy spodziewać się mrozu poniżej 25 stopni lub nawet więcej, bo mnie taka zima odpowiada - dwa metry śniegu i co najmniej 20 stopni mrozu - w takich warunkach zostałem wychowany... A dziś - czy można wierzyć synoptykom? Święta też zapewne będą do bani pod tym względem, bo jakoś nie ciekawego nie zapowiadają, a jeśli już to deszcz i deszcz ze śniegiem, czyli chlapa... chyba, że coś się zmieni... Póki co, śniegu brak, choć w sklepach widzę mnóstwo sprzętu zimowego i narzędzi do walki z zaspami. Śmiesznie to wygląda - z politowaniem patrzę na te sterty "złomu" zalegające sklepy, z którymi nie ma co zrobić, ale zapobiegliwość jest i to się chwali... Zapewne za chwilę trzeba będzie zmienić witryny sklepów i wyjąć z magazynów to, co kojarzyć się może z...Wielkanocą, bo do wiosny chyba bliżej nam niż do zimy... Pozdrawiam.

P  a  p  k  i  n
   

czwartek, 14 grudnia 2017

               Święta...święta i....co dalej...?

Czy byśmy chcieli, czy nie - coraz bardziej zbliżamy się do Świat Bożego Narodzenia. Gdyby popatrzeć na to z innej strony, tej rzeczywistej, to w zasadzie mamy już namacalny na to dowód. Witryny sklepów są już pełne bożonarodzeniowych ozdób i innej maści gadżetów. Za tydzień z haczkiem będziemy mogli powiedzieć: "No, i nadeszły Święta...Ostatni kurz gospodarz w locie łapie, choinka błyszczy w kącie, a karp świeżo upieczony, czeka na swoją kolej losu...Milszego widoku jak Wigilia nigdzie nie znajdziecie....
W tę noc, co raz w roku przypada,
nawet mąż podobno ludzkim głosem gada,
bo wieczór to szczególny bez wątpienia,
największy wróg doczeka dziś przebaczenia.
W blasku świec przy wigilijnym stole,
w niepamięć pójdą wszystkie żale
tak, jakby nie było ich wcale.
Przez wzgląd na uroczystą kolację
i dzieci rodzicom dziś przyznają rację,
a mnie w ten dzień smutek ogarnia ogromny,
bo po świętach wszystko wróci do "starej" normy...


Wszystkim życzę udanego...sprzątania.

                                                              P  a  p  k  i  n

środa, 13 grudnia 2017

                              P o l s k a   W i g i l i a....

Polska Wigilia (wiersz przekazany mi przez moją Babcię, prawdopodobnie z roku 1868 napisany przez Jej ojca)
                                                                                     **
Ktoś na czatach za firanką sprawdza,
czy zabłysła już pierwsza gwiazda...
A dzieciarnia już do stajni się skrada,
może bydło ludzkim głosem gada?
Puste miejsce przy stole oznacza,
że przyjmie każdego tułacza.
A ojciec w ciszy przeczyta słowo,
rozpoczniemy strawę duchową...
Po cóż to na stole siano, 
tak obficie w obrus powkładano?
Byś o polskiej nie zapomniał biedzie,
do której betlejemska gwiazda wiedzie.
Gdy przystąpi do Ojca Matka,
zadrży w palcach kruchość opłatka.
W pocałunkach i w objęciach w pół,
obejdziemy radośnie nasz stół...
Zasiadają dzieci, ciocie, wuje,
zupa z wazy na talerz wędruje,
w postne kiszki zaczyna swój marsz - 
migdałowa, grzybowa, barszcz.
Wnet rozpoczną do nas swe zaloty,
szczupak z linem i karp szaro-złoty.
Staro złoty wody chlupnie pomiędzy kuleczki - 
bądźcie cicho, jak ryba - dziateczki....
Już kapusta z grzybami się mieni,
chrzan do ćwikły z pragnienia rumieni,
w sukurs przeto pełen animuszu,
śpieszy słodki kompot z suszu.
Kutia z makiem biorą się za głowy,
który deser będzie narodowy?
Chyba strucla oboje pogodzi
zwłaszcza, że uwielbiają ja młodzi...
Potem jodła w świecznikach się rozświeci,
skaczą do prezentów dzieci,
a na koniec szopa się zajarzy,
na Pasterce przy wiejskim ołtarzu.
Gwiazda, słowo i opłatek pod jemiołą zupy
oraz ryb dostatek...
Ćwikła z chrzanem, kapusta z grzybami,
kutia z suszem i mak ze struclami.
Jodła, żłób i kolęd rozśpiewanie,
dziwne spraw i rzeczy pomieszanie..!
Gdy Pasterka kopnym śniegiem brodzi,
gromko podejmiemy - 
"Bóg się rodzi...."

Pomyślnych przygotowań życzę i pozdrawiam - 
                                                 P  a  p  k  i  n

                                                                






wtorek, 12 grudnia 2017

                     Rozbłysły już choinki....(?)


Oniemiałem z wrażenia, gdy wczorajszego wieczoru spojrzałem w okno.... W trzech różnych mieszkaniach rozbłysły choinki...Doprawdy - można ocipieć! Co tym ludziom w głowie się po przewracało?  Ja rozumiem, gdyby to było tuż przed czwartą niedzielą Adwentu, bo wiadomo, niedziela ta, to również Wigilia, ale już teraz? Ale cóż...Łeb w kokietkę trzeba wtulić, bo nie ma wyjścia. Ta dzisiejsza rzeczywistość, a może już poprawność, staje się przekleństwem. Nie potrafię odnaleźć się w tej rzeczywistości - nie mój to świat, nie moje czasy - nic nie jest moje...Może dotrwam do lata, kiedy ponownie zaszyję się w głuszy zielonego lasu, daleko od cywilizacji i wszystkich spraw z na związanych? A teraz nie dajmy się zwariować! Najbardziej mnie wkurza czerwony, idiotyczny krasnal, nie wiedząc czemu nazywany Mikołajem. Ten czerwony, otyły amper - idiota z przechlanym pyskiem, został stworzony kilka lat temu przez speców firmy "Coca Cola" (?) i nie ma nic wspólnego ze Świętym Mikołajem, który był biskupem Damaszku i tylko w biskupich szatach przedstawiać go uchodzi...Niech nasze Święta będą pełne zapachów babcinych wypieków, aromatu kapusty z grzybami, którą pichciła moja Mama, zafrasowanego pana domu, na którego spadł obowiązek karpiobicia, brrr.... I niech potraw będzie tuzin... Niech Święta te mają niepowtarzalny klimat ze wspomnieniami dawnych lat... Choinki w naszych domach niech będą prawdziwe, udekorowane świątecznymi ozdobami, słodyczami. I niech prezenty będą skromniejsze, ale dane ze szczerego serca, a nie ze świątecznego kredytu bankowego, który będzie trzeba spłacać i zakupione w...promocji. Na Pasterkę też pofatygujmy się o północy, albo...wcale. A kolędy niech nam zaśpiewają prawdziwe polskie Anioły, a my wraz z nimi. Takie święta sobie urządźmy! Jeszcze jest czas, jeszcze zdążymy...! "Bóg się rodzi, moc truchleje..."
Miłego dnia życzę...

                                                                 P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 11 grudnia 2017

    Świątecznie, choć do Świąt daleko...

                          (11 grudnia 2017)

Miało mnie dziś nie być, ale... po cichutku, pomalutku, coraz bardziej zagłębiamy się w ten przedświąteczny czas... Aż trudno zajmować się czymś innym...wielka polityką, która dzieje się wokół nas, bijącymi myślami...?  Tak! Ja tylko dziś na chwilę tu zaglądam, by sprawdzić, co ciekawego, czy coś się zmieniło...?  Zauważyłem tylko jeden głos, a poza tym cicho, jak makiem posiał... Może trzeba będzie zastanowić się, czy warto się produkować dla samego siebie....? A u mnie ruch jak w ukropie i nie muszę się wysilać na wymuszanie z siebie wysiłku myślenia. Robię swoje i nie patrzę poza siebie. Są tylko wspomnienia, tak przy okazji tego, co zabiera mi troszkę czasu, aby wszystko było jak kiedyś...
Ozdoby choinkowe, słodkości, aby móc potem obdarować dzieci, czyli moje wnuki.... Wspomnienia, które wirują w moim umyśle, te zadawnione, nigdzie nie pisane, choć warto
je kultywować.... "Białe Święta" - Boże Narodzenie, czas 
spokoju i refleksji. Mój Dziadek taka przypowiastkę nam dzieciom opowiadał: "Każdy Polak ma swoją kolędę, tę najcudowniejszą, z którą wiąże się tyle niezapomnianych i nie do wyrażenia przeżyć, myśli, doznań. I ja mam swoje ulubione kolędy, które weszły mi w krew, w serce, w duszę razem z zapachem mojej Dylągowskiej ziemi, z poszumem lasu, z obrazem jej strzech słomianych, jakże kojarzących się z kolędami i....szopką betlejemską... Jedna z takich ulubionych jest kolęda na Boże Narodzenie roku 1892. Miałem wtedy 11 lat. Nasi rodzice śpiewali z całą naszą ferajną (rodzeństwem), chwytaliśmy słowa i śpiewali z mamą i tatą. Kolęda ta ma takie słowa...(tu Dziadek rozpoczął śpiewanie):
"Królu i Panie, gdzie są Twoje trony,
gdzie są Twoje berła i Twoje korony...
O, Anieli przybywajcie,
Jemu wdzięcznie przygrywajcie,
Jezusowi maleńkiemu w tym żłóbeczku
na wianeczku złożonemu..."
A ponieważ w domu zrobiłem już praktycznie wszystko, nawet ozdoby choinkowe, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wałęsać się i nudzić z nic nie robienia. Wiem, może to śmieszne, ale jeszcze będzie czas na wykonanie tych czynności, które są przede mną. Karpia przygotuję w dzień wigilijny, pierogi lepił będę od samego rana, barszczyk już jest w przygotowaniu (?) i nie będzie problemu... Niby wszystko okay, a na samym końcu okaże się, że będę zmuszony wszystko zostawić w domu, bo na Wigilię pójdę do...córki. Ot i cały ambaras...
Miłego....
                                                                       P  a  p  k  i  n

niedziela, 10 grudnia 2017


                        Druga Niedziela Adwentu

                               (10 grudnia 2017)

Do Świąt Bożego Narodzenia pozostało 16 dni...

Miłej niedzieli...
                                                                            


                                                     P  a  p  k  i  n

piątek, 8 grudnia 2017

                                      "D z i e ń   R y b y...."

Wigilia za pasem, wcześniej trzeba zaopatrzyć się w...rybkę.
I znowu odezwą się głosy pseudo ekologów - "terrorystów," jak ich nazywam, z pod znaku wszystkiego przeciw czemu można protestować. Totalna "opozycja" w stylu sejmowej opozycji. Znowu media podchwycą temat, zaczną nagłaśniać (zresztą nie pierwszy raz), apele obrońców praw zwierząt, aby zrezygnować ze świątecznego karpia. A ja z tej okazji kilka lat wcześniej napisałem taki oto wierszyk: 

"Przy końcu świata rodzaju ludzkiego,
gdy umysł homo ogarnął świat,
głupich pomysłów, obrońców natury - 
"Dzień Ryby" nastał w świąteczny czas..."

Ponieważ osobiście nie gustuję w tym, co głoszą Ci wszelkiej maści "terroryści," z braku miejsca na wyładowanie swoich emocji w sprawie, zamieściłem powyższy wierszyk. Bo ja pytam tych gorliwych gnojków, dlaczego nie protestują, kiedy lewactwo i wszelkiej maści feministki domagają się zalegalizowania aborcji? Kto tu ważniejszy - ryba, drzewo, czy ludzki rodzaj...? Kupię karpia jak co roku, bo to wielowiekowa tradycja i zjem go ze smakiem. A co do tych pseudo ekologów, to bardzo proszę - jeśli macie życzenie, to mam świetny tasak. Nastawcie swoje durne makówki i po sprawie, tylko kto zechciał by skonsumować taki durny mózg...?
Smacznego....
                                                                          P  a  p  k  i  n



środa, 6 grudnia 2017

                                Świąteczne drzewko....

Dziś miało być o czymś innym, ale wziąłem do ręki stare z przed wielu lat zdjęcie, na którym jestem z moją Mamą przy choince... Tak więc będzie o choince, bo przecież podobno za chwilę mamy Święta. Wystawy sklepów przekształciły się w jedno bożonarodzeniowe stoisko, obfitość bombek (hi hi), gwiazd betlejemskich, mikołajów - niestety oszustów (pisałem w notce poniżej), śniegu w sprayu, mnogość świeczek, skrzatów, waty imitującej śnieg, kolędy rządzące w głośnikach... Wszystko to po to, by nas w nastrój świąt podobno wprowadzić, byśmy kupowali, kupowali...a przecież i tak kupić musimy - nie udawajmy...! No, ale miało być o choince, takim małym lub większym drzewku, jak kto woli. Tylko teraz choinka jest wybierana starannie, ma być rozłożysta, wysoka, żadnych krzywizn, najlepiej sztuczna, bo to wręcz idealne i igieł nie gubi, no a poza tym ekologiczna (srutu-tutu), ale dobrze - odczepię się od sztucznych... Teraz choinka ma stylistów, tak - dziś rozgorzał spór na temat wystroju choinki, bo przecież powinna wyglądać z klasą, żeby rodzinka mogła się pochwalić i pozazdrościć (hehe, skąd ja to znam?) - dwu-kolorowe bombki, światełka zgodne z wszelkimi zasadami estetyki i harmonii...I tu mnie cholera bierze...! Przepraszam, ale ja cenię Ducha Świąt, nie te "piękne" choinki porażające klasą i bezdusznością. Ubierałem  choinkę wraz z moją Mamą, kiedy miałem ileś już lat, bawiliśmy się przy tym w radości dzieciństwa. I Ona i ja (moje rodzeństwo również), wieszaliśmy bombki na przemian, raz Ona, raz ja. Wybierałem przeważnie te najstarsze sprzed lat, pamiętające pierwsze lata po wojnie, a nawet były te z przed wojny, bo one przeważały w naszych "zbiorach." Naprawdę były stare i niesamowicie delikatne (dzisiaj są ze szkła lub plastyku) - przypominały figurki aniołków, śniegowych panienek, elfów, gwiezdne wróżki, sopelki i inne. Wieszałem je na gałązkach żywej choinki, obok siebie, żeby mogła na nie patrzeć cała rodzina. Wieszaliśmy cukierki i lizaki, bo nie stać nas było na wykwintne wyroby cukiernicze (choinkowe).... Były pozłotka, łańcuchy z kolorowego papieru, girlandy, które zdobiły całe mieszkanie... Mama umiała mieć świąteczny nastrój i powagę, a przy tym śpiewała piękne, stare kolędy, których dziś już się nie słyszy, nawet w kościołach...Kot bawił się ozdobami i co jakiś czas jeżąc sierść parskał na widok sztucznych ogni. Choinka była pstrokata i niesymetryczna, zwariowana, przez to bardziej ludzka i nasza własna, a co ważne - żywa. Te, które dzisiaj widzę, mają jednolite piękne bombki lub wspaniałe ozdoby wykonane w iście amerykańskim stylu. Wyglądają pięknie, ale nie bije z nich ciepło, nie sprawiają, że chcę przy nich usiąść i pomarzyć - nie mają już tej magii, a może to tylko moje subiektywne odczucie? Bo wiecie - mojej Mamy już nie ma, nie ma też 40-letnich i starszych bombek, potłukły się z biegiem czasu... Ale choinka jest taka, jaka jest - ubierana z powagą i całym dostojeństwem, z majestatem w ozdoby i...słodycze - tradycyjne jej ubranko jak przed laty. I wolę ją taką, bo ona jest moja. Przypomina mi te z przed lat w domu mojej Mamy - w naszym domu na "Serwówce..." A gdy obciążam gałązki słodyczami, jestem myślami gdzieś tak bardzo daleko w głębi mojego życia i czasem łza kręci się w oku. Kiedy tak pomyślę, to na pewno choinka podobała by się mojej Mamie i wiem, co Ona zawiesiła by na gałązkach. Dziś choinka wzbudza podziw moich wnuków...

Nie wiem, w jakim bylem wieku, ale tu jestem z moją Mamą przy takiej świątecznej choince. To były czasy....
Serdecznie pozdrawiam.

                                                                          P  a  p  k  i  n