Szukaj na tym blogu

środa, 31 sierpnia 2016

Otwarty klozet...

Rzecz, która dotyczy również mojego domu i w żaden sposób nie jestem w stanie z tym walczyć. Odnosi się to do męskiej nacji, ale zauważam, że kobiety w moim domu też tych zasad nie przestrzegają, choć w mniejszości... A zatem drodzy panowie - słuchajcie swoich kobiet, bowiem to One rację mają, kiedy upominają Was o to, że znów nie opuściliście deski sedesowej, czyli klapy. I nie chodzi tu o kobiecą wygodę, a o higienę. Podczas spuszczania wody wraz z wszelkimi zarazkami jakie osiadły się wewnątrz misy, osadzają się one na użytkowniku, czyli na Tobie oraz na wszelkich innych elementach wyposażenia łazienki. Obrzydliwe - prawda...? I to właśnie z tego powodu grypa żołądkowa murowana i rozprzestrzenia się szybko na każdym kroku. A jakby tego było mało - raczki szanowni...rączki należy myć za każdym razem bycia w przybytku i oazy ciszy. Podobnie jest w szkołach, przedszkolach i innych miejscach użyteczności publicznej.... A zatem - miejmy to na uwadze. Serdecznie pozdrawiam...
                                                                       Papkin 

 

 

 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Jak to jest...?
Co jakiś czas w obiegu informacyjnym ukazują się wiadomości dotyczące losów znanych nam osób, które były w swerze naszych zainteresowań. Cieszyły się poklaskiem społeczności, hulały na salonach ciesząc się uznaniem, szacunkiem itp. Ostatnio w Internecie ukazała się obszerna informacja, a z dużą dozą prawdopodobieństwa, użalanie się na los jednego z takich postaci, którą jest pan Roman Kłosowski - aktor, znany m.in z roli Maliniaka. Z całym szacunkiem dla pana Romana i innych mu podobnych osób, ale jedna rzecz w tym obszernym artykule mnie "uderzyła." Otóż wynika z opisu, że rodzina aktora koniecznie i na siłę chciała pozbyć się uciążliwego łożenia i opiekowania się schorowanym członkiem rodziny (być może to dzieci pana Romana, czy najbliższa rodzina). Nie ważne, ale chodzi o sam fakt. Można przypuszczać, że to ów rodzinka zawdzięcza swój "dobrobyt" właśnie panu Romanowi, a dziś zamiast pomóc, otoczyć opieką owszem - chcieli to uczynić proponując oddanie człowieka pod czułą troskę Domu Starców. Tak, tak, nie wstydźmy się w taki sposób określić domu w Skolimowie tak nazwą, bo to jest Dom Starców tyle, że dla takich ludzi. Paskudne określenie, ale to oddaje skale pogardy dla ludzi, którymi powinna opiekować się rodzina. Pisałem na podobny temat wcześniej. Oczywiście - ja nie mam w perspektywie swojego losu powierzyć trosce takiego środowiska. Wystarczająco długo przebywałem w podobnych ośrodkach zwanych Domami Dziecka i tylko dlatego, że w wieku 3 lat zmarł ojciec, a najmłodszy z braci urodził się 5 miesięcy po jego zgonie. A kiedy miałem 7-8 lat, wraz z rodzeństwem dostałem się w upojne skrzydła "obcych,"  gdzie za "kradzież" chleba, byliśmy bici kołkiem od miotły, pasami albo cienką witką, która przecinała skórę do krwi. A wracając do tematu - z przykrością to mówię, niech się powiesi ten, kto popróbuje zgotować podobny los drugiej osobie w podeszłym wieku, schorowanej i wyrwanej ze środowiska... Inna sprawa, gdyby pan Roman naprawdę nie miał nikogo, ale z artykułu dobitnie wynikało, że obca osoba pomogła, zajęła się, a była to sąsiadka. Jak mówi powiedzenie: "  z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach." Ale jest też inny aspekt sprawy, niekoniecznie dotyczący pana Romana. Aktorzy i inni celebryci cieszący się uznaniem, brykający na salonach, politykujący, opluwający i poniżający tych, którzy mają odmienne zdanie niż Oni, rozbijający się brykami i demonstrujący swoją przynależność. Wszystko do czasu... Potem przychodzi czas starości - nieunikniony (o ile dożyją) i co...? Okazuje się, że są bez środków do życia, albo mają zbyt mało, aby mogli egzystować. Pan Roman dzięki obcej osobie cieszy się życiem i wsparciem, ale zwykły śmiertelnik już go mieć nie musi. Po śmierci żony w 1994 roku miałem na utrzymaniu dwoje nieletnich dzieci - poprosiłem o takie wsparcie. Straszydło za biurkiem, bo inaczej nie można było określić tej "poczwary" z toną pudru na twarzy i ustami w szmince, że na taki widok można było się porzygać oświadczyła, że: "po wywiadzie w środowisku i przeanalizowaniu dokumentów, nie można mi udzielić wsparcia, bo przekraczam limit moich zarobków o... 9 złotych. Natomiast alkoholikom i innym "potrzebujący"  jak najbardziej się należy. Nie ujawniam nazwisk celebrytów, którzy dziś mówią: "hulaj dusza piekła nie ma," a za jakiś czas będą "płakać," że na życie nie mają. A panu Romanowi życzę spokoju i wielu lat życia w otoczeniu życzliwych mu ludzi, nawet jeśli są to obcy i tylko obcy, a rodzinę niech pan oleje... I tym brzydkim słowem życzę wszystkim miłego dnia. 
 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Widok z mojego pokoju...

Im dłużej skazany jestem na to co widzę za oknami mojego pokoju, tym bardziej lubię swój pokój, a najbardziej lubię go właśnie z powodu tego widoku, który maluje mi natura, kiedy wychylam się z okien mrucząc pod nosem na samochody parkujące tuż obok i zasmradzające mi powietrze. Lubię te garaże i ich monotonię, drzewo wysmukłe obok i odrobinę zieleni, raczej krzaków dziko rosnących, których nikt nie przycina. Najbardziej jednak lubię wiszącą pościel i inne fatałaszki wieszane na prowizorycznym wieszaku ze słupków i linek... To tutaj z mojego pokoju otwartego na świat przez dzisiaj brudne okna (muszę wreszcie je umyć), bije serce mojego domu... Wiosna pokazuje tu swoje oblicze - pierwsze kwiatki niewinnie wystawiające swoje główki. Jesienią obserwuję pociągnięcia kolorowym pędzlem na drzewach i coraz częściej na wieczornym niebie. A zimą, gdy gołe drzewa odsłaniają dziką ścieżkę, a raczej coś w rodzaju betonowego chodnika, który kończy się w...krzakach, oświetloną latarnią, która swoim blaskiem w nocy przeszkadza. Mam na widoku to wszystko z przechadzającymi się kotami pani sąsiadki, pieskami, które w geście znaczenia swojego terytorium, unosząc łapkę do góry, sikają gdzie popadnie. A czasem całe stada gołębi i wróbli, które wbrew regulaminowi Wspólnoty dokarmia zniewieściały sąsiad...Nagle wszystkie jednocześnie podrywają się do lotu, zasłaniając skrzydłami cały świat... Gdyby przejść do następnego pokoju, tam przedni widok ruchliwej ulicy,
która nawet w nocy nie zasypia. Wszystko się trzęsie, a wycie syren jest wręcz nie do zniesienia. "Sodomia i Gomoria," jak mówi Ratajowa... Ale jest też błękitne niebo niczym nie zakłócone, takie uskrzydlające, jak zaproszenie w dal - taki przedsmak wieczności...Tak więc dziękuję za ten podarunek, za mieszkanie, za pokój, który ma taki widok...





środa, 24 sierpnia 2016

Wspomnieniowo...

Dzisiaj na odmianę trochę "pomarudzę..." W zamyśle miało być o czymś innym. Bo dziś, a właściwie jutro przypada kolejna smutna rocznica, ale o tym na końcu... Jak to ktoś wymyślił: - "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach." Nie wiem kto wymyślił te słowa, ale na pewno miał rację i cechowało go poczucie mniejszej wartości. Nie...! Ja się nie użalam, choć doświadczyłem tego ciepełka rodzinnego i to dość dobitnie. Dziś w zasadzie "nie mam rodziny..." Ona jest, ale każdy zajmuje się własnymi sprawami. Przyjechać do kogoś, to znaczy być intruzem. Owszem - "cześć, dzień dobry, co u Ciebie i w ogóle...I zaczyna się pełnia więzi... Nawet moje zdjęcia są beeee, wiec nie chciałbym nikogo straszyć swoim wyglądem. Oczywiście, to kamuflaż, ale co by nie powiedzieć
i jak powiedzieć, na jedno wychodzi. A moje podróże..? Uwielbiam je, a moi bliscy często nawet nie wiedzą, nie są nawet świadomi, że jestem obok, że przechodzę tuż pod oknami mieszkania. Jest to podyktowane kilkoma względami - czasem naprawdę nie zaplanowałem bycia u kogoś... Kabaret "Starszych Panów" miał w swoim repertuarze utwór, który do dziś jest aktualny, czy ktoś by chciał, czy nie: - "....Miał willę z ogródkiem, garaż i auto,
                że każdy co nie ma zaraz by mieć chciał to,
                i wizję i fonię i pralkę i frak,
                więc czego, ach czego, ach czego mu brak...?"
                Rodziny, rodziny....
Tak..! Dzisiaj brak tych więzi, ale takie czasy, w których niejednokrotnie trudno się odnaleźć. Mimo wszystko, kiedyś było lepiej. Często przeglądam stary pamiętnik mojej krewnej (stryjenki mojej Babci), a w nim tyle serdeczności, wierszyków, które i tu kiedyś zaprezentuję. Inna epoka, inni ludzie, inna mentalność... W swoich przemyśleniach często (może zbyt często) wracam wspomnieniami do dzieciństwa i tego miejsca tak magicznego, jakim była "Serwówka."  Lubię ten temat i lubię wracać w tamte czasy, ot tak dla siebie. Jeśli ktoś dzięki mnie przypomina sobie tamte lata, to moja satysfakcja.
To lata wczesno pięćdziesiąte i nieco późniejsze, choć już na "obcej ziemi." Odkrywam na nowo nasze "dzienne sprawy." Pozwala mi to zatopić się w myślach, gdy jestem daleko od cywilizacji, na pustkowiu, w miejscu tak odludnym, aż niewyobrażalnie. Są w naszym kraju takie miejsca i to dosłownie. Tam słychać tylko cykady, śpiew ptaka, albo ciszę dźwięcząca w uszach. Stary, zapomniany cmentarz gdzieś na końcu świata. Ile tych miejsc jest w moim kraju, ile innych pięknych miejsc dla wypoczynku, a ludzie jadą gdzieś za granicę, wydają mnóstwo kasy, bo to takie europejskie...A tu cisza, spokój, piękne widoki i jak okiem sięgnąć - dalekosiężna przestrzeń. Uciekam w takie miejsca, bo one regenerują nie tylko umysł, pozwalają na odsapniecie od zgiełku miasta...
Wszędzie mam rodzinę, niemal w każdym zakątku: - Trójmiasto, Jelenia Góra, Skarżysko-Kamienna,
Przemyśl, Rzeszów, Sanok, Lesko, Solina, Kraków, Nowy Targ, Rabka, Zielona Góra, nawet Elbląg okazał się też taki ważny. Ktoś powie: - marudzisz..!? Tak, czasem trzeba. Bo jeśli coś mówię, mówię szczerze to, co leży mi na sercu, a ludzie szczerości nie lubią, czasem ich to drażni...Miałem przyjaciół, ale takich prawdziwych, od serca, co to akceptowali mnie takim jakim jestem, nie takich przyszywanych, fałszywych od oka. Już ich nie ma - zostałem sam. Oni teraz patrzą na mnie z góry i mi kibicują jeśli zrobię coś dobrego, "zwracają uwagę" na moje błędy. Nigdy nie obrażałem się z tego powodu, na uwagi pod moim adresem... Wracając do Serwówki (ten temat będzie się przewijał)
- jakoś nikt nie wpadł na pomysł zrobienia dokumentacji zdjęciowej z tamtych czasów. Owszem, one są, ale dotyczą innych, sąsiednich miejsc. Korzystam z tego materiału z wdzięcznością. Być może ich autorzy nie będą mieli mi za złe ich wykorzystanie w swoich pracach. Nie ma zdjęć starego Podpromia, ogrodów i wielu innych, o których wspomina choćby książka Franciszka Kotuli - przyjaciela mojego wujka i chrzestnego zarazem. Dzisiejsze pokolenie nie ma pojęcia jak to tu wyglądało. Stanie taki na placu zwanym dziś "dzikim parkingiem" (to miejsce po Serwówce) i co widzi przed sobą..? Betonowe cielsko hali sportowo-widowiskowej, budowanej chyba przez dziesięć lat, nic poza tym. A w tym miejscu stał dom pani Łukawskiej, dalej Feldów, dom Stasia Majchrowskiego, pana Szeligi i innych. Mój kolega z ferajny przeprowadził się do Zakopanego i tam mieszka. Wieżowce przy Lenartowicza przysłoniły ówczesny widok domu i ogrodu pani Kudrzańskiej. Restauracja, potańcówki i orkiestra przy pobliskiej ówczesnej Obrońców Stalingradu - (feeee, co za niestrawna nazwa). Wszyscy już odeszli: pan Burkiewicz, szewc Kowal, pan Gwazdacz, Krysia i Andrzej...cała elita klubu "Stali" - Stawarzowie, Kępa, Malinowski, Różański, Nazimek, Fedko (ten żyje jeszcze) i wielu innych...Tak..! Uciekam w świat zapomniany, w świat ciszy i spokoju. Dobrze czuję się na takim odludziu, gdzie spotykam wilka i tak na dobry sposób nie wiemy, kto komu powinien ustąpić miejsca...Moje kochane Bieszczady, szlaki turystyczne, a częściej dzikie szlaki, którymi sporadycznie ktoś się przemieszcza. Spotkać tu człowieka, to rzadkość. Poruszam się więc przestrzegając własnego bezpieczeństwa. Był kiedyś taki portal "Netlog," gdzie gromadziłem wszystkie swoje wspomnienia. Zniknął szybko, bo jego właściciele zrobili z niego portal randkowy. Szkoda! Dziś zaczynam jakby od nowa. Cóż mi pozostało..? Powtórzyć wszystko raz jeszcze. Więc na zdrowie panie Staszku, niech żyje Papkin...! I tymi słowami rozpoczynam dzisiejszy dzień z nadzieją, że będzie pomyślny pod każdym względem, tym duchowym także. Miłego dnia wszystkim życzę...
                                                                                    *
Jutro 5-rocznica śmierci mojego kuzyna Zbyszka z klanu Serwówki. Zbyszek zmarł 25 sierpnia 2011 roku i spoczywa na cmentarzu w Rzeszowie.





poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Historia pseudonimu.
Nazywam się "Papkin." Jak każdy pseudonim - wybrałem go poprzez skojarzenia z dodatkowym kłopotem, ze zdrobnieniem mojego prawdziwego imienia. Jan, Witold, Józef czy Antoni są w tej szczęśliwej sytuacji, ze mogą przebierać w wyborze odmiany imion - Stanisław już nie. Mam tylko dwie możliwości - być albo dorosłym, albo całkiem dziecinnym... W życiu bywa tak, że czasem ma się kolegów... Ja miałem, ale żaden do dziś się nie ostał. Rozpierzchła się cała gawiedź po świecie... Ten, kto ma więcej szczęścia, ma także przyjaciół. Wtedy zamiast imienia używamy własnych ksywek. Kto nadał mu tylko imię, staje się nudnym, bezbarwnym i banalnym gościem...Zostałem wiec Papkinem, albo Gandhim (nadał mi ten przydomek mój brat). Czas zrobił swoje, młodość pozostała za mną. Naturalną więc sprawą było też dojrzewanie imienia, bo tak naprawdę nigdy go jakoś nie lubiłem i tak jest do dzisiaj. Nie, żebym się wstydził, ale ten Staszek jakoś mi nie pasuje. I w ten to sposób narodził się Papkin od postaci granej w szkolnym teatrze w "Zemście." Może miał na to wpływ sam A. Fredro...? To jego utwory nauczyły mnie miłości do słowa pisanego, miłości do języka sama moja Mama. Mam nadzieję, że wybaczyła by mi błędy, które czasami zakradają się do moich tekstów, a nauczycielka już nie będzie mnie biła wielkim cyrklem po rękach za każdą pomyłkę.... Ach, te nauczycielki ze starych, dobrych czasów..? Nie byłem intelektualistą , nie zarabiałem na chleb i masełko wysiłkiem umysłu... Teraz korzystam z "dobrodziejstw" emerytury, a wcześniej z pracy własnych dłoni. Nigdy nie zaliczałem się do elity krawatowców, ot takim standardowym polskim stereotypem mężczyzny, używającym co najwyżej setkę słów do komunikowania się z innymi. Zawsze chodzę swoimi i tylko swoimi ścieżkami, ponieważ zawsze byłem i czułem się wolnym człowiekiem, a co ważne - zawsze jestem sobą. W swojej głowie piszę "pamiętniki," gdzie odkrywam najistotniejsze myśli, czyny itp., najbardziej "tajne" marzenia, sprawy najważniejsze. Niedaleko stąd, w małym miasteczku koło Mielna śpi snem wiecznym Kasia Sobczyk - moja koleżanka ze szkoły, pochodząca z Tyczyna pod Rzeszowem. Kto stary jest, ale wciąż duszę ma dziecka pamięta wyśpiewaną skargę na samotność po odejściu "Małego Księcia."  Tak więc mój pamiętnik rozpoczął się od pierwszego tomu, podobnie jak ten naiwny czasem Papkin. Kiepski więc z niego "lotnik," jeszcze gorszy "pisarz," ale duszę to On ma całkiem polską..!

Na progu domu...Siedliska.
Na progu tego domu często siadałem -
najlepsze miejsce, bo zaczarowane,
tu zawsze można było
posiedzieć w spokoju,
spoglądać na gwiazdy,
odpocząć od znoju -
po ciężkiej harówce,
która dnia każdego
wyzwania niosła -
tak do upadłego i dnia,
w którym wszystko się skończyło,
smutne, lecz taki los życiem doświadczyło.
Siedziałem na tym progu,
jak w bajecznym świecie,
czy już odgadliście,
gdzie to miejsce...?
Wiecie..?
(10 listopada 2011)
       Papkin




niedziela, 21 sierpnia 2016

Zagubiony sen...
Musiał gdzieś mi wypaść z kieszeni, gdy przedzierałem się przez gąszcz złudzeń i nie poukładanych myśli. Wypadł bezszelestnie - sam nie wiem, kiedy to się stało... O czym był?
Nie pamiętam...! Zabrał ze sobą wspomnienie o kształtach moich snów. Teraz moje noce są ciche, bez treści i posmaku marzeń... Nie zwiedzam odległych krain, nie spotykam nieistniejących ludzi, nie śmieję się z nierzeczywistych powodów... Zgubiłem klucz do zamkniętych drzwi... Chcę go czym prędzej znaleźć. Jeszcze nie obejrzałem go dokładnie, nie pamiętam już zapachu spełniania i nie dotknąłem każdego kawałeczka moich wyobrażeń - to nie może się tak skończyć...!  Gdybym wiedział, że tak może się stać, przypiąłbym go łańcuszkiem do mojego serca. A teraz moja kieszeń straszy pustką i tęskni za tym, co z niej wyleciało. A może snom jest za ciasno w mojej głowie...? Nie chcę nowych snów z półki najdziwniejszych imaginacji. Chcę te moje wyplecione własną wyobraźnią. Te, które często przelewam na papier... Te niedoskonałe, nie pasujące do świata w jakich przyszło o nie dbać...Gdzie jesteś mój zagubiony śnie...?
                                                                                    *
22 sierpnia 2011 roku, w Londynie zmarł mój szwagier - Andrzej. Został pochowany w Bristolu, w miejscu zamieszkania jego córki - Justyny.

sobota, 20 sierpnia 2016

Serwowskie klimaty...Otoczenie.
Siedziałem tuż za domem z przyszywaną ciotką, która grzejąc się w słońcu dziergała guziki. Szyła nową koszulę dla męskiego klienta, popijając znienacka żółtą oranżadę...
W pobliżu, tuż za stodołą siedział pan Gwazdacz przed domem, palił papierosa, a "grymas" z pod nosa coś nam przypominał - pewnie był po piwie, gdy ciepłe słoneczko przygrzewało głowę. Wesoły był widok chwiejącego się gościa z lekkim uśmiechem na twarzy... Obok, jak zwykle na tarasie łysy pan roznegliżowany, bez koszuli, w półpasie do słonka się wystawiał. Potrafił tak siedzieć godzinami za "betonową" balustradą oparty o gzyms. To ojciec Krysi - koleżanki z zabaw ta, która na zawsze nas opuści. Pozostał płacz, zgryzota, żal i pamięć po dziś dzień wieczna... A dalej był ogród, taki z krzakami, po którym hasała ferajna, wieczorem krzykiem po nogach drapała, zbolałe rany w kąpieli. 
W gęstych zaroślach od strony ulicy mieszkała rodzina Kleckich - i spoglądała ferajna przez okno, jak pani chodzi bez kiecki...Było wesoło naszej gawiedzi tej, co szalała po krzakach, razu pewnego nawet pan Burkiewicz uwagę zwracał poważną. Ogród serwowski, to inna sprawa - tam też hasała gawiedź, stary gospodarz powoli człapał i stękał idąc o lasce. Jego małżonka - Julia jej było, ptactwo domowe dogląda, a na podwórku płynie "piwo" - potok mydlanych baniek. To uroczysko, stęchłe, zaplute i my dzieciarni wianek, a ponad nami ociężały, długi jak dom cały - ganek... Tu Królikowscy oraz Kucharscy, górę zajmuje młodzież, synowskie chłopy gospodarza - pan Marian oraz Kazek. Stasiu Majchrowski na nogę utyka, żużlową drogą bieży, na końcu drogi jest jego
domek - drewniany po macierzy. Pani Łukawska w oknie stoi doglądając swojego ogrodu,
bo my spokojni proszę pani, nie chcemy pani zawieść...! I wpadła banda do ogrodu rozpoczynając "walkę," kto zbierze więcej, kto najlepszy - gruszki w koszule nabierz...!
Dostojny pan Podpromiem kroczy z laseczką w zacnych dłoniach, to pan profesor Szeliga Tadeusz, emerytowany belfer... Siedziałem na drzewie tuż pod jego domem i śliwki z gałęzi rwałem, pan mnie laseczką po dupie złoił - śliwek mu nie oddałem... Dziadek nasz wodę od niego nosił każdego dnia wiadrami, bo tolerancją nikt nie grzeszył - takie rodzinne znamię.
Od tamtych czasów po dzień dzisiejszy sumienie mnie gryzie w zadku, niefrasobliwość pełna pychy (?) - oj, tak chyłowski gagatku...! A Zbyszek, który bał się świni, bo śniły mu się koszmary, z krzykiem uciekał gdy go szczuli prosto do swojej mamy. Tomcio co skuter miał i ortalion i w nosie szukał kozy, na ryby pojechał i się osrał, wcześniej się najadł fasoli. A na asfalcie zawsze był żużel i grzały do przodu "motory," z haczykiem na kółku zaiwaniał Staszek, a za nim jego "potwory..." A dalej mieszkali starsi Szwarcowie, co mnie uczyli w szkole, na pomidory do nich chodziłem przez płot - zawsze wieczorem. A u Bieniaszów od strony podwórka mieszkał dostojny pan sędzia, ten co naszego wujka "oskarżał," na głowie od tyłu miał "przedział," Pan Królikowski ochoczo zamiatał schody i całe obejście, codziennie od rana śmiał się pod nosem, a potem na piwo chadzał. Wielka rodzina na piętrze mieszkała, Błażejów cała kupa, samych dziewczyn było dziesięć, a jedenasty był chłopak.... Później zmieniło się pokolenie i zamieszkali Burzowie, co by nie mówić,
nie opowiadać...nie, nic już więcej nie powiem... Takim sposobem można przywołać stare serwowskie dzieje, pomijam fakty biografii ludzi i w nos się niektórym śmieję. Pan Budzik - kolejarz kopnął mnie w zadek, bo język mu pokazałem, kopniak był mocny, dolegliwy, na trawie wylądowałem. A jeszcze potem, już po latach, tragedia go dosięgła, tak zginął Andrzej o piątej rano, gdy wracał z hucznego przyjęcia. Pani Kudrzańska, tu gdzie wieżowce miała swój mały domek, tuż obok dwie panny podstarzale, w "kurniku" mieszkały same. Jedna umarła, bo huczała sowa - taka legenda przetrwała, a druga po niej też się wyniosła na tamten świat - wieczorem. A u Kowalów zawsze jest słodko, bo z okna spadały cukierki, okrzyki ferajny daleko się niosły, głuszyły spokój wszelki... "Serce Maryni" Podpromiem kroczy, powoli i dostojnie, kto pod falbaną tej sukienki, chowa się tak uroczy...? Zwiewna sukienka, kapelusz na głowie, jakby hrabianka jakaś, kto ja tak nazwał, skąd się tu wzięła - ciotka Adela psioczy... Obraz to przedni naszego domu, wspomnienia dziś zostały, znikła Serwówka, nikt już nie wie, jakie to były klimaty. Najlepsze lata mojego dzieciństwa w dali gdzieś pozostały, gdy do nich wracam i wspominam, to oko się łzami żali. Nie ma Podpromia, starych domów, serwowski ogród umarł, bo gdy popatrzysz, na widoku masz tylko przed sobą halę...

piątek, 19 sierpnia 2016

Parafraza serwowskiego klimatu...
Tuż za płotem naszego podwórka, stoi kawałek...płotu (?) a w plocie jest furtka. Mieli ją rozebrać, ale od decyzji do jej realizacji zawsze było daleko... Ostatecznie zdecydowali, żeby pozostała i....robiła klimat. Poza tym pomyślałem sobie - zawsze dobrze mieć otwartą furtkę, drogę odwrotu, jakieś drzwi, które nigdy się nie zamykają... U nas była właśnie furtka w kawałku płotu (tak naprawdę można było wejść i wyjść w każdym miejscu),
ze ścieżką prowadzącą do...niczego. Trochę to głupie, bo furtki jako takiej nigdy nie było -
może kiedyś (nie pamiętam), a gdyby nawet, to w każdy zakątek można było wejść przez dziurawy płot, a drewno zmurszałe, stare, jeszcze trochę, a szczeble całkiem się wyłamią
i wylądują na ziemi, która pochłonie je, pożre razem z próchnem, unicestwi, jak wszystko
tutaj wokół. A przecież nie wszystko można zatrzymać, zwłaszcza czasu, który przemija.
I tak przeminęło wszystko razem z nami. Nie ma płotu ani furtki, nie ma domu i klimatu.
A w mojej głowie on jest i na zawsze pozostanie sentyment do tego co było, co jest, choć już nie ma, co żyje wspomnieniami. Więc jest ten płot i furtka i ta ścieżka do nikąd..?
Może odnaleźć je od nowa potrzeba...?
 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Piękna Sułtanka (1505-1558)
Tatarskie hordy porwały Alę...
(Aleksandrę-Roksolanę)
A potem był już jasyr,
"piekło" Sulejmana,
o swoje życie walczyła,
piękna Roksolana.
Bo nieprzyjaciół wielu
zawsze u jej boku,
tak przez całe życie -
krok po kroku.
Z Rohatyna się wywodziła,
nasza piękna "Polka,"
Ukrainką ja okrzyknięto,
(była córką popa).
Ta historia była
stanem nie leczonym,
polskiemu królowi
dała kalesony...
Słała także listy,
wyrażała wdzięczność,
do dziś żyje w pamięci,
Sulejmana piękność....
(3 stycznia 2016)
                                    Papkin



środa, 17 sierpnia 2016

Włóczykij...
Każdy z nas na swój sposób jest jakimś włóczykijem, wędrowcem z natury lub przymusu, niezależnie od swojego społecznego statusu. Są też i tacy, których możemy określić mianem potencjalnych le-
niów, przy czym określenie "leń" dotyczy także innych sfer życia. Zajmę się więc sobą i moimi "podróżami" (celowo umieszczam je w cudzysłów)-właśnie tym tytułowym włóczykijstwem, wędrow-
nikiem, nie tylko przez życie. A uzbierało się tego przez wszystkie lata, a to dlatego, że takiego faceta
jak ja, trudno zatrzymać w jednym miejscu, którego gna coś przed siebie - nie wiadomo gdzie (?)
Bo nawet najdalszą podróż rozpoczyna się od pierwszego, małego kroku. Przemyślenie, oswojenie się
z myślą, że po drodze czekają mnie trudności i nieprzewidziane sytuacje. Nie ruszam od razu, choć tych prób było wiele. Wiedziałem z doświadczenia, że ważne jest umieć dokładnie to, że za czymś się
tęskni.... I zawsze przed oczami ma się ten cel, do którego się podąża utartą drogą, czy leśną ścieżką..
Chodziło się ścieżkami z dala od cywilizacji - ścieżkami, które czasem prowadziły do nikąd.
Później trzeba było cofać swoje kroki, co zabierało czas, denerwowało, ale zaraz potem przychodziła
refleksja, że to dzięki przeliczeniu się następowała ta niezręczna sytuacja. Chodziło się okrężnymi, polnymi dróżkami, leśnymi ścieżkami, gdzieś w nieznane z myślą, że zaprowadzi mnie do miejsca, które przybliży do celu podróży - do domu, do którego się podążało... Zawsze miałem w umyśle jedną
zasadniczą rzecz, że w każdej chwili mogę się narazić komuś napotkanemu, obcemu człowiekowi, który może zadać pytanie, na które nie chciałbym odpowiedzieć. To były koszmarne ucieczki z Do-
mów Dziecka, które mnie dobijały, ale nigdy nie pozbawiały nadziei na dotarcie do celu bez szwanku.