Szukaj na tym blogu

piątek, 30 grudnia 2016

                        Szczęśliwego Nowego 2017 Roku...

Zbliżający się Nowy Rok niesie wszystkim nadzieję na uspokojenie, życzliwość i marzeń spełnienie. W te piękne i jedyne w roku chwile chcę złożyć wszystkim najlepsze życzenia, pogodnych, zdrowych i radosnych dni oraz Szczęśliwego Nowego 2017 Roku. Serdecznie pozdrawiam.
                                                                                         P  a  p  k  i  n  

piątek, 23 grudnia 2016

KOLĘDY GÓRALSKIE.

                               Świąteczna radość...


Kiedy zapalają się światła na choince, uśmiechają się nawet najwięksi pesymiści. Świat od razu staje się piękniejszy. Pamiętajmy jednak o tym, że smutek jest samowystarczalny. By odczuć jednak pełną wartość radości, musimy mieć kogoś, by się z nią podzielić. Dzielmy się i zachowajmy świąteczną radość na całe życie... Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego 2017 Roku, najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności oraz spełnienia wszystkich marzeń życzy:
                                                                                         P  a  p  k  i  n


wtorek, 20 grudnia 2016

Dla nieobecnych...

Boże Narodzenie niesie radość i spełnienie. Cieszymy się, bo syn Boży rodzi się w betlejemskiej stajence... Zawsze o tej porze roku pamiętamy o tych, którzy nigdy już z nami nie zasiądą do wigilijnej wieczerzy. Ale obecni są duchem... Próbowałem przywołać wszystkich naszych bliskich i tych, których kochamy nadal i podziwiamy, bo w tej wierze nic się nie zmieniło - Oni nadal z nami są. I o nich stanowi poniższy klip, który wybrałem pośród licznych...

Kolęda dla nieobecnych.Góralskie kolędowanie.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Psychiczny dołek...

Zgasł mój entuzjazm, zapał, opanowało mnie przygnębienie. Gdzieś prysł czar i magia Świąt. Od nie chciało mi się wszystkiego, bo ktoś chce nam te Święta zakłócić. Warcholstwo wyszło na ulice i próbuje destabilizować spokój w kraju. Na moje samopoczucie wpływają właśnie te wydarzenia, a obojętnym na wywrotową politykę być nie można. Przykre to i smutne. Do Wigilii jeszcze sześć dni - może to nawet dobrze, bo wcale nie mam ochoty ubierać choinki, nie cieszy mnie nic, nawet całkowicie spowolniłem wszystkie prace przed Świętami. Stałem się wrakiem, który nikomu nie jest już potrzebny.
Spokojnego tygodnia...

piątek, 16 grudnia 2016

Już za siedem dni Wigilia...

Idą święta wielkim krokiem,
pachnie drzewko w Twoim domu,
patrzysz na nie ciepłym wzrokiem
i życzenia złożysz komuś....
                                                   Bóg się rodzi dla nas wszystkich,
                                                   stajnia płacze tak ukradkiem,
                                                   znów odwiedzisz swoich bliskich
                                                   i podzielisz się opłatkiem....


Jesteśmy coraz bliżej Świąt Bożego Narodzenia. Dni tak szybko biegną, że nawet czasu wiele nie ma na wykonanie wszystkich prac domowych. Wkrótce trzeba będzie choinkę przystroić, a ja dopiero kończę pozostałe elementy, ale zdążę na pewno... Już za siedem
dni licząc od jutra, usiądę w świątecznym nastroju, w ciszy własnego sumienia i będę przeżywał ten radosny czas wesołej nowiny. Za siedem dni karp przemówi ludzkim głosem....
 

A dzisiaj zaśpiewam  sobie swoją piosenkę:
                                             To nic, że te Święta spędzę sam,
                                              to nic, że nie wiele z tego mam,
                                              to nic, że kolęda pod choinką 
                                              zabrzmi ciszej - 
                                              nawet dobrze, bo nikt tego nie usłyszy.
                               Bo ja w sercu też mam dzisiaj pocieszenie
                               i w tej ciszy rozśpiewanej mam widzenie,
                               że choć jestem sam w te Święta z samym sobą,
                              złe niemoce nigdy mnie nie zmogą.
                                             Nawet dobrze - 
                                             raz już byłem w takiej chatce,
                                             pośród śniegu, mrozu, zawieruchy,
                                             wtedy też tam byłem w samotności,
                                            tak i teraz radość w moim sercu gości....
                              To nic, że te Święta spędzę sam,
                               mimo wszystko radość z tego mam...
                                                                (6 grudnia 2016)

                                                                P  a  p  k  i  n 

środa, 14 grudnia 2016

                    Idą Święta...(magia wspomnień)

Siedzieliśmy kołem na podłodze wsłuchując się w opowieści Dziadka... "Słońce świeci...jakieś wojsko z nieba leci..." To jakiś fragmencik piosenki kolędniczej przebierańców chodzących od drzwi do drzwi z prymitywnymi słowami, za co dostawało się byle co, a od samego Dziadka, zawsze w Nowy Rok był tzw. "szczodrok," jakieś grosze tradycyjnie na obfity rok... Zabawiał nas tak, gdy w tym czasie nasze Mamy, ciotki i inni starsi zajęci byli ostatnimi przygotowaniami do zbliżającej się Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Prześcigaliśmy się w wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na zimowym niebie... Kolacja zawsze była o godzinie 18-tej. Do tego czasu wszystko musiało być gotowe. Tuż po spożyciu kolacji, do domu dziadków przychodził Mikołaj, uprzedzony diabłem, który w niesamowity sposób biegał po całym domu, strasząc nas i przeganiając. Chowaliśmy się za plecami rodziców, krzycząc na całe gardła. Kiedy diabeł uciekł - w dostojny sposób wchodził Anioł z Mikołajem, diabeł natomiast wygwizdywał za drzwiami. Siadaliśmy gdzie kto mógł, a Mikołaj wyczytywał po imieniu każdego z nas wręczając prezenty.... W wigilijny poranek nasze Mamy i inni z rodziny ubieraliśmy choinkę. Nasza zawsze była bardzo skromna, ale słodka (do dziś podtrzymuję tę tradycję). Mama już wcześniej przygotowywała piękne, słodkie ozdoby. Były to jak nazywała - "pomadki" - biała serwetka cięta na bokach we frędzelki, w które owijała przeważnie czekoladowe praliny, bardzo popularne w owych czasach. Na choince wisiały pierniki o różnych kształtach, dorodne jabłka, pomarańcze, orzechy owijane w złocisty staniol, słodkie sopelki, a ponadto kolorowe, kręcone świeczki choinkowe do jej oświetlenia. Z gałązek zwisały srebrzyste "Anielskie włosy" mieniące się blaskiem i radością. Spadały iskierki "zimnych ogni," a w całym domu rozchodził się specyficzny zapach. Magiczne Boże Narodzenie....Owoce cytrusowe były rarytasem, dostępnym wyłącznie w okolicy Bożego Narodzenia i Nowego Roku i to w bogatszych domach. Mogłem sie tak przyglądać i ślinkę przełykać. Wtedy to zawsze sobie obiecywałem, że jak będę miał swoje pieniądze, kupię kilogram pomarańczy i najem się do syta. Cóż - pragnienie się spełniło, ale nie byłem w stanie zjeść kilograma tych owoców, ale wtedy jako dziecko... (?) Sama Wigilia, to już inny temat szeroko gdzieś opisywany, może nawet na tym blogu...? Kolędowało się do północy. Potem zasypialiśmy zmęczeni wrażeniami, a co wytrwalsi szli o północy na Pasterkę. Mroźne powietrze i chrupiący śnieg pod butami dodatkowo ubogacał ten czas oczekiwania. Biało wszędzie i rozgwieżdżone niebo... "Bóg się rodzi moc truchleje..." rozlegało się po nocy. A gdy już wszyscy usnęli, cały dom ogarniała błoga cisza. Starsi odpoczywali po trudach przygotowań, dzieci po wrażeniach wigilijnego wieczoru... Narodził się Chrystus Pan, pokój i radość wszystkim...W dzień Bożego Narodzenia, radość wszelkiego stworzenia, ptaszki w górę podlatują, Jezusowi wyśpiewują - wyśpiewują...." 

   
To ja z moją Mamą przy choince...Ile mogłem mieć wtedy lat? Dwa, może trzy, nie więcej....

                                                                                        P   a   p   k   i   n
     

niedziela, 11 grudnia 2016

                             III Niedziela Adwentu...


To już trzecia niedziela Adwentu...Szaro dziś i ponuro, cały czas pada i końca nie widać - wyjątkowa szarugo na styku jesieni i zimy... Boże Narodzenie za pasem, a ja mam pustkę w głowie i nie wiem o czym mógłbym dziś napisać (?) Tematy się "wyczerpały" i choć one gdzieś są w moim wnętrzu, to nijak się mają do okresu, w którym jesteśmy. Ale to na potem, a dziś....? Może o tym co przyjdzie wkrótce, co przeżywać będziemy? Może nie dla wszystkich będzie to czas radości z wielu powodów? Ale jakby nie patrzeć - jest iskierka nadziei, że to światełko Narodzenia Chrystusa i magia tego wydarzenia, da nam radość, spokój i własnie nadzieję... Dobrego tygodnia wszystkim życzę...

Oto Pan Bóg przyjdzie - Deus Meus - Pieśni Adwentowe

sobota, 10 grudnia 2016

                                          Z... uśmiechem...

Mam ostatnio chęć pogodzenia się z rzeczywistością... Błoga obojętność tak mnie ogarnęła, że gdyby kat na szafocie zakładał mi stryczek, to w pomocnym geście wysunąłbym głowę do przodu... Może to dlatego, że wczoraj na obiad zrobiłem sobie mielone, do tego sałatka i...jedzonko gotowe... Niestety - guzik z jedzonka. W ostateczności były tylko ziemniaczki do których dorobiłem szpinak i sadzone jajeczko. A przecież zapomniałem, że to był piątek..... W każdym razie uniknąłem kontrowersji z samym sobą. Potem usiadłem w swoim foteliku i jako przestrzeń życiową wystarcza mi teraz aż nadto. No tak... Pomyślałem nawet o pani laryngolog, którą odwiedziłem w godzinach rannych, a która zajrzała mi nie tylko do gardła, ale nawet do ucha i sprawdziła, czy zobaczy światło wpadające z drugiej strony. Osobiście byłbym zainteresowany, gdyby wspomniana pani zajrzała znacznie niżej i ewentualnie wydała swoją raczej opinię, co do sposobu "uzdrowienia złej koniunktury" mojego "narzędzia." No tak, jak to wszystko, czyli bzdetki - mają się do tego pierwszego wrażenia, czyli błogości...? Wystarczy więc wywiesić stryczek, a zaraz znajdzie się ktoś, kto ochoczo założy go sobie na szyję i jeszcze pociągnie... No, ja na pewno tego kogoś żałował nie będę.... Śmiechu warte....!



                                                                             P   a   p   k   i   n

czwartek, 8 grudnia 2016

                                     Sentymentalnie....(?)

Jeszcze chwila i....Święta. Znów usłyszę: - "Łast Christmas," "W śród nocnej ciszy" i będzie dobrze. W telewizji już rozbrzmiewają reklamy na nutę świątecznej muzyki. Czy aby nie za wcześnie? Tak, będę szczęśliwy, choć wiem, że samotnie przyjdzie mi spędzić kolejne Święta... Ale cóż... Wracają wspomnienia.... Boże, jaki ja byłem kiedyś szczęśliwy... Dawno, dawno temu, kiedy żyła moją kochana... Zima - piękna, biała dama obsypana płatkami śniegu. Niedostępna i zimna jak lód. Tak trudno się w niej zakochać, zwłaszcza w obecnych czasach. Powód? - bo jej nie ma! Jeszcze śnieg nie spadł taki, o jakim bym marzył, a jeśli już, to mokry z deszczem...Grudzień - jeszcze kilka dni i Święta, Sylwester i Nowy Rok... Czas mija nieubłaganie. Odnoszę wrażenie, że im człowiek starszy, tym szybciej ten czas ucieka. To wrażenie jest przerażające... Cieszę się jednak, że zbliżają się Święta tak radosne. Uwielbiam ten świąteczny klimat, choć już nie ten z przed lat... To daje dużo optymistycznych wrażeń. I żeby jeszcze spadł porządny śnieg, taki na dwa metry głęboki i mrozu -20 stopni. To byłoby super...!  A skoro już mówię o sentymencie, to nawet mam powód. Wygrzebałem z zakamarków stary, krótki list pisany do mojej żony, datowany 11 sierpnia 1973 roku...."Kochana moja... A kiedy w drzwiach mojego stęsknionego spojrzenia staniesz i kiedy oczy moje wygłodniałe sobą sycić zaczniesz, to spraw, żebym najbardziej na świecie niezastąpioną osobę na tych kilka chwil dla Ciebie się stał. Żebym każdym porem skóry to odczuwał... Pozwól mi w skupieniu oczu Twoich słów, gestów, uśmiechu i w brzmieniu głosu Twojego, wygrzewać się jak w cieple, którym obdarowuje nas letnim kolorem malujące słońce. Zobaczysz.... Wtedy ja podaruję Ci chwile niezwykłością, niezastąpieniem przepełnione... Pachnące wyjątkowością i smakujące jak pierwszy kęs, który na zawsze w świadomości naszej zapada... Nie pozwól mi poczuć Moja Kochana, że gdzieś za chwilę tak bliską już, kolejny ktoś otrzyma ten dar - Twoją bliskość.... Świadomość nieposiadania Cię na wyłączność, wyrytą nam na końcu każdej myśli z Tobą związanej, ale przez te ułamki sekund pozwól mi być jedyną potrzebną Ci do życia cząstką tlenu... Jeśli możesz, jeśli umiesz, jeśli chcesz - Moja kochana Istoto..."

                                    Wszystkiego dobrego i miłego dnia życzę 

                                                           P  a  p  k  i  n

środa, 7 grudnia 2016

Z pamiętnikowych kart....

Nie wiem dlaczego nabrało mnie na jakiś sentyment... Może rzeczywiście wpadłem w dołek, bo to pogoda taka szara, ciemno, a w takich przypadkach człowiek "dziczeje..." Ostatnio często zaglądam do starego pamiętnika z końca XIX i początku XX wieku, własności stryjenki mojej Babci. Lubię go czytać, bo to naturalny pamiętnik, wielce różniący się od dzisiejszych. Bo te dzisiejsze pisane są w większości przez kobiety, prędzej nastolatki, często bez treści. Mnie zastanawia, dlaczego mężczyźni nie piszą? A może piszą, a ja nic o tym nie wiem? Ja też piszę jakieś tam bazgroły, bardziej kiczowate. Czasem jednak coś bardziej treściwego w nich zamieszczam. A ponieważ często wracam do starych dziejów, choć te dzisiejsze też są ciekawe, zwłaszcza te z wędrówek po ostępach, chce się czasem przewinąć cały "film" do początku i sprawdzić klatkę po klatce. Film pt. "Życie." Przyglądać się swoim, mniej lub bardziej udanym kadrom czy zbliżeniom. Zachwycić widokami, wzruszyć łzami, rozbawić żartami. Nie żałować, nie mieć wyrzutów sumienia, nie gdybać - tylko obiektywnie i z wiarą gapić się w nienagrane rolki taśmy i zdecydować, co umieści na nich czas. Zastanowić się nad tym, co godne dłuższej uwagi. Uśmiechnąć się do błahych głupotek, które kiedyś uważało się, że są wielkie.
Zamknąć w dłoniach zmarnowany czas i utkać z niego skromny świat niepamięci. Bez przestrzeni, bez bohaterów, za to w jakiś sposób ze mną... Czy mam coś do dodania..? Może to, że czasami przydała by się przerwa w nagrywaniu, a na taką nie można liczyć. Albo to, że tu nie ma miejsca i czasu na powtarzanie kiepsko odegranych ról. Wszystko bez prób, bez przygotowania, bez poprawek - bardzo realistyczne kino... Czasem zasługuje na miano komedii, przetykanej fragmentami żałosnego melodramatu. mało tu kina akcji, bo za nim nie przepadam, a tym bardziej na żywo. Staram się zajrzeć losowi przez ramię i dostrzec, co niesie za sobą scenariusz. Czasem się z nim kłócę. Wymuszam na nim pewne kwestie, pozy i współgrających aktorów. Nie łatwy ze mnie aktor... Satysfakcja gwarantowana, tylko na Oskara nie ma co liczyć... 
 Przy okazji przedstawiam list pisany do mojej Babci przez córkę wspomnianej stryjenki z dnia 6 lutego 1907 roku, wysłany z Zakopanego. takich materiałów w oryginale mam sporo, wspominając na wstępie pamiętnik stryjenki... W ten Adwentowy czas warto wrócić do starych dziejów z przed wieku.

     

wtorek, 6 grudnia 2016

Wdałem się w polemikę...

"Głupie święta - znowu wszystkim odwala..." Napisał jeden z internautów na jednym z portali społecznościowych. Znam te osobę z jej kontrowersyjnych wypowiedzi i nie rzadko się zdarza czytać jego wypowiedzi. I jak go znam, w argumentach uzasadniających powie: "pół roku bajzel, a teraz w dwa tygodnie próbują wszystko nadgonić..." 


Drogi przyjacielu... A ja lubię jak mi odwala przed świętami - i co z tego, że tegoroczne święta spędzę sam...? Mam się przez to zabić...? Lubię po dokańczać pracę, na którą od dłuższego czasu nie starczało mi tego czasu z różnych powodów, a czasem nawet samozaparcia. Lubię ten pośpiech i atmosferę, która towarzyszy takim poczynaniom mając w pamięci dziecięce i młodzieńcze lata, kiedy to nasi rodzice, ciotki i inni krzątali się jak w ukropie, aby zdążyć na czas... W tym roku, także na raty wykonuję te obowiązki, których dokonać muszę i wcale z tego powodu nie mam "wyrzutów sumienia." Dla mnie to jednak sukces... Przyjaciel z portalu pisząc: - "głupie święta - wszystkim znowu odwala," być może miał na myśli kupowanie prezentów, bo to rzeczywiście jest "odwałka." Ja wstrzymuję się niemal do końca, a to podyktowane jest chwilowym brakiem funduszy, który akurat teraz mnie dopadł. Ale nawet, gdybym dokonał tych zakupów już teraz, wcale z tego powodu nie miałbym wyrzutów sumienia... Całym rokiem nie potrafimy  (uogólniam) znaleźć dobrego słowa dla siebie - podarunku, jakim może być uśmiech, czy czas spędzony na milej rozmowie... Mikołaj, to musi być niespodzianka, coś co będzie przede wszystkim świadczyło o naszej pamięci i cieszyć obdarowanego, a jeśli ma być już praktyczny, to niech służy pogłębianiu więzi społecznej w rodzinie lub rzeczywistemu rozwojowi osobistemu. A co ja dostanę w tym roku? Święty obraził się na mnie (już pisałem o co) - pewnie to, co w ubiegłym roku czyli nic! A i z tego jestem zadowolony, bo nie muszę się martwić, czy prezent spodoba mi się, czy nie! Gdybym natomiast miał kupić coś dla mojego "przyjaciela" z portalu społecznościowego, poszukałbym albo takiej gry towarzyskiej, w którą grałby ze swoją żoną, albo podarowałbym im karnet na basen lub zaproponował zabawę w naturze, czyli seks grupowy.... Mój Przyjaciel" napisał, że są to "głupie święta i że wszystkim odwala." Pewnie też miał na myśli, że tyle gotowania, pieczenia i po co? Aby teraz na zgagę, że piecze, albo, że się parę kilo przybyło...? A jest to sposób kultywowany od wieków, by jeśli już nareszcie usiądziemy do wspólnego stołu, to było co na nim postawić, by było przy czym biesiadować, świętować, śpiewać kolędy, rozmawiać - po prostu być razem. Ktoś, kto na co dzień nie zjada posiłków przy wspólnym stole, a leci z talerzem gorącej zupy lub jeszcze częściej odgrzaną w mikrofalówce kanapkę lub inne jadło pod komputer czy telewizor, albo jeszcze co gorsze czeka, aż mu żona coś tam pod to miejsce jego wiecznego ślęczenia łaskawie lub niełaskawie przyniesie... Jak wiec można cieszyć się czymś, czego nie zna się na co dzień - tej radości, jaka ze wspólnego obcowania wokół stołu w słowie i spojrzeniach się rodzi...? Bo stół to miejsce wyjątkowe, nie tylko od święta. Kto do stołu tylko od święta siada, ten nie ma nawyku bycia przy nim razem, temu się sztucznym wydaje i pozornym szczęściem, jakie się w człowieku rodzi i dojrzewa przez bycie przy nim. Stół łączy rodzinę przez rozmowy, gawędy, przez bycie przy nim jednoczy ich w sposób szczególny. Bo być przy wspólnym stole, to być w rodzinie! Przyjacielu z portalu - daj się ponieść tej radości świętowania, a ja się pomodlę za to, by ona w Tobie, przy Tobie do następnych świąt wytrwała.... Ale, czy do takich ludzi dotrze to moje dobre przesłanie? Teraz widzicie, dlaczego tak często wracam wspomnieniami do czasów już tak odległych, do mojej rodziny, która mimo waśni, które cechują każdego człowieka - zawsze siadała do wspólnego stoły łamiąc się opłatkiem... I tego już dziś wszystkim życzę...!

                                                             P  a  p  k  i  n
         

niedziela, 4 grudnia 2016

                               Dlaczego ten Mikołaj...


Właśnie... Dlaczego Święty Mikołaj już mnie nie odwiedza...? Parę lat temu obraził się na mnie, kiedy zwróciłem mu uwagę, że nie przyniósł mi tego, co chciałem, a chodziło o niebagatelną wtedy rzecz, jakim był...komputer. W ostateczności kupiłem sobie sam biorąc kredyt w banku. I dobrze, bo kredyt dawno spłacony, nawet o tym zapomniałem. Teraz jestem samowystarczalny, bez oglądania się na Mikołaja. Niech odwiedza dzieci i tak niech pozostanie...
  
Dziś już druga niedziela Adwentu. Do Świąt pozostało tylko trzy tygodnie. Pozdrawiam...

sobota, 3 grudnia 2016

Święta, święta i...co dalej...?

Czy byśmy chcieli, czy nie - coraz bardziej zbliżamy się do Świąt Bożego Narodzenia. Gdyby popatrzeć na to z innej strony, tej rzeczywistej, to w zasadzie mamy już namacalny na to dowód. Ulice już przystrojone świecidełkami, witryny sklepów już są pełne bożonarodzeniowych ozdób i innej maści gadżetów. W małych sklepach jeszcze tak tego nie widać, ale już w marketach... (?)
Za trzy tygodnie będziemy mogli powiedzieć: " No i nadeszły święta... Ostatni kurz gospodarz w locie łapie, choinka błyszczy w kącie, karp świeżo upieczony czeka na swoją kolej losu... Milszego widoku jak Wigilia nigdzie nie znajdziecie....
                                            W tę noc, co raz w roku przypada,
                                     nawet mąż podobno ludzkim głosem gada,
                                       bo wieczór to szczególny bez wątpienia,
                                   największy wróg doczeka dzisiaj przebaczenia.
                                          W blasku świec przy wigilijnym stole,
                                     w niepamięć pójdą wszystkie żale i niedole
                                                 tak, jakby nie było ich wcale.
                                           Przez wzgląd na uroczystą kolację
                                         i dzieci rodzicom dziś przyznają rację,
                                   a mnie w ten dzień smutek ogarnia ogromny,
                                po po świętach wszystko wróci do starej normy...

                          Tak, tak... To już tak niedługo i choinka nam zabłyśnie...




   

środa, 30 listopada 2016

Człowieczeństwo za złotówkę...

Wczoraj bylem w Auchanie...Wziąłem wózek wcześniej umieszczając w nim złotówkę. Po drodze wstąpiłem do sklepu komputerowego, aby obejrzeć jakieś nowości... Mój pobyt w sklepie trwał przysłowiowe pięć minut, a kiedy wyszedłem stwierdziłem, że wózka nie ma...
Kiedyś w innym markecie umieściłem w wózku pięć złotych ze względu, że nie miałem złotówki. Wszedłem w alejkę pomiędzy regałami. Pozostawienie wózka "bez opieki" również trwało zaledwie kilka chwil. Kto mógłby sie spodziewać, że znajdzie się jakiś debil czyhający na wszawe grosze. Kiedy go zwracałem (wózek) stwierdziłem, że zamiast pięciu złotych, była kaucja jednego złotego... Jednak coś w tym stereotypie o Polakach jest - jesteśmy krajem złodziei. Kilka zaledwie dni temu dałem jednej pani dziesięć złotych, bo z płaczem błagała o pomoc. Po pół godziny, ta sama pani znowu, ale w innym miejscu prosiła o wsparcie i jak się przysłuchałem - zbiera na...jedzenie... Tego lata odwiedziłem Toruń. Z chwilą upływu czasu skierowałem się na Rynek Nowomiejski, gdzie jak zauważyłem znajduje się publiczna toaleta. Schodząc schodami w dół poczułem, że jestem w..."domu."  "Złoty pięćdziesiąt" - zażądała starsza pani siedząca za malutkim stoliczkiem, krzywym i brudnym, który bardzo współgrał z resztą toalety. "Proszę pani, mam drobnych tylko złoty trzydzieści" - błagalnym głosem poprosiłem starszą panią. "Złoty pięćdziesiąt" - powtórzyła charczącym głosem strażniczka śmierdzącego interesu... W naszym kraju można zwariować, to jest dzicz...! Nie wiem, czy to kwestia wiary, moralności, zwykłej kultury, biedy. Nie wiem gdzie się zagubiliśmy. Przecież jeśli ktoś nie zamknie samochodu i zostanie okradziony, jest u nas traktowany jak głupiec, a takiego złodzieja raczej uznaje się za spostrzegawczego, sprytnego, zaradnego człowieka... Dopiero po powrocie do domu, kiedy na spokojnie przemyślałem ówczesne zdarzenie w Toruniu oraz wczorajszy pobyt w Auchen, doszło do mnie olśnienie. Jaki świat mógłby być łatwy w sposób piękny, gdybyśmy nie usiłowali być dobrzy, żebyśmy nie usiłowali kochać innych, żebyśmy nie byli tacy inteligentni, ale po prostu nie byli nawzajem złośliwi i chamscy...!  Nie wiem, jak do tego doszło, ale zastaną "chorobę" łatwo zdiagnozować: - silne zapalenie kompleksów. A najlepszym sposobem na kompleksy są umartwienia. Adwent jest wiec najlepszym czasem leczenia naszych dusz i umysłów: - 
- na uzależnienie od pieniędzy zalecana - jest jałmużna,
- na zazdrość - uczynki miłosierdzia,
- na egoizm - wieczorem jednominutowy rachunek sumienia,
- na nienawiść do wrogów - modlitwa w ich intencji,
- na problemy z mężem / żoną - wspólne wyjście do restauracji,
- na złe relacje z dziećmi - wycieczka rowerowa, spacer, kino, itp,
- na brak czasu - abstynencja od telewizora i komputera,
- na złe myśli - gimnastyka rano, mały bieg wieczorem,
- na nadmiar złych emocji, agresję - bieg mocnym tempem, 
- na nudę życiową - krótka refleksja: każdy mój ruch odbywa się przed majestatem Boga...
Nie wiesz, jak żyć: wyjaśnij sobie oczywisty fakt - "dzisiejszy dzień może być twoim ostatnim."  Recepty jak widać są proste, gorzej z ich realizacją. 
Wszystkiego dobrego wszystkim życzę...
  
  

wtorek, 29 listopada 2016

                                      Mała refleksja...


Papkin, to lud na wymarciu... Na dobry sposób powinienem rozumieć pewne zjawiska zdrowotne, gdyż w tym wieku są one powszechne. Ale ja je nie rozumiem... Nie rozumiem, dlaczego złapałem jakiegoś wirusa, który męczył mnie przez cały dzień i spowodował nocną febrę. Nie rozumiem nagłego wzrostu tętna, które jest zbyt wysokie. Nie rozumiem tego, że prawdopodobnie mój aparat ciśnieniowy, któremu nie dowierzam - robi mnie w balona...(?) Wiele rzeczy nie rozumiem - nie rozumiem nawet siebie. Bo jak można być takim idiotą, aby o tej porze roku siąść na rower i pokonać odległość 50 kilometrów z szybkością (miejscami) do 30 km/h, stawiając sobie to jako normę z możliwością jej przekroczenia...? A później dziwię się sobie, że wyniki są takie jakie są. Co do wirusa, to fakt - ktoś smarknął mi prawie w nos (takie chamskie zachowania ludzi pozbawionych kultury osobistej) i...stało się..! Że też akurat trafiło na mnie...?  Szczerze mówiąc, to nie mam już gdzie jeździć. Pokonałem wszystkie możliwe trasy w okolicy i zaczynam się powtarzać. Omijam tylko jedno miejsce, gdzie zostałem napadnięty przez dziki, ale to już inna sprawa. Nie jestem przesądny, ale wolę nie ryzykować... I ciągle dziwię się, jak można tak w koło jeździć i jeździć... Jestem ludem na wymarciu też z innego powodu. Otóż analizując swoich poprzedników (mam na myśli swoją rodzinę), najmłodsza siostra mojej Mamy zmarła w wieku 67 lat.Mnie więc pozostała odrobina do tego stanu. Reszta, to ludzie długowieczni. Ale co to ma do rzeczy...? Naharowała się jak przysłowiowy wół przy dziadku (swoim ojcu), który zmarł rok wcześniej w wieku stu lat. Nikt jej nie pomagał, choć rodzina była jak na wyciągnięcie ręki. Dziś Ci pozostali nie mają sobie nic do zarzucenia... Papkin jest ludem na wymarciu z innego też powodu. Otóż "izolacja" go od  tego środowiska i inne powodują, że Papkin oddala się od tej "cywilizacji" i żyje w swoim własnym świecie - świecie podróży, wędrówek i w taki sposób czeka no to, co nazywa się ostatecznością. Dwa tygodnie temu Papkin obchodził swoje imieniny. Wszyscy złożyli mu życzenie tylko nie Ci najbliżsi. Ale cóż... To taka moja mała refleksja z tego powodu... A co do długości życia Papkina - ani On sam, ani nikt inny nie zdecyduje o tym, co będzie i jak będzie. To rola samego Stwórcy. I właśnie dziś dziękuję Bogu za dar życia - dziękuję Ci Boże. Wszystkim życzę uduchowionego Adwentu.... 

   

poniedziałek, 28 listopada 2016

Czas Adwentu...

Swoim zachowaniem, czynnościami, które cechują nas na co dzień, nie dostrzegamy, a może często nie chcemy dostrzec zagadnienia naszego uduchowienia. Wczoraj rozpoczął się Adwent - krótko mówiąc - czas oczekiwania na przyjście Pana. Tajemnica z tym związana jest o wiele bardziej rozległa i nie będę rozwijał wszystkich wątków zagadnienia. Zajmę się tym, co dotyczy mojej osoby i na swoim przykładzie spróbuję zastanowić się nad problemem, który mnie dotyka. Przebywam (żyję) w środowisku, które stoi w sprzeczności (tak mi się wydaje) z tym, co chciałbym sobie obiecać,a już na pewno

 trudniej jest zrealizować. Każdy z nas coś tam sobie zawsze obiecuje - czy do końca jest w stanie zrealizować taka obietnicę w taki sposób, aby być zadowolonym w myśl dobrze spełnionego "obowiązku." Tak - postanowienie czegoś, jest w jakimś stopniu obowiązkiem, przede wszystkim wobec siebie. Ale jakże trudno jest je zrealizować, kiedy warunki, w których przebywam, usilnie przeszkadzają. "Walka" już nie tylko o realizowanie postanowienia, ale także "walka" z samym sobą. Ja tak mam na co dzień i nijak to się ma z moimi intencjami. Zawsze coś staje na przeszkodzie. Myślę czasem, że człowiek musiał by przeistoczyć się w kamień, aby móc stać się obojętnym i bezdusznym na otoczenie i wszystkie bodźce dotykające od złej strony. Bo jak więc uchronić się od tych bodźców, od otoczenia, które za nic ma próby mojego skupienia, nic do ich świadomości nie dociera, żaden argument... Wyjść z domu, udać się gdzieś w nieznane - można, co zresztą czynię, kiedy udaję się na dalekie wędrówki, ale to zupełnie coś innego. Tu musiał bym wyjść z domu, aby pozbyć się niepotrzebnego bagaży stresu... Czy w ogóle można uciec, dokąd i po co i tylko po to, aby tym innym dać satysfakcję - tylko satysfakcję czego...?  Moja osobista modlitwa i prośba o siłę, nawet na "walkę" z samym sobą i nawykami, o odejście od tych nawyków, które jakby "narosły" przez wszystkie lata. Czuję się rozdarty i świadomy tego, że sam muszę walczyć ze swoimi słabościami - tu nikt mnie w tym nie wyręczy. Jeśli czegoś chcę, oczekuję, a nawet żądam, to spokoju i możliwości realizowania mojej "naprawy," bo to o czym wcześniej wspomniałem, wcale mi tego nie ułatwia - przeciwnie - dezorientuje, a nawet wpędza w ten przysłowiowy "dołek..."  Adwent - to taka walka ze złem, które tyle nam się udziela przez całe życie, a którego do tej pory nie potrafiliśmy dostrzec. Ale jak to często powtarzam - jestem w stanie stawić czoła wszystkiemu, co złe i sprostać zadaniu. Skoro wiele lat temu potrafiłem sam, bez pomocy innych środków przestać palić papierosy (nie palę już 25 lat), to jestem w stanie podjąć się walki o lepsze wykorzystanie swojego życia dla osiągnięcia własnej satysfakcji i ku chwale samego Pana Boga. I tego życzę wszystkim, właśnie w czasie Adwentu - czasie oczekiwania. To taki rachunek sumienia. Nie bójmy się go podjąć...!


          

niedziela, 27 listopada 2016

                       I Niedziela Adwentu...


                  Ani się obejrzeliśmy, nadszedł Adwent. Dzisiaj jego pierwsza niedziela
                                               oczekiwania na przyjście Pana Jezusa. 
                              Czas pokuty i nawrócenia, po to, by w sercach naszych
                                                                    narodził się Bóg...



sobota, 26 listopada 2016

(22) Taki dzień...

Dziękuję Ci Panie za ten szczególnie negatywny dzień pod względem pogody. Ty Panie wiesz, czego nam ludziom potrzeba i czego potrzebuje świat przyrody. Takie dni jak dzisiejszy (ostatnio ich sporo) są również ważne, jak każdy inny słoneczny i urokliwy...
Smutno mi Panie, bo jestem tylko człowiekiem tak mało wyrozumiałym, tak mały w istocie świata, który mnie otacza. Bo jakże mogę Panie wymagać, aby każdy mój dzień był takim, jakim bym sobie życzył...? Przecież to niemożliwe...!
Wiesz Panie najlepiej, jak stworzyłeś ten świat, aby był takim, jakim jest...
Dziękuję za wszystko, czym mnie obdarzasz, szczególnie za zdrowie, za to, że nie jestem głodny,za uśmiech dzieci, które kocham. Dziękuję Ci Panie za życie i za to, że chronisz mnie przed złem... Ten dzień - taki smutny i zimny, szary bez wyrazu, jest małą ulgą od dni naprawdę upalnych, które przynoszą dni słonecznej radości. Bo taki właśnie dzień jak dzisiejszy, także niesie radość o poranku i w ciągu jego trwania... 
Niebo zasnute chmurami, które odgradzają świat ziemski od tego tam na wysokości. Dni takie niosą refleksję, potrzebę "rachunku sumienia," zastanowienia się nad przemijającym czasem i oczekiwania teraz tak aktualnym w zbliżającym się Adwencie. 
  jak Ci Panie nie dziękować za Twoją dobroć, za radość życia, zdrowie i łaski, którymi każdego dnia mnie obdarowujesz... Przyjmij Panie do siebie wszystkich moich bliskich, którzy zakończyli już ziemskie pielgrzymowanie. Wybaw ich Panie, a nam tu na Ziemi daj ukojenie... Amen!

piątek, 25 listopada 2016

                          (21) To co mi się przyśniło...

                                        W dół wiodła mnie szeroka droga aż do bramy...
                                          Przyjęto mnie życzliwie, były nawet fanfary
                                               (podobno tak witają ludzi małej wiary).
                                        Zrobiło się ciepło, wokół przesuwały się cienie,
                                                  w powietrzu czuć było nienasycenie.
                                                    Ktoś mnie objął wskazując drogę,
                                           zrozumiałem, że cofnąć się już nie mogę...


                                       Ruszyłem ciasnym korytarzem do wielkiej sali,
                                            Oni już tam byli, pewnie na mnie czekali - 
                                                   wszyscy, których skrzywdziłem, 
                                     mieli nadzieję, że poproszę o litość i wybaczenie - 
                                                   niestety, ja już się nie zmienię...
                                          Jeśli są bez winy niech rzucą kamieniem,
                                                  wszystkim im powiem szczerze,
                                                      że w niebo i piekło wierzę,
                                                             ale jest jedno ale - 
                                     nie znaczy to, że nie jestem winny wcale...(?)
                                       Orzekną pewnie, że jestem nienormalny,
                                     a ja wiem na pewno, że nie reformowalny...

                                                                                             Papkin o poranku.


czwartek, 24 listopada 2016

                        (20) Moje miejsce na ziemi...

Gdzieś na początku (musiał bym cofnąć się do pierwszych notek) pisałem o miejscu mojego dzieciństwa i sprawach z tym związanych. Wracając jakby to tego tematu, chciałbym teraz inaczej spojrzeć na wszystkie te sprawy, które przez późniejsze lata dominowały, choć w innym świetle, dotykając czasów obecnych. W tym miejscu z przymróżeniem oka tak to wszystko przedstawię... Urodziłem się jak miałem dwa lata...No, wiadomo - za czasów komuny wszystko było możliwe i ze mną było podobnie. Do szkoły uczęszczałem na ówczesnej ulicy Langiewicza (przydłużenie ulicy Jagiellońskiej). Za skrzyżowaniem, przy ulicy Hoffmanowej była słynna "trójka," szkoła dla tych z wyższych sfer. Moja szkoła, to typowa podstawówka dla zwykłych śmiertelników, do której przyprowadzała mnie moja Mama. Pamiętam jak dziś - otoczona murem od ulicy (dzisiaj nie ma śladu po murze i otoczeniu). Chodziłem do niej tylko do dwóch klas - pierwszej i drugiej, reszta, to Domy Dziecka daleko poza domem. Wychowałem się na smalcu i margarynie popijając kawę zbożową lub herbatę z mlekiem, oznaczającą nic innego, jak woda z mlekiem i żadne choroby nie trzymały się mnie i rodzeństwa. Przeciwnie - mój metabolizm był i do dziś jest w doskonałym stanie. Pamiętam, jak Mama kupiła spodnie i...trampki - to była radocha zważywszy, że Mama wystała je zapisując się na listę pilnując nocami kolejki. Kolonie były darmowe, toteż jak dziś pamiętam - jedną z nich w Łosiach koło Gorlic. Piękny przełom rzeki Ropy w skalnym korycie... Jeździłem z Dziadkiem na wieś zbierać stonkę ziemniaczaną, którą Amerykanie nam zrzucili z samolotów. Kompletna bzdura i sowiecka propaganda.... A chłop zawsze był zaradny i wiedział, że Ci miastowi  (jak my) z głodu by pozdychali, a dobro nie powinno się zmarnować. Świniaka, rąbankę, kuraka i jajca miastowi nie mieli, toteż z moim kochanym Dziadkiem, polami, a w zimie w głębokim śniegu (zimy były nie takie jak dziś) brnęliśmy ku znajomym chatom, gdzie wszelkie dobra bez talonów i wypiski dostać było można. Uważać należało, bo milicja wyłapywała takich delikwentów jak my i zabierała to, co mieli przy sobie - żywe ptactwo, czy też gotowe rąbanki.... Na progu gospodarz oczekiwał zlęknionych miastowych z poczęstunkiem: przaśnym chlebem, szklanką bimbru i ogórkiem kwaszonym w wielgachnym kamiennym garnku, a staropolskim zwyczajem, witali tymi słowami: "...a Wy miastowe k... po co tu przyszli, na przeszpiegi jakie, a burkiem poszczuję i nogi z d... powyrywam. Poszli Wy miastowi w kibini mater..." Tego tak szczerego powitania nigdy nie zapomnę. Już wtedy co niektóre zdarzenia zapisywałem. Płynęło ono z troski chłopa o los robotnika. Gomułka - ówczesny sekretarz partii bolszewickiej nakładał kontrybucję i podatki na rolników. To czasy ucisku i panoszenia się komuny, odbierania dóbr (odczuła to także nasza rodzina). Bo Polska była wtedy państwem sojuszu chłopa i robotnika, a miłość kota do psa była tym samym. Takie czasy wtedy były... A, że bezdomnych wtedy nie było... (?) Zbieraliśmy koce, by za ocean biednej Ameryce wysłać. Bo nasi na chicagowskim Jackowie, zmęczeni po harówce mogli godnie odpocząć. Na saksy do roboty też można było pojechać, jak tylko stempla do paszportu w kolejce się wystało. Tam zarobić, a w kraju wydać. Nie mniej jednak milionów za nic dorobić nie szło. A tak głośno w radiu nam krzyczeli, ze tam za oceanem to dulary z drzew same spadają ino kieszeń dobrze nastaw.... Za to my nocami Wolnej Europy słuchali i jakoś nigdy nie wspomniano o tym dobrobycie, przeciwnie - mówiono prawdę o systemie, w którym przyszło mi żyć... Telewizja dopiero raczkowała i nie stać nas było na taki luksus. Pierwszy telewizor kupiłem na raty dopiero w 1970 roku... Państwo polskie za Gierka  zapożyczyło się od zgniłych kapitalistów z zachodu, aby stworzyć socjalistyczny raj, ale do doktora, darmo i bez kolejki można było, byle by jakiś "prezent" pod pazuchą przynieść. Połóweczkę jakąś markowej wódki, czy kawę, świniaka albo osełkę masła, bo o jajkach już nie wspomnę... Było dobrze - czy się stało, czy leżało, zawsze na koniec miesiąca cosik sie tam dostało. A jak brakowało, to się kombinowało różnymi sposobami. Można było nawet ukraść, bo wszyscy kradli... Ameryka -kraj miodem płynący... A tu się okazało, że co niektórym, którzy brykli za ocean, dopiero wtedy klapki z oczu spadły i zrozumieli starą dewizę: "Europa dla chłopa, Ameryka dla byka, kurwy i złodzieja, a Kanada dla dziada..." Tu w Polsce moja Mama siedziała na stołeczku na serwowskim podwórku wyczekując na listonosza, który raz w miesiącu przynosił dziadowską rentę po ojcu, za którą Mama nie mogła zapewnić nam bytu. Oczywiście - nie oglądała się na innych i sama próbowała coś dorobić, pracując po nocach, szyjąc (było zakazane) kapryśnym ludziom to, co sobie wymyślali i stała w kolejce przez lata oczekując na przydział mieszkania - marzenie, które ziściło się dopiero w 1965 roku. Nie oglądała się na rodzinę, która tylko z pozoru nią była (nie wliczając w to dziadków). Oni wszyscy jakby oczekiwali na "sponsora," który da lub stworzy im mieszkania i inne dobra., dla których jedyną wyrocznią były słowa płynące (do dziś nie zgłębiłem ich tajemnicy) z ich sumień i charakterów, wyperfumowanych z pudrem na twarzy i drwiącym uśmiechem wypowiadane obelżywe słowa pod adresem Mamy i nas - "dziadówka." A myśmy mieli to wszystko w dupie, Was i te Wasze dobra załatwiane po kumotersku, w wyniku łapówek i innych podlizywań. W jakiejś chwili, to nawet cieszyło mnie to bycie poza domem, bo nie musiałem wysłuchiwać tego jazgotu, piania i wściekłego zacietrzewienia... Nie chciałem, by po latach żyjąc w jakimś marazmie (politycznie trwa nadal) że nic mi się nie udało. Każdy ma swoje miejsce, z którego wyszedł i do którego wraca, kiedy jest mu źle. Ja też mam takie miejsce, czego potwierdzeniem są słowa zawierane w kiczowatych wierszykach, czy też w mojej pracy biograficznej zwaną "Historia Rodziny." Zawsze wracam do czasów dzieciństwa, ale do tego beztroskiego, do zabaw i uciekam od tych, którzy zamiast wszczepiać nam dzieciom szacunek do drugiego człowieka (poza nielicznymi), "nakłaniali do złego." Ale zawsze było tak, że burak był burakiem, a Polak nigdy nie potrafił dogadać się z Polakiem. Teraz mowie pod dyktando polityki, która do dziś, mimo lat nie zmieniła się zbytnio, choć ustrój podobno się zmienił (?) w co nie wierzę.... Dzisiaj żyję z dala od dziecięcych miejsc, bo ich już nie ma - to całkiem inny już świat i otoczenie. "Zamknąłem" się w swoim świecie wspomnień o czasach i miejscach, ludziach tamtego okresu, a których nie ma już pośród nas. Odwiedzam ich na cmentarzach w zadumie nad mogiłami. Żyję w kraju, który określam jako zawistne piekiełko. Oczekiwałem czegoś lepszego, innego. Niestety - zawiodłem się nawet na najbliższych... Dzisiaj już czwartek... Znowu zimny, mglisty dzień, szary jak jesień. Za trzy dni rozpoczynamy Adwent - czas wyczekiwania na narodzenie naszego Pana. Miłego dnia wszystkim życzę...
                                                                                       
                                    
                                                                       P  a  p  k  i  n





środa, 23 listopada 2016

                        (19) Boję się samego siebie...

Nie chcę sobą nikogo straszyć, jak to się w dobie Bruce Lee mówiło: "moja lewa ręka zabija, a prawej to się sam boję..." Muszę jednak przyznać, że nikogo tak bardzo się nie boję, jak właśnie samego siebie. Weźmy na ten przykład wczorajszy wieczór. Oglądam telewizję, a właściwie dobry film. Zza ściany co chwila dochodzą do mnie okropne krzyki, wrzask i...przekleństwa. To nie kto inny, jak mój zwariowany zięć, który w sposób zakłócający życie innym, wyraża swoją, tym razem radość z powodu przegrywanej Legii.
Piłka nożna ma to do siebie, że jest jedna....

                                           "Piłka jest okrągła, a kopiących ilu...?
                                                   zachowuj się jak człowiek - 
                                                         Ty durny debilu...."

Niestety - musiałem go szarpnąć, bo żaden argument do niego nie docierał... Po chwili zreflektowałem się, ale ścierpieć nie mogę, jeśli ktoś robi na złość... Bo co może zrobić mi inny człowiek..? Obrazić - raczej sam się wówczas ośmieszy. Uderzy mnie ktoś w gębę - okaże tym tylko swoją słabość. Co najwyżej może mnie ktoś zastrzelić. I cóż...? Przyśpieszy mi spotkanie z Bogiem... Mimo perturbacji, jakie mnie ostatnio dotykają, ludzie wydają mi się dobrzy, nawet ten zza  ściany. Jedynie przed kim drżę, to przed sobą. Tylko sam dla siebie jestem przeciwnikiem. Bo tylko sam siebie mogę skrzywdzić. Jeżeli kiedykolwiek musiałem się wstydzić, to przez własną głupotę. Ile to już błędów popełniłem (?) .... Jeżeli cierpiałem na wskroś boleśnie, to przez własne grzechy. Jeśli się kogoś rzeczywiście wystraszyłem, to samego siebie, kiedy zauważyłem,, jak jestem zaskakująco "niebezpieczny," mogący siebie samego zatracić. Jeśli zostanę potępiony, to sam tego dokonam... Boże, chroń mnie przed samym sobą...! 
                                                                                   P  a  p  k  i  n



wtorek, 22 listopada 2016

                               (18) Pobożne życzenie...

Mój kościec nie lubi błyskawicznych zmian pogody. Reaguje szybko i boleśnie sprawiając, że poranek rozpoczyna się serią stęknięć i dziwacznymi pozycjami ciała. Mogę sobie na to pozwolić, gdyż nikt nie patrzy. Drzwi do pokoju zamknięte, jestem sam - wszystko gra.... Jestem jednak pewien, że pod spojrzeniem innych, wyprostowałbym się jak trzcinka. Ale tak nie jest. Jestem sam i pokwękując poczłapię w życie. Może ono mnie wyprostuje...? Ale, że dzień należy rozpocząć modlitwą, to proszę Pana Boga o łaski i siłę przetrwania: "Boże,użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmienił to, czego zmienić nie mogę i szczęścia, aby mi się jedno z drugim nie pogmatwało. Pobłogosław Panie tym, których niechcący uraziłem słowem lub czynem, Amen...
A ponieważ dziś piękny, słoneczny dzień, pierwszy od kilku dni, niebieskie niebo i w miarę ciepło. Dobrego dnia wszystkim życzę, a sam udaję się w plener.

                                      Cierpliwie układam obraz mojego świata...
                                                    Codziennie małe radości,
                                                   to białe obłoczki na niebie,
                                   jak puzzle dopasowują kolejne dni do siebie....
                                                                       Zieleń lasu w oddali,
                                                             to goście, których odwiedzam,
                                                             pojedyncze, kolorowe kwiatki,
                                                              to wspomnienia mojej matki.
                                  Duży dąb z lewego boku,
                   to ten, który w życiu dotrzymuje mi kroku, 
                           a pod drzewem dwa żołędzie - 
                                       dębowe dzieci.... 
                                                            Na dole układanki widać szarą rzekę,
                                                                            to smutki i żale,
                                                                    choć nie chcę ich wcale.
                                               Prawy bok nie zostanie ułożony,
                                                 to miejsce dla dębowej żony...
                                                          Puzzle nie pasują,
                                                 ich kształt ciągle się zmienia,
                                                              a to oznacza,
                                                 że nie jestem do ułożenia...

                                                                               P a p k i n