Szukaj na tym blogu

piątek, 30 listopada 2018

                      Najpiękniejszy czas oczekiwania - 

                                         Adwent...

Tak to już jest, że nikt z nas nie lubi czekać - no - chyba, że spodziewamy się niecodziennego gościa, przyjaciela, kogoś bliskiego, któremu już niebawem uściśniemy dłoń po wielu latach rozłąki. Rośnie w nas podniecenie, trudno nam doczekać się tej chwili...A d w e n t - odkąd pamiętam, był dla mnie tym własnie okresem, na który czekałem z wielkim zniecierpliwieniem, a kiedy już nadszedł, pragnąłem aby nigdy się nie skończył. 
Od dziecka czas rorat był czymś tak pięknym i doniosłym, że nawet prezenty pod choinką, o których marzyłem jak każde dziecko, były jakby nieco dalej, jakby w cieniu tego adwentowego oczekiwania...I oto jest - nadchodzi...Już niedziela 2 grudnia, to pierwsza niedziela Adwentu 2018 roku...
                              "Oto Pan Bóg przyjdzie,
                    z rzeszą świętych k` nam przybędzie,
                    wielka światłość w dzień ów będzie,
                                 Alleluja, Alleluja..."
Adwent, to szkoła czekania - 
to nie jest czas umartwień, ale porządkowanie naszych sumień.
                                                    **
Życzę udanego weekendu i przeżywania nadchodzącego Adwentu - pozdrawiam.
                                                                     P  a  p  k  i  n

poniedziałek, 26 listopada 2018

                            Przywołanie historii...

Na początku pracy o rodzinie, na jej pierwszych stronach (wstępie) - znajduje się kilka wpisów wprowadzających do historii rodu (ta od strony Babci jest poniżej)...Są rozlatane, luźne, jakby fruwały pomiędzy ciągiem tekstu. Wprawny czytacz w mig wychwyci myśli zawarte we wspomnianych tekstach i bezbłędnie przydzieli je do opisanych zdarzeń....A stałem tak lat temu tak wiele, że nie pamiętam już dat, które i tak nie są takie ważne. Stałem na szczycie fortu wybudowanego przez Austriaków w miejscu, które niegdyś znajdowało się w bezpośredniej bliskości rodzinnego folwarku - fortu wybudowanego w roku 1897 w Rajsku (dziś dzielnica Krakowa)...Myślałem o przeszłości, o ludziach, których dawno już nie ma, a którzy pozostawili swój ślad na tej ziemi. O przyjaźniach, trudach pracy, a nawet waśniach. Opierając się na opowiadaniach mojej Babci - byli to zacni ludzie mimo, że byli wielkimi posiadaczami ziemi. Babcia z rodziną jeździła do Austrii, do Tyrolu, skąd wywodził się ród. Moja Mama także opowiadała o wyjazdach do Landeck (Tyrol)...Przywołuję ludzi, którzy chodzili drogami, być może jedna z nich biegła w miejscu dzisiejszego fortu (?), których już nie ma i oglądam tamten świat oczami wyobraźni tak, jak mi to opowiadano
mając przed oczami nie tak odległy horyzont Krakowa, o sprawach, które wiązały i wydobywały ich dobrą wolę...To było piękne - ta przeszłość, bo jakże mogła być inna, skoro budowali ją własnymi rękami, w trudzie i pracy wielu ludzi, nie tylko właścicieli majątku, wiążąc swoje losy pośród łanów złotych kłosów zbóż, a które falowały jak wielki ocean...A dalej był już inny wielki świat - świat możnych kołodziejów, królów i wielkiej polityki - Kraków - królewskie miasto stołeczne...W swych rozmyślaniach na podstawie przekazów, widziałem w oddali pośród zabudowań gospodarczych - ludzi krzątających się po obejściu - służby, koniuszych, woźniców, pastuchów...Chłopskie zagrody, choć nieme, jakby nikt w nich nie mieszkał, ulatujący dym z kominów - wszystko budzi się do życia o wczesnym poranku. W oddali odgłos kościelnego dzwonu, a wschodzące słońce rozświetla okolicę...I ta moja wyobraźnia młodej pary, która dała początek rodziny rodzin...Późniejsza historia potoczyła się normalnym trybem. Dziś można tych ludzi "spotkać" na krakowskich cmentarzach - w Woli Duchackiej, czy Rakowickim, ale to już inna historia...W roku 1790 spaleniu uległ majątek w Mogile, a rok później częściowo zniszczone zostały zabudowania folwarku w Rajsku. Kto wie, czy wydarzenia te nie stały się powodem śmierci protoplasty...?  A przywołując historię rodziny mogę dodać, że we wrześniu 2018 roku, przypadła 260 rocznica ślubu protoplastów rodziny...

                                               *****
Pozdrawiam i życzę udanego tygodnia...

                                                           P  a  p  k  i  n 

piątek, 23 listopada 2018

                              Wspomnienie lata...

Któż z nas nie lubi pomarzyć, powspominać o historii minionego czasu, o zdarzeniach zwłaszcza tych, które były powodem radości, refleksji, zadumy...Czas jesieni i zimy, to czas takich wspomnień, powrotu do tego, co było i przeminęło, a jeśli są przesłanki, to wracamy choć w myślach do tamtych dni, miejsc, zdarzeń...Również ja miewam takie stany zadumy i refleksji. Dziś przywołuję miejsce na wskroś opuszczone, samotne, gdzie tylko przypadkowy przechodzeń, raczej wędrowiec, może właśnie przez przypadek znalazł się w takim miejscu - zapomnianym i dziwnym zarazem. Wielokrotnie w swoich "pogadankach" - opisach różnych miejsc, wskazywałem na miejsca zapomniane, czasem nawet dziwne jak to. I ciągle nurtuje mnie pytanie, co było powodem, jak to się stało, dlaczego akurat w takim miejscu wybrano własnie to? Pustkowie - można śmiało powiedzieć, daleko od ludzi, w szczerym polu, a właściwie trudno polem nazwać, bo pole kojarzy mi się z uprawą płodów rolnych, zbóż i podobnych. W tym miejscu nic innego nie mogło by być tylko łany zbóż o złotych kłosach, jak to opisywałem w rodzinnej sadze, a dotyczyły one majątku, ówcześnie pod Krakowem, dziś dzielnicą miasta, gdzie jeszcze później Austriacy wybudowali ford obronny u schyłku IX wieku. Niebawem przedstawię krótki fragment opisu tego rodzinnego wówczas "Raju..." Miejsce, które dziś wspominam, jakoś szczególnie tkwi w mojej pamięci i zamierzam odwiedzić je ponownie. Chciałbym też wcześniej zapoznać się z historią lub uzyskać choć minimum informacji, bo chyba warto....Oddaję się stanowi, które cechowało moja osobowość w momencie dotarcia do tego tajemniczego i odosobnionego miejsca..."Patrzę w niebo - białe obłoki na błękicie nieba przepływające niczym statki i żar lejący się tu na dole. Kładę się na bujnej zielonej trawie uważając, aby nie nadepnąć na ewentualną żmiję wygrzewającą się w słońcu - (zawsze jestem ostrożny w podobnych sytuacjach) - mięciutkiej i pachnącej...Słyszę pieśń ptaków, w oddali chyba klekot bociana, bo trudno go dostrzec, a tuż nade mną skowronek...Wyobraźnia i to co mnie otacza - kilka topoli, krzaki i zarośnięte, zapomniane mogiły z przewracającymi się krzyżami. Gdzie ja zawędrowałem, - próbuję się zastanowić (?) Ciepłe, wręcz gorące promienie słońca ogarniają moją twarz, dotykają natarczywie oślepiając wzrok. Niewielki szum drzew na delikatnym wietrze ledwo dostrzegalnym i gęstych zarośli - wszędobylski powój w tym tajemniczym świecie starego cmentarza w odludnym miejscu. Mały, porośnięty bujną roślinnością, zapomniany przez ludzi...Skarby tej ziemi kryją tutejsze mogiły, a ponad nimi powietrze przejrzyste, lekki podmuch wiatru, przyjemny ptasi śpiew. Tu ptaki śpiewają kołysankę tym, którzy złożyli swoją ofiarę za nas, byśmy mogli dziś cieszyć się wolnością. To wszystko dzieje się tu, w miejscu, gdzie aż po horyzont niczego nie widać tylko jeden wielki ugór...Jakim cudem w takim odludziu znalazła się ta nekropolia? Wokół żadnej żywej duszy i tak pomyślałem sobie, gdyby nie daj Boże coś mi się stało, byłby kłopot - to miejsce wręcz przeraża...I tylko ta droga biegnąca pośród pustkowia, rzadko używana i żadnego innego śladu. Kępy zeschłej trawy, pojedynczych krzaków i ja tu sam na dywanie wielkiej tajemnicy tego miejsca...Oaza ciszy i spokoju. Tutaj zasnąć na wieki pośród tego pustkowia. Swoim ostatnim spojrzeniem otoczyć to wszystko westchnieniem, a żegnając się powiedzieć: "Dziękuję Ci Panie za to co stworzyłeś i za to, że właśnie w tym miejscu jestem..." Bo ja dziś idę z wiaderkiem życia - ścieżką, którą niegdyś Ty Panie się przechadzałeś...Bo kiedy już usiadłem w tym miejscu, tak historycznym - pokłoniłem się! Tam w oddali groby tych, co oddali życie, bym mógł dziś przysiąść w tym miejscu, ciekawym i tajemniczym, gdzie ulatuje modlitwa. Tu nawet strzeliste topole w ciszy wiatru przenoszą ową pieśń..."
                                         (Owczary, 13 lipca 2017)

Z racji nadchodzącego weekendu, życzę wszystkim spokojnego i udanego wypoczynku. Pozdrawiam.
                                                      P  a  p  k  i  n     

poniedziałek, 19 listopada 2018

Do Adwentu jedna chwila - do Świąt                                               jeszcze dalej...

Często o tej porze roku podejmuję temat jakby od nowa...a mógłbym głowy sobie nie zawracać, tudzież innym gdyby nie to, że aby jakoś żyć, trzeba dokonywać jakichś zakupów, choćby tylko podręcznych. Mamy ostatnią dekadę listopada, a tu proszę - w sklepach, zwłaszcza marketach "króluje" Boże Narodzenie. Piszę o tym każdego roku i nic w tej materii się nie zmienia...Ja rozumiem - pogoń za pieniądzem, ale bez przesady. Czy już  nie mogę zaopatrzyć się w niezbędne produkty nie chodząc pomiędzy półkami , gdzie widać świat Świąt?  Owszem - może przyjemnie (zależy dla kogo) przejść obok lub w pobliżu oświetlonych rzędów wszelkiego rodzaju świecidełek, ale co dalej...? Czy wtedy, gdy one nadejdą, nie będziemy mieli już dość? Mimo wszystko jakieś to bez uroku w dzisiejszej atmosferze, a właściwie jej braku. Jeszcze przed Świętem Zmarłych "zapędziłem" się do Lidla, choć właściwie szerokim łukiem omijam te sklepy. To był jednorazowy i wyjątkowy przypadek. I co zobaczyłem? Tam już wtedy było Boże Narodzenie. Do licha - czy ja muszę smak zatracać jakimś durnowatym komercjum?  jak się potem dowiedziałem - dział bożonarodzeniowy zniknął tak szybko, jak powstał po interwencji klientów. Super...!  Ale już dziś inna sprawa, wypowiadam się na temat innego marketu, tym razem francuskiego - tu rzeczywiście "króluje" Boże Narodzenie. Klientów raczej niezbyt wielu, ale liczy się fakt. I co to wszystko ma znaczyć? Zapewne pracownicy sklepu pracują z wyprzedzeniem, a tuż po Nowym Roku rozpocznie..Wielkanoc (?) - można oszaleć! Dzisiejsze pokolenie uważa to coś za normalne - ja nie! Bo co Ono wie na temat Bożego Narodzenia? Gdzie ta atmosfera, te wypieki (dzisiaj wszystko gotowe), pachnidła i..."widok" ciszy (?) z  sypiącym z nieba  śniegiem, rozmodlonym przy jasno świecących lampach ulicznych. To wszystko odeszło wraz z komercjalizacją w niepamięć. Świat się zmienia, czasy także i...ludzie. W dorosłych brak poczucia obowiązku, przekazu, aby młode pokolenie choć trochę uczulić na dobro płynące z tradycji...Wszystko odchodzi z czasem, który przemija, jak Ci, którzy nam wpajali wszystkie zalety tamtego świata. Próbuję je kultywować, ale często we własnym już gronie (niedorzeczne?) i zachowuję w pamięci, przekazuję swoim wnukom...Dzisiaj nie ma śniegu i trudno liczyć, że będzie, że święta będą białe, jak mówi kolęda. To już nie to słońce świecące w oczy w przy silnym mrozie, bo dzisiejsi mówią, że im świeci tyle, że tamto było o wiele jaśniejsze, a śnieg był bielszy od najjaśniejszego blasku...Teraz nie ma już nic, czym można było by się fascynować, choć w swoim światku, który sam sobie tworzę, ta atmosfera dawnych lat jest dostrzegana - bo to mój i tylko mój świat...Tak więc stwórzmy sobie swój własny klimat, taki indywidualny, omijając z daleka komercję wspomnianą na początku. Boże Narodzenie niech będzie  dla nas kolejnym Świętem radości, uduchowienia, a zbliżający się Adwent, czasem przygotowania do narodzenia naszego Pana...Co do sklepów, niech sobie będą  - nie mamy na to wpływu - ważne to, co w sercu nosimy. Serdecznie pozdrawiam.

                                                                        P  a  p  k  i  n
    

piątek, 16 listopada 2018

                                T  r  y  p  t  y  k  II...

Z racji weekendu nie będę głowy zawracał swoja osobą...Mały fragment z roku 1978...
Życie ludzkie jest wędrowaniem...Pomijam już fakt mojego wędrowania, bo to całkiem inny temat. Mówiąc poważnie - każdy z nas idzie jakąś drogą, kieruje się jakimś znakiem, światełkiem...Czasem błądzi, zbacza z drogi, potem znowu ją odnajduje - powraca...Czasem jest bardzo zmęczony, szuka schronienia, odpoczywa i nabiera sił i dalej udaje się w dalszą drogę...Na tej drodze dźwiga nieraz ciężary, trudzi się, męczy. Uczy się wielu rzeczy, poznaje świat, innych ludzi - cieszy się z niespodziewanych nieraz spotkań. Czasem idzie sam, niekiedy duży szmat drogi z innymi. Korzysta z ich pomocy i sam im pomaga - nawiązuje przyjaźnie...Niektórzy zatrzymują się w połowie drogi, odpadają, ale poturbowani wstają i z uporem pną się dalej. Może Ci właśnie są najbardziej wartościowi...?  Ludzkie życie jest podróżą we wszystkich kierunkach - kieruje się zapachem wiosny, upojnym latem, smakiem malin...Tylko czasem staną na pokrzywę - może Ci właśnie co poznali jej dotyk, są najbardziej wartościowi...? Tak - życie ludzkie jest...i to odkrywam każdego ranka...
Życzę wszystkim udanego weekendu, dobrego wypoczynku z naturą, serdecznie pozdrawiam.
  
                                                  P   a   p   k   i   n

wtorek, 13 listopada 2018

                 Wtorek (dobrze, że nie piątek) 

                                   13 listopada

Dzisiejszy dzień zapewne do "łatwych" nie należy. Prawdę mówiąc - ostatnie kilkanaście dni, jakie minęły, też niejako mnie "dołują" i to nie ze względu na kaprys pogody, gdyż jak na listopad, pogodę mieliśmy wyjątkową. Dzisiaj co prawda się rozpadało, ale to prawo natury i...jesieni. To "dołowanie" trwa już od pewnego czasu i nie uległo umniejszeniu w okresie obchodzenia Święta Niepodległości...Mam przyjaciółkę z Mazowsza - nasze relacje koleżeńskie, jak dotąd utrzymywały się na dość dobrych relacjach, ale...tak naprawdę, od okolic początku nowego roku szkolnego, jakby coś się "popsuło" - niby wszystko ok, a jednak (?) I niby nic - powinienem, zająć się sobą, to jednak taka moja natura, że się tym przejmuję. Oczywiście, nic na siłę...Znam sytuację i można się domyśleć tego, czy owego, co zapewne przyjemne być nie może - współczuć co najwyżej...Ale jestem osobą niepokorną i lubię wiedzieć, znać przyczynę...Po przeczytaniu zapewne się domyśli (może) i już się "boję" odzewu...Deszczyk pada, a ja mimo tego zaraz wyjdę z domu. Klapnę sobie przy stoliku i będę dialektował się aromatem kawy. Taka pogoda jest wprost wymarzoną na podobne nasiadówki...Że pada - bardzo dobrze, deszcz jest potrzebny! I właśnie w taki dzień witam wszystkich , bo to dzień szczególny i nie taki "trudny," jak pisałem na początku, choć "płaczliwy." Witam tych, którzy poświęcą swój czas, aby móc mnie poczytać, moja duchowa przyjaciółka również. A że jestem nadziany szpilkami, w jednym miejscu nie usiedzę spokojnie. Tak i dziś wychodzę bez parasola, bo lubię mieć wolne ręce. Niech więc pada, taka jego natura. 
Miłego dzionka życzę. Pozdrawiam.

                                                        P  a  p  k  i  n



  

środa, 7 listopada 2018

                      Z opowieści mojej Babci...

Zbliża się Święto Niepodległości, w tym roku wyjątkowe. Frustracja, jaka mnie opanowała po kontrowersyjnych wypowiedziach na temat tegorocznych marszów, ich zakazu itp, wycofaniu się władz państwowych, to wszystko sprawia, że jestem zły i zmartwiony. Jednak zamiast żalu i skarżenia się, dziś przytoczę fragment wspomnień i opowieści mojej Babci - tej, która uczyła mnie patriotyzmu i żadna siła nie jest mi w stanie tego odebrać...
Zawsze, gdy patrzę na fotografię, obejmuję drobną postać mojej Babci. Gdy dotkną mnie suche, zmarszczone policzki myślę, o ile mniej wiedziałbym o dobroci i szlachetności, gdybym jej nie znał. A jak dawno Ją znam...? Zaskoczony takim pytaniem odpowiedziałbym, że znam Ją od tak bardzo dawna, że aż trudno to dziś ustalić - chyba zawsze Ją znałem...2 października br. minęło 49 lat od Jej śmierci, a wcześniej znałem Babcie od urodzenia. Łączyły mnie z Nią serdeczne więzy - wspólne przeżycia, dobre i "złe," bliska współpraca i Jej niemal matczyna opieka i troska. Ile opowieści o rodzinie, o ojcu, którego bardzo szanowała za jego patriotyzm, za wiersze oraz za...Konrada Wallenroda.."Gdybyś mógł poznać mojego tatę, tego prostego mężczyznę, takiego niezwykłego - zupełnie niezwykłego człowieka..." Tak mówiła o swoim ojcu moja Babcia, o kimś najlepszym i niezapomnianym. -"Pomyśl, czego to mi się zachciało, przecież jestem już stara - osiemdziesiątka mi już stuknęła, mam kiepskie oczy, ale pamięć w miarę dobrą..." I siedziałem tak słuchając opowieści o rodzinie w Krakowie i tej dalekiej w Tyrolu. Wszystko to potem zebrałem w jedną całość w swojej rodzinnej pracy zbiorowej....A słowa Babci układały się znakomitą, autentyczną prozą. Właściwie za każdym razem po rozmowie z Babcią, odczuwałem podobne wzruszenie. jej myśli zawsze były zadziwiające i proste w odbiorze...Pyłkiem była wśród licznego rodzeństwa. -"Moje myśli błąkają się "wyszukując" atmosferę w domu, jego wyglądu. Trudno mi znaleźć miejsce, gdzie znajdował się w domu stół, łóżka, szafy, cały dobytek zbity z desek. Upłynęło tych lat - już osiemdziesiąt...a ja nadal odgrzebuję wspomnienia  z pod grubej warstwy pyłu, popiołu, pleśni i wszystkiego, czym zarosły przez wszystkie lata. Tata był wyrobnikiem i wraz z bratem chodzili do lasu do pracy. Zawsze śpiewał i był wesoły mimo ciężkiej pracy przy wyrębie drewna. Bywało, że był posępny i poważny. Wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak i że coś go gnębi i martwi. A zmartwień mu nie brakowało, choćby wtedy, gdy brat jego zginął przywalony wielkim drzewem...Martwił się o Polskę, przeżywał wszystkie niepokoje...A dom..? Zwykła chata kryta gontem, w której zawsze było  ni ciemno, ni widno. Lampy naftowe zwisające na sznurku od sufitu z blaszaną umberką. Ojciec wcześniej zapalać nie pozwalał, bo nafta była droga. Coraz to ktoś z rodzeństwa przychodził, po ciemku się rozbierał, gdzie próżne miejsce. Mama jednak wstaje z długiej ławki pod ścianą przy piecu i zapala lampy. Wtedy mrużyliśmy oczy, bo lampa nie byle jaka była, a ósmy numer...Jak ja to dobrze pamiętam - tą dużą izbę z gładką glinianą "podłogą" zwaną klepiskiem, z ławkami z prostych, nieheblowanych desek lśniących białością, ogromny komin nakryty rodzajem parasola, zwanym "kapą," z rurą puszczoną w sufit, a dalej przez dach na świat, aby wychodził dym. Wszystko - kapa i rura były z desek oblepionych gliną - łatwo było o pożar. Komin znajdujący się pod ową kapą wyglądał jak duży stół z kamienia i gliny. Wszystko to było wybielone gliną wymieszane z wapnem, co nadawało jej białego koloru. Od owego komina ciągnął się duży piec z kamieni i gliny, który wyglądał jak ogromna szafa. W zimie ogrzewał się z sieni, czyli palenisko było w sieni (korytarzu). Wzdłuż tego pieca ustawiana była szeroka ława, na której wszyscy siedzieliśmy grzejąc się. Mama siadała w kącie do kołowrotka i przędła. Moja starsza siostra Karolina - podlotek z pewnym ociąganiem się, też stawiała przy ławie drugi kołowrotek i wtedy zaczynał się mocny turkot. Starszy brat Władek stawiał kosz kartofli na ławie i je obierał na kolację. Najmłodszy z braci - Julek zawsze spał w kolebce zbitej z desek. Lubiłam go doglądać i tak przez całe życie zawsze go lubiłam najbardziej. Śpi teraz wiecznie, sam w dalekiej Rabce pochowany...Tata zawsze siadał na ławce w kącie, to było jego ulubione miejsce. Mama - zawsze otaczała się kumochami. Przychodziły do naszego domu i radziły - mówiły o strachach, duchach i wilkołakach. Nie lubiłam tych spędów, tata też je przepędzał z naszego domu. Karolcia zawsze robiła im na despet (na złość), a One ją goniły. Uciekała przerabiając nogami - śmiechu przy tym było bardzo dużo...To tragiczna postać - w czasie wojny, w jednym dniu straciła męża i dwóch synów rozstrzelanych za udział w AK...Twoja mama też należała do AK...Mój tata - tyle o nim już mówiłam...patriota i wielki optymizm, człowiek prosty, jakże różniący się od swojego rodzeństwa, układający wiersze i ciężko pracujący. To On tak naprawdę zajmował się nami i całym domem. Był średniego wzrostu, chudy, oczy ciemne. Zawsze mi się zdawało, że jest przystojny, bo takich w całym Tyczynie nie było. On urodził się w Galicji, a rodzina, ta rzeszowska, jak ja nazywano, wcześniej zubożała. Pozostali robili kariery w Krakowie i tam byli osiedleni. Brat taty - Marcel ożenił się z Walerią (Fischer) - stryjenką, najlepszą i bogobojną kobietą. 
W ogóle ród ten wywodzi się z Górnego Tyrolu, a jeden z przodków osiadł w Krakowie i tak rozpoczęła się cała ta historia. Jeździłam z dziećmi  do Wiednia i do Landeck, skąd pochodzili, do rodziny, z którą utrzymywaliśmy bliskie kontakty...Bardzo przeżyłam śmierć Marianka, który zmarł tuż po urodzeniu...Pierwsza wojna światowa, a tu urodziła się Twoja mama. Twój Dziadek na froncie jeździł parowozem pancernym i nieznany los mojej siostry, której mąż Michał gdzieś zaginął. Jeździła za nim po całej Galicji - to były okrutne czasy. I tylko nadzieja i pomoc stryjenki na duchu mnie trzymały...Starałam się być twarda wobec wszystkich przeciwieństw i wciąż powtarzałam tatowy wierszyk, którego dziś już zapomniała - było to jakoś...
"Wiła dzieweczka wianuszek..."
Dużo lat upłynęło w trudzie i niedostatku. Ziemia była niezbyt dobra pod warzywa w przydomowym ogrodzie. Mama, czasem tata chodzili na zarobek do dworu, wiosną do sadzenia kartofli, jesienią do wykopów, latem do siana. Było wtedy trochę grosza na buty i inne fatałaszki, na naftę i cukier...Całe moje rodzeństwo rozeszło się po świecie. Władek do Błażowej, Karolina do Rohatyna, a potem do Skarżyska Kamiennej, Julu do Lwowa, później do Rabki, tylko Ignaś pozostał w Tyczynie. Ja wyemigrowałam do Rzeszowa. Mieszkałam najpierw u Magrysia, potem u Serwów...A wojna, ta pierwsza światowa rozpoczęła się naprawdę. Był rok 1914, początek sierpnia, a ja z narodzoną Twoja mamą, która miała wtedy 5 miesięcy. Dni były gorące i mieszkaliśmy w Rzeszowie. Widziałam, jak wojsko szło bez przerwy. Furmanki ciągły się całym sznurem powodując niesamowity harmider (łoskot) żelaznych obręczy kół...Ech, dużo by mówić, choć w pamięci wszystko się zaciera. Ale jakoś poukładało się to w życiu, choć nie tak, jak bym chciała....A wojna, ta w 39-tym, to już inna historia..."  Kiedy dziś wspominam tamten czas, rozmowy z Babcią i nie tylko z Nią, zastanawiam się, do czego doszliśmy, jak zmienili się ludzie, mentalności, ile zła i nienawiści tkwi obecnie w ludziach...Dlatego tak często wracam do tamtych czasów. Pozdrawiam.

                                                                 P  a  p  k  i  n 
        

 

poniedziałek, 5 listopada 2018

                                                               (troszkę humorystycznie, 

                                                                      ale na poważnie)

                              Wybory i już po...

Pamiętacie, jacy radośni i szczęśliwi byliśmy, jak radowaliśmy się z obrad Okrągłego Stołu? Z jakim napięciem i wyczekiwaniem przed telewizorami zasiadali wszyscy domownicy, rozbrzmiewało pukanie, kiedy sąsiedzi przychodzili na wielogodzinne śledzenie wydarzeń, kiedy na naszych oczach tworzyła się...przyszłość..? Pamiętacie z jaką radością powitaliśmy wiadomość: "Panie, Panowie, ogłaszam koniec komuny?!" Na ulicach cieszyli się ludzie, otwierały się okna, rodzice ściskali dzieci i mówili - "teraz już będzie dobrze." Każdy obywatel miał wtedy nadzieję, że od tego dnia będzie lepiej, że skończy się upodlenie, hipokryzja, konformizm, kłamstwa i wrogość. Mieliśmy nadzieję, że Nowa Ojczyzna pomieści nas wszystkich, da możliwość rozwoju, zarabiania, tworzenia dnia po swojemu i pewność, że żona i dzieci nie będą już musiały obawiać się, że ojciec strajkuje w zakładzie, nie wróci do domu, a wieczorem do drzwi zapuka pan w prochowcu i zaprosi do samochodu...Ale w Polakach zgasła nadzieja, że mogą zrobić cokolwiek, żeby poczuć się szanowanymi obywatelami. W pogoni za złotówką stali się sobie wrogami, donosicielami, sąsiadami, którzy najchętniej poprzebijali sobie nawzajem opony, żeby tylko drugi nie mógł jechać do pracy...Pokolenie szkrabów (ówczesnych małolatów), które tamtego wielkiego dnia obserwowało rodziców i sąsiadów i nie rozumiało o co toczy się gra, wychowali się w świecie, w którym uczciwość rodziców nie opłacała się. Otworzyli biznesy w najlepszym do tego okresie, zmienili asortyment w swoim małym sklepiku, raz, potem jeszcze raz, potem zdecydowali się sprzedać towar "na zeszyt." a dziś już wiązali koniec z końcem. A zbliżając się do emerytury zastanawiali się, czy dwadzieścia lat bez urlopu, wstawania codziennie o piątej rano, brak kontaktu z dziećmi i nieustanna frustracja opłaciły się? Bo Urząd Skarbowy kradł każdą możliwą złotówkę, straszył więzieniem, grzywnami. Urząd miasta podnosił czynsze i kazał sobie płacić krocie za zapleśniałe lokale bez dostępu do wody, niczym za salony brukowane złotą kostką. Wiele rodzin wyrzucano z mieszkań na siłę. U lekarza nie można było otrzymać właściwego leczenia, bo niewłaściwy papierek, niewłaściwa kolejka, niewystarczająco wypchana koperta. W biurach i urzędach petent był traktowany jak wróg. Odsyłany od biurka do biurka, bez śladu szacunku, niejednokrotnie z tak zwanym "ryjem," bo przerwało się niekończące się , acz jak zajmującą czynność  mieszania herbaty w...szklance. Pokolenie szkrabów poszło na studia i okazało się, że jak urzędnicy traktują w biurach ich rodziców, tak samo panie w Dziekanacie i sekretariacie traktują ich. W bibliotece - potencjalny złodziej i nauczyciel, w sali wykładowej - pomyłka, bo przecież jak pan nie ma ochoty, to nikt tu pana siłą nie trzyma....Nie wspomnę już o jakichś naleciałościach, w które powpadali wykładowcy i profesorowie - skąd to się tak nagle wykociło...?  Po skończonych studiach, w atmosferze kompletnego braku poszanowania nie tylko dla studenta, ale i dla wiedzy tam wykładanej, pokolenie szkrabów wróciło do domu z dyplomami i okazało się, że książeczka mieszkaniowa, na którą rodzice latami odkładali pieniądze, zdewaluowała się pięciokrotnie i po 20 latach oszczędzania, młody Polak nie ma szans kupić nawet kawalerki. W między czasie rząd mieniący się troską o nasze dobro, sprzedał wszystkie liczące się zakłady pracy, podwyższył podatki, umniejszył nawet zasiłek pogrzebowy itp. Cóż było robić?  Z dyplomem w kieszeni, choć niekoniecznie i nadzieją, że jednak gdzieś w świecie będą potrzebne ich kwalifikacje, otwarte głowy i chęć do tworzenia Europy, pokolenie szkrabów poszło szukać pracy. Dzień po dniu, z otwartą głową zwieszoną coraz niżej wracali do domów, gdzie rodzice ślęczeli nad książkami rachunkowymi szukając, gdzie też podziało się życie, szacunek do siebie, rządu i Ojczyzny, która pozwalała na biedę. Z obrzydzeniem przełączając kanały telewizji, która pokazywanie skrajnej biedy w wieczornych wiadomościach, traktowała jak rozrywkę typu "łza w oku, dobrze, że nam lepiej." Religia, która była wiarą wszystkich obywateli, źródłem nadziei i pokrzepienia, stała się nagle w mediach jedynie koszmarnie wynaturzoną karykaturą samej siebie. Dzieli zamiast łączyć, szydzi zamiast wybaczać, krzyczy głosem młodych i starych, że inność nie jest grzechem, nie skazuje na potępienie i wieczność w piekielnych płomieniach - rozprzestrzeniły się sodomistyczne marsze równości...Po kilku miesiącach parzenia kawy w biurze, noszeniu lunchów do gabinetów, czy ostrzenia ołówków dla szefa, młody Polak  stwierdził, że jako kelner zarobi więcej - kelner na obczyźnie. Jeden po drugim spakował co miał, wsiadł w samolot i myknął za granicę szukać tego, czego nie dał mu jego własny kraj. Na obczyźnie zapomniał, że jest magistrem, że ma dyplom pielęgniarki czy księgowego, że jest inżynierem, a nawet lekarzem - dostał pracę na zmywaku, kilka miesięcy później w kuchni, potem awansował na managera, zmienił pracę, zmienił pokój na mieszkanie, potem dom...Od pierwszej wypłaty pomagał rodzicom i jeszcze mu starczało. Szybko dorobił się roweru, potem lepszego samochodu. W ciągu lat zdobył więcej doświadczenia i wiedzy niż szukając pracy w kraju i stojąc w niekończących się kolejkach do okienka z upodleniem i wstydem...Tęskni, dzwoni, pisze, pyta jak w domu...Słysząc, że dobrze i tak wiedział, że jego pomoc nie wystarcza, bo rząd uprawia swoją politykę, zbliża się do Europy i zabiera ludziom coraz więcej złotówek, szacunku i świętego spokoju. W Święta Bożego Narodzenia młody Polak siedzi przy małej choince i głośno przełyka ślinę, bo mama tam, a ja tu. Dzwoni do domu, a po drugiej stronie odbiera tata, mama też płacze...I emigrant, a tak po prawdzie "wyrzucony na siłę"  za granicę, postanawia skończyć z tym wszystkim - tęsknotą, bólem rozłąki, wiązaniem końca z końcem - postanawia zabrać rodzinę do siebie, na obczyznę. A pewnego dnia kupuje sobie komputer, a tam czyta: "Polska już Ciebie nie chce nieudaczniku, zmywaku, głupi, tępy robolu, bez szkoły, korzeni, zdrajco, chamie, złodzieju..." I nie wie już, czy ma płakać bardziej za straconą Ojczyzną, czy nad straconym pokoleniem. bo On ma szansę na przyszłość, a kraj, który stracił swoje pokolenie wyrzucając je na pastwę obcych krajów, nie czeka już nic...Oto jak "Partia miłości" Tuska potraktowała nas wszystkich.... Od trzech lat nowy rząd próbuje zmienić wszystko to, co zostało utracone, co zostało zniszczone przez poprzedników. Wybory były szansą na zmianę i wyciągnięcie wniosków. Niestety, szkoda, że w moim kraju jest jeszcze tylu zatwardziałych komuchów, złodziei i wszelkiej maści wstręciuchów. Wstyd mi za Was...

                                                                          P  a  p  k  i  n
          

sobota, 3 listopada 2018

"Małe radości i drobne gesty życzliwości, są najpiękniejszymi iskierkami naszej codzienności.

Pogodnego weekendu i miłego wypoczynku, tym razem z Krakowa wszystkim życzę.

                                     P  a  p  k  i  n