Szukaj na tym blogu

wtorek, 2 czerwca 2020

           Włóczęga, czyli klamka zapadła...

Te Bieszczady przenikam wzrokiem, myślą i czynem, przemierzam krokiem powolnym lecz stanowczym. I tak do przodu, bez oglądania się za siebie nawet wtedy, gdy za plecami liść zaszeleści czy inne licho, które "straszy," a nawet bawi...W taki to sposób trafiam na zarośnięty stary zapomniany cmentarz, na którym są, albo nie ma wypisanych tablic. Najbardziej przejmujący finał takich "odwiedzin" jest myśl o tych, których skrywają mogiły - zapomniani świadkowie dawnych czasów. Wyjmuję wtedy z woreczka kamyczki, które kładę na mogiłach, z niektórych wyrywam zielsko zostawiając paprocie - to one upiększają wszystko co wokół. Te kamyczki, to dowód pamięci od tego, co często przez przypadek nachodzi takie miejsca, z którego trudno się oddalić bez zadumy. Cerekwisko w Balnicy, do którego w tym roku się udam...
Włóczęga pośród olch, ciernistych krzaków, które kłują ręce, to kolce dzikich krzewów - strażników takich nekropoli. Gdzieś w pobliżu musiała być wioska, jakieś domostwa, tu żyli niegdyś ludzie. Można się natknąć na pozostałości fundamentów, zbutwiałych bali ścian domostw...i te dzikie sady. Można się posilić wyjątkowo słodką czereśnią. Ale to też niebezpieczne miejsca, gdzie pod nogami prócz żmij, czają się zarośnięte studnie, ziemianki i inne niebezpieczne miejsca. Cmentarze, które rzewnie wspominam, też "zwiedzać" trzeba ostrożnie. Zdarzyło mi się kiedyś wpaść do dołka zapadniętej mogiły...I to mówienie do siebie, to coś naturalnego w miejscach tak odosobnionych. Przynajmniej z tą myślą i cichymi słowami wypowiadającymi w duchu, człowiek nie czuje się sam. Ale jedno jest pewne - obcuję z duchami tych ludzi, którzy tu spoczywają. Czuję je, choć nie widzę, ale czasem...mam wrażenie, że jednak są widoczne. "Strach" ma wielkie oczy, jak sobie zrobię problem, bo tak czasem bywa. Tu ze wszystkim jest się samemu i trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Może sam pcham się w "kłopoty," które zresztą bardzo lubię, jest to zabawne (czasem), ale też głupie...Siadam na pieńku, czy na kępie trawy, którą wcześniej dobrze spenetruję (fizycznie), rozmyślam i mam pełną głowę myśli, a także brak odpowiedzi na pewne pytania, które sobie zadaję. Specjalnie o odpowiedzi nie dbam - nie jestem tu, aby rozwiązywać zagadki. Ale odchodzę z "bólem głowy," bo nic mądrego tu nie wymyślę. Zostawiam tą głuchą ciszę do następnego razu jeśli znowu tu trafią. Ba takie miejsca są najwspanialszą 
przygodą w moich wędrówkach...I to jest takim miejscem, o którym wspominam teraz i kiedyś opisałem na tym blogu. Wystarczy się nieco cofnąć...Przedzierając się dzikim ostępem (nie szlakiem) pośród lasów, w paśmie granicznym gdzieś pod Balnicą... 
Tak więc sprawa się "rypła" - decyzja zapadła. Ty także rzuć wszystko i jedź w Bieszczady.
Pozdrawiam.
                                                      P  a  p  k  i  n

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz